Kupił ponton, w którym ledwo się zmieścił ze skrzynką zjedzeniem i piciem, i o zachodzie słońca wypłynął na laguną. Plażowi chłopcy, którzy mieli oko na lodzie wynajmowane przez hotel, nic zwrócili na niego większej uwagi: ot, turysta wybierający się na nocne wędkowanie.
Gdy tylko zapadła noc, skierował się ku prywatnej wysepce na końcu atolu, gdzie czasami przypływała Tamara Bonai. Sama.
Radzenie sobie na lagunie w ciemności nie było łatwe. Światła hotelu i kasyna niebawem zniknęły za horyzontem. Oczy przyzwyczaiły się do światła gwiazd, ale wszystkie płaskie, okolone palmami wysepki wyglądały jednakowo. Wiedział, że prywatna wyspa Bonai jest ostatnia w łańcuchu, lecz mimo to niemal ją minął i musiał walczyć z silnym prądem, który chciał wynieść go poza rafę.
Wreszcie dotarł na, jej” wyspę, leżącą najdalej od Betio i Bon-riki. Prędzej czy później się tu zjawi, powtarzał sobie, wyciągając z wody nadmuchiwaną łódkę. Schował ją w krzakach pod palmami, łyknął piwa z turystycznej lodówki i nastawił się na długie czekanie. Wiedział, że może minąć parę dni. A co tam.
I zjawiła się, jak na zamówienie! Ledwo wierzył własnym oczom. Kobieta skierowała łódź ku plaży i wysiadła, by przechadzać się pod plamami. Sama.
Szczerząc zęby, Kilifer pomyślał, że może ostatecznie czuwa nad nim bóg generała O’Connera.
— Ktoś tam jest — powiedział Doug, wskazując palmy i niskie zarośla.
Tamara spojrzała w tamtym kierunku.
— Niemożliwe. Nie o tej porze. Wypożyczalnie łodzi zamykają o zachodzie słońca.
— Idzie w naszą stronę — powiedział Doug.
— Tak, widzę.
Doug pomachał ręką, żeby mężczyzna się cofnął, potem uświadomił sobie, że przecież jest na Księżycu. Zbliżający się człowiek nie mógł go zobaczyć.
— Cholera, będziemy musieli postawić tablice WSTĘP WZBRONIONY — powiedziała Bonai, patrząc na mężczyznę.
— Albo strażników — mruknął Doug.
Popatrzyła na niego.
— Chciałam, żebyśmy byli sami.
— Ja też. Może powiedz mu, że tu nie wolno wchodzić.
Westchnęła.
— Pewnie bqdą musiała.
Ruszyła w stronę intruza i powiedziała:
— Przepraszam, ale to teren prywatny. Proszę wrócić na Bonriki. — Wskazała bladą łunę na horyzoncie, rzucaną przez światła hotelu.
Mężczyzna nie zareagował. Bonai powtórzyła ostrzeżenie po niemiecku, potem po japońsku.
— Nie wygląda na Japończyka. — Doug zmrużył oczy, przeszywając wzrokiem ciemność.
— Tu nie wolno przebywać — zawołała Tamara głośniej, po angielsku.
Mężczyzna podszedł bliżej i uśmiechnął się złośliwie. Doug miał wrażenie, że zimna dłoń ścisnęła mu serce. Poznał Jacka Ki-lifera.
— Tamaro, trzymaj się z dala od niego — powiedział, chwytając ją za ramię.
— Dlaczego…
— Znam go. Kiedyś omal mnie nie zabił.
Szeroko otworzyła oczy. Odwróciła się w stronę Kilifera, który był już tak blisko, że mógłby ją dotknąć, potem przeniosła spojrzenie na Douga.
— Uciekaj! — zawołał Doug. — Wezwij pomoc!
Bonai podniosła rękę, by przemówić do komunikatora na nadgarstku.
Kilifer rzucił się na nią.
Wyglądała dziwnie, ubrana od stóp do głów w coś, co przypominało skafander nurka. Po chwili zrozumiał, że to sensoryczny kombinezon wirtualny. Przypływa na tę wysepkę, żeby zabawiać się z kimś w wirtualnej, pomyślał. Napalona suka.
Uśmiechnął się do niej. Nie miała hełmu. Pewnie soczewki kontaktowe.
Złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie.
— Nie sprawiaj kłopotów, laleczko.
Doug chciał go złapać, na próżno. Mężczyzna był prawdziwy, on tylko elektronicznym duchem. Zaczął wołać do techników, żeby zawiadomili policję w Kiribati.
Tamara sięgnęła wolną ręką do twarzy napastnika, ale osłonił się, potem trzasnął ją na odlew i przewrócił na piasek.
Doug zawył i skoczył na Kilifera, ale przeleciał przez niego jak przez powietrze.
— Doug! — krzyknęła Tamara, gdy Kilifer opadł na kolana koło niej.
— Doug? — warknął. — To z nim się pieprzysz? Mały Douguś z Księżyca? Wirtualne dymanko? — Kilifer ze śmiechem zaczął zdzierać z niej kombinezon.
Wyrywała się i kopała, ale uderzył ją tak mocno, że krew popłynęła jej z ust. Jednym ruchem obnażył jej ramiona.
— Goła — powiedział, patrząc na nią. — Tym lepiej.
Doug wrzeszczał, żeby ktoś powiadomił policję Kiribati, ale wiedział, że nikt nie zdąży z pomocą. W bezsilnej furii tłukł pięściami w wirtualny piasek, gdy Kilifer rozbierał szamoczącą się ofiarę. Trzasnął ją w splot słoneczny tak mocno, że zwinęła się wpół. Znieruchomiała.
— Zabiłeś ją, ty sukinsynu! — wył Doug.
Kilifer go nie słyszał.
Ale Tamara żyła. Jeszcze żyła. Doug bezradnie patrzył, jak Kilifer rozsuwa jej nagie nogi i gwałci, zaciskając rękami jej tchawicę.
Kilifer widział, jak gaśnie światło w oczach ofiary. Przerżnął ją jak się patrzy, wpompowując w nią lata nienawiści i furii, powoli, bardzo powoli odcinając jej dopływ powietrza. Wreszcie zsunął się z bezwładnego ciała.
— No dalej, suko, jeszcze nie skończyłem — wydyszał. — Ty też nie.
Wyszczerzył zęby, gdy zatrzepotała powiekami i zakasłała.
Doug wył jak obłąkany, gdy technicy wpadli do komory rzeczywistości wirtualnej. Trzeba było czterech ludzi, żeby ściągnąć go na podłogę i zerwać z niego kombinezon sensoryczny.
Na końcu wyjęli mu soczewki kontaktowe. Zdążył jeszcze zobaczyć, jak Kilifer siada na piersi Tamary, przyciskając jej ręce do piasku i bije ją do utraty przytomności, znów osiągając erekcję.
— Nie żyje — powiedziała Jinny Anson. — Policja Kiribati znalazła ją na wyspie. Była zmasakrowana. Miała skręcony kark.
Mimo środków uspokajających, jakie zaaplikowali mu medycy, Doug wibrował jak nóż wbity w ścianę.
— Nie mogłem go powstrzymać — mamrotał. — Nie mogłem nic zrobić.
Edith siedziała na brzegu łóżka. Anson stała nad nimi z sanitariuszem u boku. Bam Gordette tkwił przy przepierzeniu, pogrążony w ponurym milczeniu.
— To nie twoja wina — powiedziała Edith łagodnie. — Nic mogłeś nic zrobić.
— Powinienem zabić go przed laty, kiedy zamordował Fostera Brennarta. Kiedy próbował zabić mnie. Wtedy powinienem go zabić. Wykonać wyrok. Wtedy to by się nie stało. Tamara nadal by żyła.
— To nie twoja wina.
— To moja wina — warknął Doug. — Ja jestem sprawcą tego bałaganu. Gdybym nie… Gdybym tylko wpuścił Faure’a… — słowa przerodziły się w jęk.
Z zakłopotaną miną Anson powiedziała:
— Skoro o nim mowa — dla kogo pracuje Kilifer?
— Co masz na myśli? — zapytała Edith.
— Chyba nie sądzisz, że poleciał do Kiribati i zamordował szefową rządu na własną rękę? Kto pociąga za sznurki?
— Policja dowie się, gdy go złapią.
Anson potrząsnęła głową.
— Już opuścił Kiribati. Nie wrócił do hotelu. Wyczarterował samolot i odleciał o brzasku.
— Interpol go znajdzie — oświadczyła Edith z przekonaniem.
— Anson nie była taka pewna.
— Interpol pracuje obecnie dla ONZ, prawda? Poza tym jakie mają dowody, że to on zamordował Bonai?
— Zeznanie naocznego świadka — powiedział Doug.
— Wirtualnego — poprawiła Anson. — Ciekawe, czy Interpol lub ktokolwiek inny potraktuje to poważnie.