Выбрать главу

— Ach, właśnie zmierzałem do tego, zmierzałem do tego. Z tej naszej Shay Tal to może i trudny człowiek, czarodziejka i kobieta uczona, ciesząca się wielkim rozgłosem. Nie robi nic złego. Jeśli odejdzie, pójdą za nią inne kobiety, no i tak dalej, i to będzie nasza strata. My, mistrzowie, przychylamy się do opinii, że słusznie zakazałeś jej odejścia.

— Oldorando to nie więzienie! — zawołał Faralin Ferd.

Aoz Roon zbył go kiwnięciem głowy i powiódł wzrokiem wokoło.

— Zwołaliśmy zebranie, ponieważ moi namiestnicy nie zgadzali się ze mną. Kto zgadza się z moimi namiestnikami?

Pochwycił spojrzenie Raynila Layana, nerwowo szarpiącego swą widlastą brodę.

— Mistrzu cechu garbarzy, ty zawsze lubisz zabierać głos — co nam powiesz?

— Jeśli o to chodzi… — Raynil Layan machnął z lekceważeniem ręką. — Sęk raczej w tym, jak zapobiec odejściu Shay Tal. Z łatwością może się wymknąć, jeśli taka jej wola. Istnieje też uniwersalna zasada… Inne kobiety pomyślą… Otóż nie chcemy niezadowolenia wśród kobiet. Ale jest przecież Vry, na przykład, druga rozumna kobieta, a przy tym ładna, no i nie sprawia żadnych kłopotów. Gdybyś zrewidował swoją decyzję, zaskarbiłbyś sobie wdzięczność wielu…

— Wal bez ogródek i nie cackaj się ze słowami — rzekł Aoz Roon. Jesteś teraz mistrzem, tak jak pragnąłeś, i nie musisz się przed nikim płaszczyć.

Nikt nie zabierał głosu. Aoz Roon mierzył ich wściekłym wzrokiem. Unikali jego spojrzenia, kryjąc gęby w kubkach. Odezwał się Eline Taclass="underline"

— Czym my się przejmujemy? Co nam za różnica? Niech sobie idzie.

— Dathka! — warknął lord. — Może nas dzisiaj zaszczycisz choćby jednym słowem, skoro nie pokazał się twój przyjaciel Laintal Ay?

Dathka odstawił kubek i spojrzał Aozowi Roonowi prosto w oczy.

— Całą tę dyskusję, tę gadaninę o zasadach… uważam za brednie. Wszystkim nam wiadomo, że ty i Shay Tal prywatnie macie ze sobą na pieńku. Sam więc decyduj, co zrobić. Wyrzuć ją na zbity łeb, skoro masz okazję. Po co nas w to mieszasz?

— Bo to dotyczy was wszystkich! — Aoz Roon wyrżnął pięścią w podłogę. — Na kamień, dlaczego ta baba tak się zawzięła na mnie… na nas wszystkich? Nie rozumiem. Co za parszywy robak toczy jej szleje? Ma tę swoją akademię, czy nie? Uważa się za spadkobierczynię długiej linii intrygantek… Loilanun, Loily Bry, która została żoną Małego Juliego… Ale dokąd ona pójdzie? Co się z nią stanie?

Wyrzucał z siebie te pytania jakoś bez ładu i składu. Nikt mu nie odpowiedział. Dathka zrobił to już za nich, choć w skrytości byli zaszokowani jego słowami. Aoz Roon nie miał nic więcej do powiedzenia. Zakończył zebranie. Wymykającego się Dathkę złapał za rękaw Raynil Layan.

— Chytrą mowę wygłosiłeś — szepnął. — Po usunięciu Shay Tal ta, na którą masz ochotę, stanie na czele akademii, no nie? Wówczas potrzebne jej będzie twoje poparcie…

— Chytrość pozostawiam tobie, Raynilu Layanie — powiedział Dathka, wyszarpując rękę. — Tylko nie wchodź mi w drogę.

Bez trudu odnalazł Laintala Aya. Mimo późnej pory Dathka wiedział, dokąd się udać. W swej rozwalonej wieży Shay Tal pakowała manatki w otoczeniu licznych przyjaciół, którzy przybyli ją żegnać. Była Amin Lim z dzieckiem i Vry, i Laintal Ay z Oyre, i jeszcze parę innych kobiet.

— No i jaki wyrok? — spytał Laintal Ay, podchodząc do niego na stronie.

— Nijaki.

— Nie zatrzyma jej, jeśli ona nie zmieni zdania?

— Zależy, ile wypiją, on i Eline Tal, i reszta bandy… no i jeszcze ten podły lizus Raynil Layan.

— Ona nie jest już młoda, Dathka. Czy powinniśmy ją puścić?

Dathka wzruszył ramionami, uciekając się do jednego ze swych ulubionych gestów, zerkając przy tym na Vry i Oyre, które w pobliżu nadstawiały uszu.

— Odejdźmy z Shay Tal, zanim Aoz Roon nas pozabija — ja jestem gotów, jeśli te dwie panny pójdą z nami. Udamy się do Sibornalu, całą gromadką.

— Mój ojciec nigdy nie zabije ciebie ani Laintala Aya — wtrąciła Oyre. — Pleciesz i tyle, obojętne co było w przeszłości.

Dathka znowu wzruszył ramionami.

— Jesteś gotowa ręczyć za jego czyny po odejściu Shay Tal? Czy możemy mu zaufać?

— Tamto minęło i nie wróci — rzekła Oyre. — Ojciec ustatkował się, jest już szczęśliwy z Dol i nie kłócą się tyle, co kiedyś — nie teraz, gdy ona spodziewa się dziecka.

— Oyre — powiedział Laintal Ay — świat jest długi i szeroki. Odejdźmy z Shay Tal, jak radzi Dathka, i zacznijmy nowe życie. Zabierz się z nami, Vry, tutaj nie będziesz bezpieczna bez wsparcia Shay Tal.

Vry dotąd milczała. Swoim zwyczajem trzymała się na uboczu, jakby jej w ogóle nie było, teraz jednak rzekła stanowczo:

— Ja nie mogę stąd odejść. Pochlebia mi twoja, Dathko, miła propozycja, ale ja muszę zostać bez względu na to, co zrobi Shay Tal. Moja praca przynosi wreszcie owoce, co mam nadzieję niebawem ogłosić.

— Ciągle nie możesz znieść mojego towarzystwa, prawda? — powiedział z ponurą miną.

— Och, byłabym o czymś zapomniała — rzekła słodko. Odeszła unikając zasępionego wzroku Dathki i przecisnęła się między kobietami do Shay Tal.

— Musisz wymierzyć cały dystans, Shay Tal. Nie zapomnij. Każ niewolnikowi codziennie zliczać kroki mustanga w ustalonym kierunku. Zapisuj dane co wieczór. Ustal odległość do krainy Sibornalu. Jak najdokładniej.

Shay Tal patetycznie królowała wśród paplaniny i szlochów wypełniających izbę. Ilekroć zwracano się do niej, jej jastrzębie oblicze pozostawało nieprzeniknione, jak gdyby duchem była już daleko. Mówiła niewiele i owo niewiele wypowiadała beznamiętnie.

Równie beznamiętnie Dathka popatrzył na ściany, na zawiłe desenie porostów. W końcu spojrzał na Laintala Aya i kiwnął na niego wskazując dyskretnie drzwi. Kiedy Laintal Ay pokręcił głową, Dathka skrzywił się, jak to on, i wyszedł cichaczem.

— Szkoda, że kobiet nie można tresować tak jak mustangi — rzucił na odchodne.

— On ma duszę tak samo szpetną jak gębę — rzekła Oyre ze wzgardą. Razem z Vry zaciągnęły Laintala Aya do kąta i szeptem zaczęły mu tłumaczyć: Nie wolno dopuścić do odejścia Shay Tal jutro rano, musi im pomóc w przekonaniu Shay Tal, żeby zaczekała do następnego dnia.

— Nonsens. Skoro chce jechać, to niech jedzie. Chyba nie będziemy tego wałkować od początku. Najpierw wy nie chcecie odejść, teraz nie chcecie, żeby ona odeszła. Hen za palisadą jest świat, o którym nie macie zielonego pojęcia.

Spokojnie zdjęła z niego jakąś słomkę po mustangu.

— Tak, świat podbojów. Wiem… w kółko o nim słyszę od ojca. Chodzi o to, że jutro będzie zaćmienie.

— To rzecz powszechnie wiadoma. Minął rok od ostatniego.

— Jutrzejsze będzie trochę inne, Laintalu Ayu — rzekła ostrzegawczo Vry. — My tylko chcemy, aby Shay Tal przełożyła swoje odejście. Jeśli odejdzie w dniu zaćmienia, ludzie skojarzą te dwa fakty. Podczas gdy my wiemy, że nie ma między nimi związku.

Laintal Ay zmarszczył, czoło.

— I co z tego?

Popatrzyły na siebie z zakłopotaniem.

— Uważamy, że jeśli odejdzie jutro, może to sprowadzić na nas nieszczęście.

— Ha! Więc jednak uważacie, że jest jakiś związek… Typowo babska logika! Skoro taki związek istnieje, to chyba nie ma żadnego sposobu, aby go uniknąć?

Oyre zakryła twarz w przesadnym oburzeniu.

— Męska logika… Każdy wykręt dobry, aby nic nie robić, prawda?

— Wy, jędze, zawsze wściubiacie nosy w nie swoje sprawy.

Obrażone zostawiły go w kącie i z powrotem wmieszały się w tłumek otaczający Shay Tal. Stare kobiety trajkotały jak najęte, gadając o cudzie na Rybim Jeziorze, gadając obłudnie, patrząc obłudnie, czy ich wspominki docierają do zaaferowanej Shay Tal, która niczym nie zdradzała ani tego, że je słyszy, ani że widzi.