Выбрать главу

Ale zamiast wybuchnąć, sekretarz generalny powiedział spokojnie:

— Doskonale. Przywieźcie ze sobą panią Brudnoj. Zostawcie reporterkę. Misja zakończyła się niepowodzeniem, poruczniku. Totalnym niepowodzeniem.

Potem dodał:

— Wyjąwszy męczeńską śmierć kapitana Munasinghe.

Lądowanie plus 4 godziny 48 minut

— Przynajmniej nie musimy niczego pakować — powiedziała Joanna, włączając komputer na filigranowym biurku z jasnego orzecha.

— Jesteś pewna? — zapytał Lew Brudnoj z drzwi sypialni.

— Oczywiście — odparła, nawet na niego nie patrząc. — Pojedziemy do domu w Savannah. Mój Boże, znów będę mogła pójść na zakupy!

Brudnoj wszedł niespiesznie do salonu i usiadł na sofie She-ratona.

— Jesteś pewna, że pojedziemy do Savannah?

Joanna oderwała oczy od komputera.

— O co ci chodzi?

— Lecimy na Ziemię wojskowym środkiem transportu. Wylądujemy w bazie sił pokojowych na Korsyce. Nie przyszło ci do głowy, że możemy zostać tam zatrzymani i zamknięci?

— Zam… dlaczego Faure miałby to robić?

Brudnoj wzruszył ramionami.

— Łatwiej negocjować z kimś, kto siedzi w więzieniu.

— Mówisz poważnie?

— Jak najbardziej.

— Lew, nie jestem byle kim, kogo Faure mógłby niepostrzeżenie usunąć z widoku. Jestem Joanną Brudnoj! Podniósłby się szum, gdyby poważył się zrobić coś takiego.

— Może. Może jestem tylko przewrażliwionym starym ramolem. Ale… — Brudnoj zaczął odliczać na palcach — po pierwsze, Faure skutecznie kontroluje media. Po drugie, jak wiadomo wszem i wobec, przebywasz w Bazie Księżycowej. Faure nikomu nie powie, że wracasz z żołnierzami. Po trzecie, byłabyś doskonałym zakładnikiem.

— Natychmiast wysyłam wiadomość do Savannah. Zarząd będzie wiedział, że wracam z żołnierzami.

— Wierzysz, że Rashid poinformuje zarząd?

Joanna patrzyła na męża przez długą chwilę. Wreszcie pokiwała głową.

— Nie sądzę, żeby miał odwagę nie poinformować zarządu, ale na wszelki wypadek wyślę wiadomość do wszystkich członków.

— To dobrze.

— I do agencji informacyjnych.

Brudnoj obdarzył ją smutnym uśmiechem.

— Nie spodziewaj się orkiestry, gdy wylądujemy na Korsyce. Ani reporterów.

— Naprawdę jesteś reporterką Global News — powiedział Doug, czując się trochę głupio.

— Naprawdę — powiedziała Edith Elgin z miejsca przed jego biurkiem.

Znowu była ubrana w kombinezon, który dali jej żołnierze: błękitny z białą lamówką. Błękit ślicznie podkreśla barwę jej gęstych włosów, myślał Doug. Ma cudowne oczy: duże, lśniące, szmaragdowozielone. Zniewalające. Te oczy sprawiają, że człowiek gotów jest wierzyć w każde jej słowo. Długie nogi. Pewnie dorównuje mi wzrostem.

Edith z kolei przyglądała się Dougowi. Widziała poważnego dwudziestopięciolatka (znała wiek z jego biografii, którą przejrzała przed lotem na Księżyc), wysokiego na jakieś metr osiemdziesiąt. Oliwkowa skóra, miły uśmiech, ciemne włosy, szaroniebie-skie oczy. Szerokie ramiona. Jego kombinezon był o parę tonów ciemniejszy od jej stroju.

— Miło mi, że postanowiłaś przylecieć do Bazy Księżycowej — powiedział Doug — choć twoja obecność jest dla nas trochę krępująca.

— Krępująca?

Rozłożył ręce.

— Nie posiadasz innych ubrań z wyjątkiem tego, co masz na sobie. I nie jestem pewien, co z tobą zrobić.

— Co ze mną zrobić? Dam sobie radę. Chcę przeprowadzić wywiad z tobą i innymi. Chcę przesłać waszą historię do agencji informacyjnych na Ziemi.

— Media nie poświęcą nam cienia uwagi. Zignorowali nawet naszą deklarację niepodległości.

— Deklarację…? Proklamowaliście niepodległość?

— Pięć dni temu, kiedy Faure powiadomił nas, że wysyła wojsko w celu przejęcia Bazy.

— Nic mi o tym nie wiadomo! — Edith była szczerze zaskoczona.

— Rozumiesz teraz? Media tuszują sprawę.

— Ha, teraz będzie inaczej — oświadczyła. — Z czołową osobistością Global News na scenie taki numer nie przejdzie.

Doug niemal wybuchnął śmiechem. Mówiła najzupełniej serio i nie była ani trochę speszona takim przedstawieniem swojej osoby.

— To nie wszystko — dodał, poważniejąc.

— Co jeszcze?

— Cóż… — Po chwili wahania uznał, że równie dobrze może powiedzieć jej prawdą. — Możesz być szpiegiem.

— Szpiegiem? — Szeroko otworzyła szmaragdowe oczy. Roześmiała się na całe gardło.

— Uważasz, że to śmieszne? — zapytał Doug, czując lekkie zakłopotanie.

— Człowieku, w życiu nie potrafiłam dochować tajemnicy! Byłby ze mnie szpieg z bożej łaski.

Doug uśmiechnął się mimo woli. Ale powiedział:

— Spójrz na to z mojego punktu widzenia. Żołnierze sił pokojowych przypadkiem zabierają ze sobą reporterkę. Gdy staje się jasne, że nie zdołają siłą wedrzeć się do Bazy, reporterka wchodzi podstępem…

— Nadstawiając karku — zaznaczyła Edith.

— Licząc na dobrą wolę mieszkańców.

— I teraz jest wśród was i zamierza zostać, podczas gdy żołnierze odlatują.

Doug pokiwał głową.

— Co wcale nie znaczy, że jestem szpiegiem — oświadczyła Edith.

— Pewnie nie, ale taka myśl przyszła mi do głowy.

Wbiła w niego oczy. Był uprzejmy, czarujący i bardzo ostrożny. Poważnie traktował swoje obowiązki.

— Po pierwsze — zaczęła — jak wysyłałabym informacje na Ziemię, gdybym była szpiegiem?

— W swoich komunikatach.

— Naprawdę?

— Zakodowane, jak sądzę.

Ściągnęła brwi.

— Mówisz poważnie czy żartujesz?

— Poważnie, choć muszę przyznać, że im więcej o tym myślę, tym mniej wydaje się prawdopodobne.

— I dobrze. Nie jestem szpiegiem.

— Mam nadzieją.

— Prawdę mówiąc, mogę zrobić dla was coś dobrego. Przedstawić sytuacją z waszego punktu widzenia. Media nie mogą mnie zignorować.

— Doug pokiwał głową i uznał, że niezależnie od odgrywanej roli dziewczyna może okazać się użyteczna. A oprowadzanie jej po Bazie sprawi mi sporo radości, pomyślał.

Lądowanie plus 8 godzin 3 minuty

Georges Faure odebrał telefon od Rashida w swoim gabinecie na najwyższym piętrze gmachu Sekretariatu ONZ, ponieważ jego wygodny, luksusowy apartament był zdemolowany.

Sekretarz generalny spędził parę długich, koszmarnych godzin na rozmowie z nieśmiałym porucznikiem, którzy przejął dowodzenie nad misją. Czuł, jak skacze mu ciśnienie, gdy oficer niechętnie przyznawał się do porażki.

Ze wszystkich sił walcząc o zachowanie panowania, Faure opuścił gabinet i kazał szoferowi zawieźć się przez hałaśliwy, brudny Manhattan do oddalonego o trzy przecznice apartamentowca nad East River. Dał kierowcy wolne na resztę dnia, uśmiechnął się protekcjonalnie do uzbrojonego po zęby portiera i poszedł prosto do prywatnej windy, która zawiozła go dopenthouse ‘u.

Zamknął drzwi i włączył automatyczną sekretarkę. Zdjął per-łowoszary kapelusz i cisnął go w kąt pokoju. Ściągnął marynarkę i rzucił ją na dywan, a następnie podeptał. Złapał wazę stojącą przy drzwiach i rozbił ją o ścianę. Przeszedł przez mieszkanie jak jednoosobowa banda wandali, tłukąc, drąc, łamiąc wszystko, co wpadło mu w ręce.