Выбрать главу

Czuł, jak wzbiera w nim złość.

— Nie chciała cię słuchać? — powiedział do O’MalIeya. Odwracając się do Rossi warknął: — Co z ciebie za idiotka? Nie pomyślałaś o dziecku? Wcale cię nie obchodzi?

— Obchodzi…

— W takim razie czemu nie jesteś w drodze na Ziemię, gdzie byłabyś pod właściwą opiekę lekarską? — wrzasnął.

O’Malley stanął między nimi.

— Proszę zaczekać…

— Na co? — ryknął Doug. — Na następny atak na Bazę, w którym oboje możecie zginąć? Wy i dziecko?

Odwrócił się do Anson.

— Do licha, Jinny, jak to stado tępych jełopów, które uchodzi za twój pierwszorzędny personel, mogło do tego dopuścić? Nie kazałaś nikomu sprawdzać, kto wsiada na pokład statku ewakuacyjnego? Są ślepi, głupi czy po prostu skorumpowani? Co u diabła się stało?

— Nie wiem — odparła Anson niespodziewanie cichym głosem.

Rossi zaczęła:

— Dałam moje papiery…

Doug uciszył ją lodowatym spojrzeniem.

— Myślisz, że to zabawa? Czeka nas walka na śmierć i życie, a ty narażasz nienarodzone dziecko! Jesteście do tego stopnia nieodpowiedzialni i wyzuci z ludzkich uczuć? Jeszcze tego mi brakowało! Jakbym miał mało na głowie, przyjdzie mi się martwić o ciężarną idiotkę i jej dziecko!

Edith położyła mu rękę na ramieniu, a Anson złapała Claire za rękę.

— Chodź, idziemy stąd — powiedziała. — Doug, przykro mi, że obarczyłam cię tą sprawą. Nikt z nas już nie może nic zrobić. — Pociągnęła dziewczynę do drzwi.

O’Malley spiorunował Douga wzrokiem i przez chwilę wyglądało na to, że ma ochotę mu przyłożyć. Ale tylko parsknął gniewnie i poszedł za Anson i żoną.

Doug stał na środku pokoju, myśląc, jak tu ciasno, jak napiera na niego niski sufit, jak wielu ludzi umrze, jeśli nie skończy tej farsy szumnie zwanej obroną Bazy Księżycowej.

— Zastanawiałam się, kiedy puścisz trochę pary — szepnęła Edith. — Cieszę się, że nie ja znalazłam się na linii ognia.

Dzień czterdziesty pierwszy

Było grubo po północy. Doug leżał w ciemności obok Edith. Nawet nic próbowali się kochać; był zbyt zmęczony, zbyt wściekły, by dzielić się pieszczotami.

Boję się, uświadomił sobie. Naprawdę się boję. I nijak nie mogę temu zaradzić. W żaden sposób.

— Śpisz? — wyszeptała Edith tak cicho, że ledwo ją usłyszał.

— Nie.

— Ja też nie.

Doug leżał na plecach, patrząc w ciemny sufit.

— Nie powinienem tak wrzeszczeć na tych dzieciaków.

— Złamali zasady, prawda?

— Wrzeszczenie nic nie dało. Tylko ich do siebie zraziłem.

— Musiałeś wypuścić parę. Gdybyś tego nie zrobił, chyba byś pękł.

— Nie powinienem im tego robić.

Edith milczała przez chwilę. Potem szepnęła:

— Jeśli chcesz sobie ulżyć, nie krępuj się.

— Co?

— Nie duś tego w sobie. Czasami porządna wiązanka przynosi prawdziwą ulgę. Śmiało, nie przebieraj w słowach. Nie mam nic przeciwko.

Przez długą chwilę nie wiedział, co powiedzieć.

— Nie umiem — wyznał w końcu.

— Czego?

— Przeklinać. Nigdy się nie nauczyłem. Moja matka nic lubi grubych słów i nigdy ich nie słyszałem, gdy byłem mały.

— Nie znasz żadnych przekleństw? — Edith nie mogła w to uwierzyć.

— Do diabła i cholera. Pieprzony sukinsyn. Pierdolę, gówno, dupek.

— Jezu, jakbyś recytował listę.

Wzruszył ramionami.

— Nie mają dla mnie znaczenia. Nie emocjonalnie.

Odwróciła się w jego stronę. W ciemności ledwo widziała zarys jego głowy na poduszce.

— Co robisz, gdyjestes naprawdę wściekły? Kiedy masz ochotę opluć i skopać swojego starego wiernego psa?

Wiedział, że chce go rozbawić, wyciągnąć z podłego nastroju.

— Nigdy nie miałem psa.

— Nigdy nie chciałeś nikogo kopnąć?

— Chodzę na zewnątrz — powiedział.

— Co?

— Kiedy jestem naprawdę wkurzony, kiedy już nie wyrabiam, zakładam skafander i wychodzę na zewnątrz. Zwykle czuję się lepiej.

— W takim razie idź — powiedziała Edith, wspierając się na łokciu.

— Nie teraz. Nie pomoże.

— Mówiłeś…

— Prześpij się, Edith. Moich problemów nie rozwiąże spacer po powierzchni.

— Chodź — nacisnęła. — Ani razu nie zabrałeś mnie na zewnątrz. Moglibyśmy…

— Nie teraz — powtórzył. — Śpij.

Westchnęła i skuliła się obok niego. Żadne nie zamknęło oczu.

Kiedy rankiem chciał skontaktować się z Tamarą Bonai, usłyszał wiadomość, że udała się na prywatną wyspę i czeka na nawiązanie kontaktu wirtualnego.

Ze zmęczeniem poczłapał do studia rzeczywistości wirtualnej, ubrał się w kombinezon sensoryczny i poprosił technika, by pomógł mu założyć soczewki telewizyjne. Po paru minutach stał na piaszczystej plaży, zaskoczony, że na atolu Tarawa jest noc.

— Jestem kobietą pracującą — powiedziała Bonai, uśmiechając się promiennie w rozgwieżdżonym mroku. — Mam obowiązki, które przez większość dnia trzymają mnie za biurkiem.

Zmusił się do uśmiechu.

— Myślałem, że nie masz nic do roboty poza pływaniem i łowieniem ryb w lagunie.

Bonai była w sarongu, Doug w swoim niebieskim kombinezonie. Noc była cudowna: ciepła słona bryza ciągnęła nad plażą, a na firmamencie mrugały tysiące gwiazd. Doug rozejrzał się po niebie w poszukiwaniu Księżyca, ale nie mógł go znaleźć. Oczywiście, pomyślał. Jesteśmy w nocnej fazie cyklu; Księżyc jest w nowiu, niewidoczny.

— Co myślisz o mojej propozycji? — zapytała Bonai niemal nieśmiało.

Przez chwilą był zbity z tropu.

— Propozycji?

— Azylu w Kiribati. Dta ciebie i wszystkich, których będziesz chciał zabrać ze sobą.

Doug odetchnął głęboko. To było jedyne niedociągnięcie symulacji wirtualnej. Zamiast tropikalnego morskiego powietrza poczuł w ustach lekko metaliczny smak puszkowanej mieszanki Bazy.

— Muszę wiedzieć więcej o planach sił pokojowych — powiedział.

— Powtórzyłam ci, co powiedział Rashid. Kilkuset żołnierzy wyposażonych w rakiety gromadzi się w bazie Yamagaty w Koperniku. W ciągu miesiąca przypuszczą atak na Bazę.

— Wiesz, co planują?

Pokręciła głową.

Doug zawahał się.

— Tamaro, możesz dowiedzieć się czegoś więcej?

W świetle gwiazd nie dostrzegał wyrazu jej twarzy, ale głos zdradzał napięcie, gdy odparła:

— Doug, nie chcę więcej widzieć Rashida. Raz to przygoda, dwa razy… Albo nabierze podejrzeń, albo zacznie uważać mnie za swoją własność.

— Och — szepnął, nagle zażenowany. — Rozumiem.

— Naprawdę?

— Chciałem porozmawiać z dyrektorem Nippon Jeden — powiedział trochę niewyraźnie. — Nie odpowiada na moje wezwania.

Tamara wirtualną dłonią dotknęła jego rękawa.

— Doug, wiem, że to dla ciebie strasznie trudne, ale musisz pogodzić się z faktem, że Baza Księżycowa stoi na straconej pozycji. Musisz zacząć myśleć o własnym bezpieczeństwie.

Żałośnie pokiwał głową.

— Wiem, że masz rację. A jednak…

Urwał. W cieniach pod palmami na skraju plaży coś się poruszyło.

Kilifer był zachwycony. To ci dopiero fart, pomyślał.