Выбрать главу

— Za moich młodych lat było to nie do pomyślenia — Dresyl zmywał głowę Aozowi Roonowi, zapominając o własnych młodzieńczych wybrykach. — Jeszcze trochę, a zaczniemy się mordować jak dzikusy z Quzint.

Dresyl sam nie wiedział, czy lepiej złamać Aoza Roona, czy go ugłaskać. Skłaniał się ku temu drugiemu, bowiem Aoz Roon cieszył się coraz większą sławą łowiecką, lecz takie postępowanie ojca złościło syna Dresyla, Nahkriego, który był wrogo nastawiony do Aoza Roona z powodów znanych wyłącznie obu młodzieńcom.

Dly Hoin, nieudana żona Dresyla, zachorowała i odeszła ze świata wraz z odejściem ze. świata roku 17 po Zjednoczeniu. Przybył ojciec Bondorlonganon i pogrzebał ją, złożywszy zwłoki na boku w ich oktawie śródziemnej. Gdy odeszła, w życiu Dresyla powstała pustka i po raz pierwszy poczuł miłość do żony. Odtąd smutek na zawsze zagościł w jego duszy. Mimo swych lat opanował sztukę wywoływania ojców i zapadł w pauk, żeby raz jeszcze porozmawiać z nieboszczką Dly Hoin. Spotkał jej mamika snującego się po świecie dolnym. Wyrzucała mu brak miłości, zmarnowane życie, oziębłość i wiele innych rzeczy, które leżały jej na sercu. Uciekł od jej złorzeczeń, od jej kłapiących zębów i od tej pory jeszcze bardziej zamknął się w sobie. Czasami rozmawiał z Laintalem Ayem. Chłopak był bardziej rozgarnięty od Nahkriego czy Klilsa. Ale od swego starego brata ciotecznego. Małego Juliego, trzymał się Dresyl z daleka; i jak przedtem gardził Julim, tak teraz mu zazdrościł. Juli miał żywą kobietę, miał kogo kochać i uszczęśliwiać.

Juli i Loila Bry pozostawali w swej wieży i starali się nie dostrzegać swoich siwych włosów. Loilanun nie spuszczała oka z Laintala Aya, nadzorując niewyszukane zabawy młodego pokolenia, które pochłaniały go coraz bardziej.

W głębinach Quzint żyła religijna sekta poborców. Pierwszy Juli ujrzał ich ongiś na mgnienie oka. Bezpieczni w gigantycznej grocie, ogrzanej ciepłem ziemi, poborcy byli z pozoru nieczuli na gradienty temperatury w górnych warstwach atmosfery. Utrzymywali jednak potajemne kontakty z Pannowalem, skąd dotarła do nich idea, która na swój sposób zapoczątkowała zmianę nie mniej ważką niż wszelkie gradienty temperatury. Mimo że idea stawiała wszystko na głowie, twardogłowi poborcy odkryli w niej piękno i, jak im się zdawało, prawdę idącą z tym pięknem w parze.

Poborcy, mężczyźni i kobiety, nosili wykwintne szaty okrywające ich od brody do stóp. Przypominali na pół otwarte kielichy kwiatów, odwrócone do góry dnem. Pod tą wierzchnią szatą, zwaną czarfralem, nie nosili nic więcej. Czarfral można uznać za symbol sposobu myślenia poborców. Wiele pokoleń ukształtowało ich światopogląd, wiele przekonań złożyło się na ich teologię. Byli wyuzdani i niewinni zarazem. Nawet ascetyczność ich religijnej hierarchii wartości kryła w sobie paradoksy i przerodziła się w formę neurotycznego hedonizmu. Wiara w Wielkiego Akhę nie kłóciła się z seksualnymi orgiami, z jednej podstawowej przyczyny: Wielki Akha nie zwracał uwagi na ludzi. Zwalczał zgubną światłość Wutry i służyło to interesom ludzi, ale nie dla ludzi, jeno dla samego siebie wojował Akha. Co robili ludzie, nie miało najmniejszego znaczenia. Etyka eudajmonizmu wyrosła z bezsilności człowieka.

Długo po swej śmierci prorok Naab zmienił to wszystko. Słowo Naaba dotarło w końcu do groty poborców. Prorok Obiecywał, że jeśli mężczyźni i kobiety wyrzekną się chuci i sypiania z kim popadnie, tak że nikt nie zna własnego ojca, natenczas Wielki Ojciec Akha we własnej osobie raczy zwrócić na nich uwagę. Pozwoli im jako wojownikom wziąć udział w wojnie z Wutrą. Wojna szybko się skończy. Ludzie — to było istotą przesłania Naaba — nie są bezsilni, chyba że sami wybierają słabość.

Ludzie nie są bezsilni. Dla zagrzebanych pod ziemią poborców przesłanie było objawieniem. Nigdy nie byłoby takim objawieniem w pannowalskiej Ziemi Świętej; tam ludzie zawsze przyjmowali za rzecz oczywistą, że potrafią działać. Ale w grocie w głębi ziemi zaczęto palić czarfrale. Nastała cnota.

W ciągu jednego roku poborcy zmienili swoją naturę. Starą, ustalona hierarchię nagięto do cnoty wstrzemięźliwości na cześć boga z kamienia. Ci, którzy nie potrafili pogodzić się z nową etyką, dawali głowę pod miecz bądź uciekali przed mieczem. W ogniu i dialektyce rewolucji nie wystarczyło poborcom nawrócenie samych siebie. Nigdy nie wystarcza. Rewolucjoniści muszą maszerować naprzód i nawracać innych. Podjęto Pielgrzymkę Wiernych Naabowi Akhy.

Przez setki mil podziemnych korytarzy Pielgrzymka Wiernych niosła przesłanie. A pierwszy stanął na jej drodze Pannowal. Pannowal był nieczuły na powracające słowo własnego proroka, którego zabito i zapomniano dawno temu. Nie był jednak nieczuły na inwazję fanatyków.

Cała milicja stanęła pod bronią i rozgorzała bitwa. Fanatycy byli gotowi do walki. Niczego bardziej nie pragnęli, jak zginąć za sprawę. Jeśli ginęli też inni, tym lepiej. Wyjące w czeluściach oktaw śródziemnych mamiki wiodły ich do zwycięstwa. Milicja stawała mężnie przez cały długi, krwawy dzień. Po czym dała nogę.

Tak oto Pannowal ugiął się przed siłą przesłania i nowego reżimu. Pośpiesznie szyto czarfrale, żeby mieć co palić. Ci, którzy się nie ugięli, uciekli albo zostali zabici. Ci, którzy uciekli, wyszli w otwarty świat Wutry, na wieczne północne równiny. Wyszli w porze odwrotu śniegów. Rosły trawy. Para strażników czujniej strzegła niebios i sam Wutra zdawał się nie tak znów srogi. Przeżyli.

Rok za rokiem wędrowali coraz dalej na północ w poszukiwaniu pożywienia i zacisznego zakątka ziemi. Wędrowali na wschód z biegiem rzeki Lasvalt, ku wielkim równinom. Ich łupem padały wędrowne stada jajaków i gunandu. I ciągnęli ku przesmykowi Chalce.

W tym samym czasie wyższe temperatury ruszyły ludy zimnego kontynentu Sibornal. Fala za falą obszarpani koloniści parli na południe, przesmykiem Chalce do Kampannlat. Pewnego dnia, pod samotnie panującym na niebie Freyrem, najbardziej wysunięte na północ plemię z Pannowalu spotkało się z najbardziej wysuniętą na południe falą migracji sibornalskiej. Co zdarzyło się wówczas, zdarzało się już wiele razy przedtem — i miało zdarzać potem. Wutra i Akha czuwali nad tym pospołu.

W takim to stanie znajdował się świat, kiedy odszedł z niego Mały Juli. Do Oldorando ściągnęli handlarze soli z Quzint, przynosząc wieści o lawinach i niezwykłych wydarzeniach. Juli — bardzo już sędziwy — pośpieszył na dół wysłuchać przybyszów, pośliznął się na którymś schodku i złamał nogę. Tydzień później zawitał ojciec święty z Borlien, a Laintal Ay podziwiał ruszającego mordką pieska z rogu kaidawa. Odchodziła epoka. Nadchodziły rządy Nahkriego i Klilsa.

V. ZACHÓD DWOJGA SŁOŃC

W komnacie Wieży Zielnej Nahkri i Klils rzekomo sortowali skóry. W rzeczywistości wyglądali przez okno, kręcąc głowami.

— Oczom nie wierzę — rzekł Nahkri.

— I ja nie wierzę własnym oczom — rzekł Klils. — W ogóle nie daję temu wiary.

Śmiał się dopóty, dopóki brat nie walnął go w plecy. Przyglądali się wysokiej, starczej postaci, która jak szalona biegła brzegiem Voralu. Sąsiednie wieże przesłoniły im widok, lecz po chwili ujrzeli ją znowu, jak wymachuje chudymi rękami i nogami. W pewnym momencie pochyliła się, zaczerpnęła błota i wysmarowała sobie głowę, po czym — chwiejnym kłusem pobiegła dalej.

— Zwariowała — powiedział Nahkri, przygładzając z zadowoleniem wąsy.

— Jeszcze gorzej, moim zdaniem. Wariatce odbiły szleje.

Druga spokojniejsza, postać — chłopak u progu dojrzałości — deptała po piętach biegnącej.

Laintal Ay deptał swojej babce po piętach, żeby nie zrobiła sobie krzywdy. Biegła przed nim z głośnym lamentem. Chłopak podążał za nią ponury, milczący, sumienny.