Выбрать главу

— Idą — powiedział Gordette, wskazując w głąb korytarza.

Brudnoj rzucił okiem przez ramię, a potem sięgnął długimi palcami do przycisku STEROWANIE RĘCZNE na pulpicie wbudowanym w ścianę.

— Przekaż Dougowi, że otworzę śluzę ręcznie — powiedział i wcisnął guzik, który otwierał zewnętrzny właz.

Gordette naglącym tonem powtórzył wiadomość do telefonu.

— Każe jej wejść do śluzy — poinformował Brudnoja.

Ratownicy stanęli przy włazie. Dowódca zespołu, pulchna ciemnowłosa kobieta, wydyszała:

— Byliśmy w Grocie razem ze wszystkimi, gdy nas powiadomiono. Hadda pobiegł do magazynu po drugą lampę ultrafioletową. Do licha, po co panu dwie lampy?

Brudnoj zignorował pytanie.

— Weszła? — zapytał Gordette’a.

— Tak, może pan zamknąć zewnętrzny właz.

Edith ani przez chwilę nie wątpiła, że ją wpuszczą. Stavenger sprawiał wrażenie zbyt zrównoważonego, zbyt dobrze zorganizowanego, żeby zrobić takie głupstwo.

— Zaraz otworzymy zewnętrzny właz — usłyszała w słuchawkach. — Proszę szybko wejść do środka, bo musimy go zamknąć, zanim jakiś żołnierz postanowi przypuścić szarżę.

Właz rozsunął się, nim zdążyła odpowiedzieć. Weszła do pomieszczenia, które przypominało pustą budkę telefoniczną ze ścianami z gładkiego metalu, oświetloną przez lampę osadzoną w metalowym suficie.

Właz zamknął się bezszelestnie za jej plecami.

Nic się nie stało. Miała wrażenie, że tkwi w przestronnej metalowej trumnie. Miejsca wystarczyłoby dla dwóch, może trzech osób, gdyby się ścisnęły.

Usłyszała, a w zasadzie wyczuła pulsowanie przez podeszwy. Ciekawe, czy nanożuki naprawdę przegryzają moje buty, czy to tylko wyrafinowany podstęp?

Teraz naprawdę usłyszała pompę i syk powietrza.

— Mniej więcej za minutę otworzymy wewnętrzny właz — poinformował ją Stavenger. — Proszę się nie ruszać. Nie wychodzić ze śluzy. Rozumie pani? Nie wychodzić.

— Rozumiem — odparła. Nie wiedzieć czemu, jego głos zdradzał zdenerwowanie.

— Dobrze — powiedział. — Ktoś wejdzie do śluzy i pomoże pani zdjąć skafander. Proszę robić dokładnie to, co każe.

— Jasne.

— Ryzykujemy bezpieczeństwo całej Bazy i wszystkich, którzy w niej przebywają. Jeśli nanożuki, które zainfekowały pani skafander, dostaną się do środka, wszyscy umrzemy.

Edith zamrugała ze zdziwienia. On mówi poważnie! Naraża Bazę, żeby ocalić mi skórę.

Syk i pulsowanie ucichło. Przez długą chwilę Edith czekała w metalowym sarkofagu.

Potem wewnętrzne drzwi rozsunęły się i do środka wszedł chudy, posępny starszy facet ze skołtunioną brodą. Za nim stał niższy mężczyzna, Afro-Amerykanin, solidnie zbudowany. Też był ponury.

— Witamy w Bazie Księżycowej — powiedział stary, uśmiechając się chłopięco. — Spoczywa na mnie przyjemny obowiązek rozebrania pani ze skafandra.

Lądowanie plus 3 godziny 25 minut

Wilhelm Zimmerman spojrzał gniewnie na kobietę. Typowa amerykańska blondynka, ładniutka i uparta. I beznadziejnie głupia.

— Byłaś o tyle od śmierci — warknął do niej, zatrzymując palec wskazujący milimetr od kciuka.

Owinięta w cienkie prześcieradło, Edith siedziała na stole do badań. Pokiwała głową.

— Nie zdawałam sobie sprawy, że narażam całą Bazę.

— Może myślałaś, że to tylko gra?

— Raczej tak.

Zimmerman splótł ręce za plecami i popatrzył na odczyty na ekranach uszeregowanych nad stołem. Lampy nadfioletowe zdez-aktywowały nanomaszyny, które zaatakowały buty. Ani jedna nie przeniknęła do wewnętrznych podeszew. Kobieta była czysta. Buty i reszta skafandra trafiły do nanolaboratorium w starej części Bazy Księżycowej. Zimmerman chciał osobiście obejrzeć buty i ocenić rozmiar zniszczeń spowodowanych przez pożeracze. Zamierzał odtworzyć na wideo bieg reporterki przez garaż i określić tempo, w jakim nanożuki przegryzają się przez plastik podeszew.

— Kiedy dostanę swoje ubranie? — zapytała Edith, zaciskając prześcieradło pod szyją.

Zimmerman, wyrwany z zadumy, machnął w powietrzu pulchną ręką.

— Zaraz. Nie było dekontaminowane.

Z nieśmiałym uśmiechem zapytała:

— No to gdzie ono jest?

Zimmerman znów spiorunował ją wzrokiem.

— Czy ja wyglądam na służącego? Skąd niby mam wiedzieć, gdzie jest twoje ubranie?

Hansen wrócił na pokład klipra i spędził męczącą godzinę na omawianiu sytuacji ze zwierzchnikami. Zaczął od swojego oficera dowodzącego w bazie na Korsyce, potem został połączony z kwaterą główną sił pokojowych w Ottawie, a na koniec z sekretarzem generalnym ONZ, samym Georges’em Faure’em.

Cierpliwie wyjaśniał, jak zginął kapitan Munasinghe. Faure słuchał z dziwnym uśmieszkiem na ustach.

— Kapitan zginął w walce z rebeliantami. — Było to stwierdzenie, nie pytanie.

— Zginął przez przypadek — poprawił Hansen.

Twarz Faure stwardniała, gdy usłyszał jego słowa.

— Nie, nie. Poległ na polu chwały. Nieważne, jak to się stało. Gdyby buntownicy z Bazy Księżycowej nic stawiali oporu, nie zostałby zabity.

Hansen przemilczał tę kwestię. Wiedział, że niejeden żołnierz został bohaterem po fakcie.

— Proszą mi powiedzieć — podjął Faure — co pan proponuje?

— Mamy do wyboru albo wrócić na Ziemię bez wypełnienia misji, albo zniszczyć instalację zaopatrującą Bazę Księżycową w energię elektryczną.

Twarz na małym ekranie w kabinie pilotów wyglądała na idealnie opanowaną. Tylko leciutkie drżenie głosu zdradzało, że sekretarz generalny wrze z gniewu.

— Jeśli to zrobicie, co się stanie z ludźmi w Bazie? — zapytał z wymuszoną cierpliwością.

— Będą zmuszeni się poddać — odparł Hansen.

Minęły trzy sekundy. Faure zapytał:

— Dlaczego będą zmuszeni się poddać?

— Bo bez elektryczności system wentylacji przestanie działać i szybko zabraknie im powietrza.

Kolejne trzy sekundy.

— A gdy się poddadzą, da im pan powietrze? Ma pan na statku dość miejsca, by przewieźć dwa tysiące osób na Ziemię? — Głos Faure’a teraz przypominał warczenie. — A może chce pan skazać ich na śmierć i patrzeć, jak się duszą?

Hansen spojrzał spokojnie na twarz rozmówcy.

— Ja tylko wymieniam możliwości, panie sekretarzu generalny. Niczego nie zalecam.

Czekając na odpowiedź, zerknął na Kilifera, który okazywał ponure rozbawienie.

— Pieprzeni politycy chcieliby zjeść ciastko i nadal je mieć — szepnął Kilifer. — A kiedy okazuje się to niemożliwe, zrzucają winę na innych.

— Proszę słuchać uważnie, poruczniku — warknął Faure. — Został pan wysłany na Księżyc, żeby zająć Bazę i odsunąć kierownictwo od władzy. Wydaje się, że nie potrafi pan wykonać tego zadania.

— Nic bez zniszczenia Bazy — odparł Hansen. — I uśmiercenia wszystkich jej mieszkańców.

Faure zastanawiał się przez chwilę.

— Mówi pan, że pani Brudnoj chce wrócić z wami na Ziemię?

— Tak, żeby negocjować bezpośrednio z panem.

Sekretarz generalny skubnął wąsik.

— A ta reporterka, Edith Elgin, nadal przebywa wewnątrz Bazy?

— Najwyraźniej zamierza tam zostać. Mówi, że nie chce z nami wracać.

Hansen pomyślał, że może się mylić, bo ekran był bardzo mały, ale Faure chyba poczerwieniał. Jakby lada chwila miał eksplodować ze złości.