Выбрать главу

Joanna przeniosła spojrzenie na męża, wyciągniętego na kanapie po drugiej stronie pokoju. Lew umie pogodzić się z więzieniem, pomyślała. Musi to mieć w swoich rosyjskich genach.

Do wideofonu powiedziała:

— Proszę posłuchać. Potrafię zadbać o własne bezpieczeństwo. W ciągu paru godzin mogę mieć na Korsyce własną armię ochroniarzy, jeśli tylko pozwolicie mi zadzwonić do centrali mojej korporacji w Savannah.

— Kwatera nie spełnia pani wymogów? — zapytał urzędas. — Polecono nam przydzielić państwu najlepszy apartament…

— Najlepszy w całym więzieniu! — syknęła Joanna.

— Doprawdy, pani Brudnoj…

— Wasze cholerne badania wykazały, że nie jesteśmy zainfekowani nanożukami. Nie obchodzi mnie tak zwane zagrożenie osobiste. Chcę stąd wyjść!

— Obawiam się… — Pozbawiona wyrazu twarz nagle się ożywiła. Urzędnik zamrugał parę razy i między jego brwiami pojawiły się pionowe linie zaniepokojenia. — Chwileczkę.

Ekran wideofonu ściemniał.

Joanna z trudem powstrzymała się od krzyku. Popatrzyła na męża.

— Lew, jak możesz tak leżeć?

— Planuję ucieczkę — odparł z powagą. — Potrzebujemy tylko maszyny do kopania tuneli.

Nim Joanna zdążyła się odezwać, rozległ się sygnał i na ekranie pojawiła się twarz Georges’a Faure’a, ponura jak miniaturowa chmura burzowa.

Wiadomości z Kiribati zastały Faure’a w gabinecie, w trakcie dyskusji o ekonomicznej kontroli nad międzynarodowym ruchem powietrznym. Z tego względu sekretarz generalny nie miał luksusu zdemolowania mebli czy wyładowania furii w inny, równie gwałtowny sposób.

Odprawił podwładnych i samotnie obejrzał wiadomości, a jego wściekłość wzrastała wraz z ciśnieniem krwi. Kapitan Munasinghe wrzeszczał na swoich żołnierzy, którzy sromotnie uciekali z garażu w Bazie Księżycowej. Potem, najwyraźniej w ataku histerii, oficer chwycił granat i wbiegł przez szeroko otwartą śluzę. I zginął, rozerwany własnym granatem.

Idioci! — wściekał się Faure w duchu. Kto do tego dopuścił?

Trzasnął pulchną pięścią w konsolę wideofonu i zażądał połączenia z Edanem McGrathem, właścicielem Global News. Po chwili odwołał rozmowę.

To na nic, powiedział sobie. Szydło wyszło z worka. Nie ma znaczenia, czy McGrath złamał daną mi obietnicę. Żaden z nas nie schowa tego szydła.

Jednak zakonotował sobie w pamięci, by nawiązać bliższą współpracę z zelotami Nowej Moralności w Waszyngtonie, nalegającymi na jeszcze większe ocenzurowanie mediów.

Oddychając głęboko, żeby uspokoić nerwy, kazał połączyć się z Korsyką.

Nim zaskoczona twarz Joanny Brudnoj pojawiła się na ekranie biurkowego wideofonu, niemal odzyskał panowanie.

— Madame Brudnoj — przywitał się z wyszukaną uprzejmością.

— Panie Faure — odwarknęła. Najwyraźniej nie była zachwycona przymusowym pobytem na Korsyce.

— Poinformowano mnie, że pragnie pani wrócić do domu.

Joanna wzniosła brew.

— Nie wróciłam na Ziemię, by siedzieć w więziennej celi na Korsyce, bez względu na tutejsze luksusy.

— Rozumiem i w pełni podzielam pani zdanie. Została pani zatrzymana wskutek godnej ubolewania pomyłki ze strony zbyt nerwowych członków mojego personelu. Pokornie proszę o wybaczenie.

Nic nie wskazywało, by mu uwierzyła. Mówił:

— Wydam rozkazy natychmiastowego przywrócenia swobody ruchów i dostarczenia środka transportu do pani dyspozycji.

Joanna odparła czujnie:

— Dano nam do zrozumienia, że potrzebujemy ochrony, ponieważ społeczeństwo jest wzburzone z powodu śmierci żołnierza sił pokojowych.

Faure niechętnie pokiwał głową.

— Niestety, to prawda, madame.

— Jeśli nie ma pan nic przeciwko, wolę własną ochronę. I własny środek transportu.

— Oczywiście! Jak pani sobie życzy.

Joanna nadal miała podejrzliwą minę. Faure zmusił się do uśmiechu, myśląc: Przy odrobinie szczęścia załatwi ją jakiś fanatyk.

Joanna wymamrotała podziękowania i zakończyła rozmowę z sekretarzem generalnym. Podnosząc głowę znad ekranu zobaczyła, że Lew już zerwał się na nogi.

— Możemy wyjechać — powiedziała, nie do końca w to wierząc.

Lew podrapał się po brodzie.

— Z jakiegoś powodu Faure zmienił zdanie. Ciekawe, dlaczego?

Joanna nie miała na to odpowiedzi.

— Myślisz, że Rashid go przekonał? — zapytał.

Ze złością potrząsnęła głową.

— Nie. Myślę, że nasze uwięzienie jest mu bardzo na rękę. Myślę, że nasze zjawienie się w Savannah będzie dla niego prawdziwym wstrząsem. Przynajmniej ja spróbują potrząsnąć tym szczurkiem.

Dzień dziesiąty

Stale ktoś z nim jest, nie zostaje sam na dłużej niż pięć minut, mruczał do siebie najemnik. Nie mam nic przeciwko wykończeniu go na oczach świadków, jeśli będzie trzeba, ale lepiej zrobić to na osobności, zaaranżować wypadek albo śmierć z przyczyn naturalnych, na przykład atak serca.

Niemal się roześmiał. Atak serca! Chłopak ma dwadzieścia pięć lat i jest zdrów jak koń. A więc wypadek.

Tutaj nie brakuje miejsc, w których mógłby zdarzyć się wypadek, deliberował. Ale przy okazji można załatwić kupę ludzi.

Wystarczy wyłączyć pompy tłoczące powietrze albo spowodować wybuch w jednym z laboratoriów.

Od kiedy zaczęła się ta cała heca, chłopak ani razu nie wyszedł na zewnątrz. Uśmiercenie go w skafandrze byłoby łatwizną. Albo w śluzie. Chryste, zaczynam chwytać się brzytwy! Czemu załatwienie jednego faceta jest tak cholernie trudne?

Bo nic chcesz tego zrobić, odpowiedział sam sobie. Bo naprawdę go podziwiasz. Jest taki, jakim ty mógłbyś być, gdybyś urodził się inny.

Taa, pewnie. A gdybyś miał skrzydła, mógłbyś latać. Fakty są takie, że zostałeś wyznaczony do zneutralizowania szefostwa, a ten Stavenger jest szefem. Prędzej czy później siły pokojowe wrócą i albo zajmą tę bazę, albo ją zniszczą. Jeśli do tego czasu nie wykonasz roboty, będziesz trupem. Albo zginiesz w bitwie, albo zawloką cię do kwatery głównej. Dobrze wiesz, co to oznacza Lepiej dać się zabić podczas próby wykonania zadania.

Spróbował się uspokoić i przemyśleć problem od początku. Stavenger jest sam tylko wtedy, gdy śpi, a w ciągu ostatnich dziesięciu dni sypiał niewiele. Cały czas z kimś się naradza. Wokół niego stale są ludzie.

Może dziś wieczorem, pomyślał. Przecież czasami musi spać. Pójdę za nim do kwatery, zlikwiduję go i wreszcie będę mieć problem z głowy.

— W porządku — powiedział Doug, stojąc na stole. — To wasze zebranie. Posłuchajmy, co macie do powiedzenia.

Niemal wszyscy mieszkańcy Bazy Księżycowej stłoczyli się w Grocie. Tylko niezbędny personel pełnił służbę w centrum kontroli, połączonym z Grotą przez interkom. Zakończono wydawanie obiadów. Stoły i krzesła ustawiono pod ścianami, żeby zrobić miejsce dla ludzi. Ze swojego miejsca Doug widział wpatrzone w siebie twarze. Stali ramię w ramię; jedynymi wolnymi miejscami na podłodze kafeterii były niewielkie kwadraty trawy.

Edith Elgin, w białym kombinezonie fasowanym w Bazie, ustawiła minikamery na trójnogach i rejestrowała przebieg zebrania.

Jinny Anson stała w pierwszym rzędzie przed Dougiem. Zapytała:

— A więc jesteśmy niepodlegli czy nie?

Akustyka w Grocie była na tyle dobra, że nie musieli używać mikrofonów.

Doug odpowiedział:

— Ani ONZ, ani żaden inny kraj nie zareagował na naszą deklarację niepodległości.