Idąc w milczeniu obok wirtualnego przyjaciela, Doug myślał: Chce mi powiedzieć, co się święci, ale nie może. Lojalność wobec Yamagaty powstrzymuje go przed wyznaniem mi całej prawdy.
— Już ogłosiliśmy niepodległość, wiesz — powiedział.
— Tak, mówiłeś. Wątpię, czy to przyniesie coś dobrego.
— Jaka była reakcja Tokio?
— Nie było żadnej. Dowiedziałem się o tym dopiero od ciebie.
— Twoi zwierzchnicy nic ci nie powiedzieli?
— Ani słowa.
— Nadaliśmy wiadomość do centrali Yamagaty i agencji informacyjnych na całym świecie.
— Nie dostałem żadnych informacji — powiedział Takai z nieukrywanym zdenerwowaniem.
— To musi znaczyć, że Faurc zamierza zignorować naszą deklarację i postępować tak, jakby nasza sprawa była z góry skazana na niepowodzenie.
— Z pewnością.
Szli dalej, omijając nowy na oko krater wielkości wgłębienia po piłce plażowej.
— Toshi, skąd weźmiesz wodę, jeśli Baza Księżycowa zostanie zamknięta? Nie możesz używać nanomaszyn i…
— Będziemy dostawać wodę jak dotychczas.
— Przecież Baza zostanie zlikwidowana. Żołnierze sił pokojowych są w drodze, żeby nas zamknąć.
Takai skrzywił się, tocząc wewnętrzną walkę. Wreszcie powiedział:
— Żołnierze mają odsunąć ciebie i twoich ludzi od władzy. To nic znaczy, że zamierzają zamknąć Bazę.
Doug przystanął w pół kroku.
— Nie… — Miał mętlik w głowie. — Nie zamierzają zamknąć Bazy? Toshi, jesteś pewien?
— Straciłbym posadę, gdyby ktoś się dowiedział, że ci powiedziałem. Tak, jestem pewien. Albo raczej powinienem powiedzieć, że Tokio jest tego pewne.
— Nie zamierzają zamknąć Bazy?
— Faure osobiście rozmawiał z szefem klanu Yamagata i zapewnił go, że Baza Księżycowa nadal będzie dostarczać wodę Nippon Jeden — po tym, jak żołnierze usuną z Bazy ciebie i twój sztab.
— Faure ma zamiar nadal korzystać z Bazy — powtórzył Doug głucho, odrętwiały ze zdziwienia. — Ten mały grubas ma w nosie traktat o zakazie nanotech. Zależy mu na przejęciu kontroli nad Bazą!
Lądowanie minus 93 godziny 45 minut
— Nie rozumiesz, co to oznacza? — zapytała Joanna.
— To znaczy, że Faure chce przejąć kontrolę nad Bazą Księżycową — odparł Doug.
— To znaczy, że możemy ubić z nim interes! — oświadczyła z przejęciem. — Możemy wejść z nim w układ.
Doug popatrzył na matkę. Siedziała sztywno na szezlongu, który wraz z innymi eleganckimi meblami sprowadziła z Savannah do dwupokojowego apartamentu w Bazie Księżycowej. Doug siedział na filigranowej sofie Shcratona. Pochylił się w stronę matki i ze smutkiem pokręcił głową.
— Faure nie pójdzie na żaden układ. Wyrzuci nas i weźmie Bazę pod skrzydła ONZ.
Joanna uśmiechnęła się do niego z politowaniem.
— Doug, żeby Baza mogła nadal funkcjonować, będzie potrzebny wykwalifikowany personel. Faure będzie musiał zatrzymać naszych pracowników.
— Ale nie ciebie i mnie.
— Nie bądź taki pewien. — Joanna naprawdę sprawiała wrażenie zadowolonej z wieści, jakie jej przyniósł; niemal się cieszyła, że Faure planuje przejąć Bazę.
— Naturalnie, będzie chciał nadal produkować klipry — mówiła. — To podstawowe źródło zysków. Wszystkie linie transportowe na Ziemi biją się o nasze statki. Mógłby pompować zyski w ONZ.
— Albo do własnej kieszeni.
— Możliwe — zgodziła się. — Nawet lepiej. Im bardziej jest skorumpowany, tym łatwiej ubić z nim interes.
Doug znowu pokręcił głową.
— Tak samo niemieccy przemysłowcy myśleli o Hitlerze.
— Faure nie jest Hitlerem. Nie jest fanatykiem. Nawet nie ma zamiaru likwidować naszych nanomaszyn. Chce je przejąć dla własnych korzyści.
Doug podniósł się.
— Niezależnie od wszystkiego musimy poradzić sobie z żołnierzami, a mamy niecałe cztery dni na wykombinowanie, jak to zrobić.
— Co zamierzasz?
Wzruszył ramionami.
— Zaprosiłem do siebie Zimmermana i Cardenas. Lwa i Jinny Anson też. I technika od akwakultury, jedynego faceta w Bazie, który ma doświadczenie wojskowe.
— W porządku. — Joanna popatrzyła na syna. — Spotkaj się z nimi. Ja skontaktuję się z Faure’em. Będzie skłonny do negocjacji. Zobaczysz.
— Nie zobowiązuj nas do niczego, dopóki nie będzie wiadomo, o co dokładnie chodzi, dobrze?
Joanna z roztargnieniem pokiwała głową.
— Och, nie sądzę, by Faure zgodził się na coś konkretnego, dopóki żołnierze nie zajmą Bazy.
— Właśnie temu próbuję zapobiec.
— Dobrze. Jeśli zdołamy powstrzymać żołnierzy, to ogromnie wzmocni naszą pozycję.
— Zobaczę, co da się zrobić — powiedział Doug.
Lądowanie minus 90 godzin 11 minut
Baza Księżycowa zaistniała jako skupisko schronów tymczasowych, aluminiowych kontenerów wielkości przyczep mieszkalnych, wkopanych w lunamy regolit na dnie krateru Alfons, pokrytych rumoszem dla ochrony przed promieniowaniem i wahaniami temperatury między dniem a nocą. I przed przypadkowymi mete-oroidami. Deszcze meteorytów, które spektakularnic rozświetlają nocne niebo Ziemi, na pozbawionym atmosfery Księżycu można obrazowo opisać jako potencjalnie niebezpieczne serie z kosmicznego karabinu maszynowego.
Przed pierwszą wizytą Douga Stavengera na Księżycu, w osiemnaste urodziny, Baza rozrosła się w zestaw czterech równoległych tuneli wkopanych w zbocze góry Yeager. Wzdłuż tuneli mieściły się biura, laboratoria, pracownie i kwatery mieszkalne. Fabryka wody znajdowała się z przodu jednego tunelu, a ośrodek kontroli środowiska — gdzie regenerowano powietrze i wprawiano je w obieg — na tyłach.
Przez siedem lat spędzonych na Księżycu Doug patrzył, jak pod czterema pierwotnymi tunelami powstają cztery nowe. Szorstkie skalne ściany zostały wygładzone palnikami plazmowymi i pomalowane pastelowymi farbami wybranymi przez psychologów — a następnie przemalowane przez mieszkańców, którzy woleli śmielszą kolorystykę i zwariowane graffiti. Po ukończeniu głównego placu, pod spodem miało dojść dwadzieścia kolejnych tuneli.
Jeśli kiedykolwiek ukończymy wielki plac, pomyślał Doug, idąc w kierunku swojego pokoju. Kiwał głową i uśmiechał się machinalnie do mijanych osób. Znał z widzenia większość długoterminowych lu-nonautów, ale w Bazie zawsze przebywały setki robotników krótkoterminowych. Ilu zostanie z nami? — zastanawiał się. Nawet jeśli powstrzymamy żołnierzy sił pokojowych i faktycznie uzyskamy niepodległość, czy wystarczy nam ludzi do obsługi Bazy?
Na ścianach wisiały teraz znaki kierunkowe, a na skrzyżowaniach elektroniczne plany systemu tuneli. Korytarzy, poprawił się Doug. Teraz nazywamy je korytarzami, nie tunelami.
Skręcił w lewo na skrzyżowaniu i zderzył się z człowiekiem w oliwkowozielonym kombinezonie. Miał wrażenie, że wpadł na żelazną ścianę. Obaj wymamrotali przeprosiny i razem ruszyli korytarzem.
Doug kątem oka przyjrzał się przypadkowemu towarzyszowi. Pomyślał, że wygląda znajomo, ale nie mógł go umiejscowić. Mężczyzna nie dorównywał mu wzrostem — on miał metr osiemdziesiąt trzy — ale był masywny i kanciasty niczym buldożer, twardy jak żelazo, bez grama tłuszczu pod skórą barwy mlecznej czekolady. Miał ciemne, kędzierzawe włosy, starannie przystrzyżone. Doug nie widział jego identyfikatora; chcąc go zobaczyć, musiałby ostentacyjnie wychylić się do przodu.