Выбрать главу

Doug opadł na poduszki.

— Pewnie masz racją — przyznał. — Policja Kiribati z pewnością nie spieszyła się z przybyciem na wyspę i znalezieniem ciała.

Edith zrobiła zaintrygowaną minę.

— Wirtualny świadek. Fantastyczny temat.

— Nie przyjmą mojego zeznania — szepnął Doug. — Nie mogę świadczyć przeciwko niemu. To beznadziejne. Ja jestem beznadziejny.

— Nie wolno ci tak myśleć, Doug. Ani przez chwilę — powiedziała Edith. — Dopadniemy go, zobaczysz.

Zamknął oczy.

— Dajcie mi się przespać. Chcę… muszę zasnąć.

— Środki uspokajające zaczęły działać — oznajmił medyk.

— Najwyższy czas — powiedziała Anson.

— Chodźcie, niech odpocznie — zarządziła Edith, wypłaszając ich z sypialni.

Został tylko Gordette.

— Zaczekam na zewnątrz — powiedział do Edith. — Zostanę z nim, gdybyś musiała dokądś pójść.

Dzień czterdziesty drugi

Edith przez całą noc siedziała przy komputerze w pokoju Do-uga, pracując nad spójną historią o gwałcie i morderstwie widzianym przez świadka przebywającego w odległości czterystu tysięcy kilometrów. Tuziny razy dzwoniła do siedziby Global News w Atlancie, nękając osoby zajmujące się gromadzeniem materiałów i sprawdzaniem faktów, dopóki nie poskładała wszystkich kawałków w logiczną całość.

Po przesłaniu szkicu do Atlanty zajrzała do Douga. Spał. Nie chcąc mu przeszkadzać, usadowiła się na siatkowym krześle w pokoju, żeby trochę się zdrzemnąć. Ledwo zmrużyła oczy, zbudziło ją brzęczenie telefonu.

Dzwonił Manny, dyrektor programowy z Atlanty. Dosłownie podskakiwał na krześle z podekscytowania.

— Edie, a niech mnie, to super! Facet z Księżyca świadkiem zabójstwa na Tarawie! Absolutnie fantastyczne!

— I mamy wyłączność — zaznaczyła. Manny mówił:

— Prawnicy twierdzą, że nie możemy opublikować nazwiska sprawcy, dopóki facet nie zostanie aresztowany i postawiony w stan oskarżenia. Ale, rany boskie, historia jest niesamowita!

Edith uśmiechnęła się do ekranu, ale po raz pierwszy w swojej karierze zrozumiała, że suche fakty często skrywają ludzki ból. Martwa kobieta. Doug, chory z frustracji i odpowiedzialności, z której nikt nie mógł go zwolnić. I gorycz, że morderca prawdopodobnie nigdy nie zostanie ukarany.

— Tak — powiedziała ze zmęczeniem. — Niesamowita to dobre słowo.

Manny popatrzył na nią pytająco.

— Nie wyglądasz najlepiej, mała.

— Jestem wykończona — przyznała.

— Weź się w garść. Nie zdążyliśmy na wieczorne wiadomości, ale szefostwo chce, żebyś wystąpiła na żywo o jedenastej w programie specjalnym.

Edith przebywała na Księżycu dość długo, by nabrać wprawy w przeliczaniu czasu. Miała niecałe trzy godziny, żeby pojawić się w studiu, rześka i energiczna, gotowa do wystąpienia w programie na żywo.

— W porządku, tylko się zdrzemnę.

— I nie zapomnij o makijażu.

— Pewnie — powiedziała, wiedząc, że z tym może być problem. Używała kosmetyków Joanny Brudnoj, lecz zawsze pytała Douga o pozwolenie. Teraz jednak Doug spał, powalony przez środki uspokajające, a nie chciała go budzić.

Usadowiła się na krzesełku, tym razem kładąc nogi na biurku. Uznała, że godzina snu powinna wystarczyć. Nastawiła budzik w zegarku na ręku. Może Doug się obudzi, pomyślała. Zasnęła prawie od razu — już przed laty opanowała tę sztukę. Reporterzy muszą chwytać sen, gdy tylko można, jak żołnierze.

Budzik zapiszczał cicho. Edith ocknęła się równie szybko jak zasnęła, zupełnie przytomna i wypoczęta.

Na palcach podeszła do ścianki działowej i zajrzała do Do-uga. Rzucał się niespokojnie, z prześcieradłem okręconym wokół nóg. Edith rozprostowała prześcieradło, pocałowała go w policzek i wyszła.

Pójdę do mieszkania pani Brudnoj bez pytania, zadecydowała. Wahała się, nie chcąc zostawiać Douga samego. Powinnam tu być, gdy się zbudzi. Ja albo ktoś inny.

Kogo zawołać? Wtedy przypomniała sobie o Bamie Gordette, który zaproponował, że przy nim posiedzi. Ten facet zachowuje się jak ochroniarz, pomyślała. Zadzwoniła do niego, lecz nikt się nie zgłosił.

Zerknęła na cyfrowy zegar stojący przy monitorze komputera. Minęła druga nad ranem. Chyba nie siedzi dalej w korytarzu?

Otworzyła drzwi. Gordette siedział na podłodze pod ścianą, patrząc prosto na nią.

— Spędziłeś tu całą noc? — zapytała z niedowierzaniem.

Podniósł się i pokiwał głową.

— Potrafię spać wszędzie.

Szybko, szeptem, Edith poinformowała go, że musi iść do studia, by wystąpić w programie na żywo. Gordette z powagą pokiwał głową.

— Zaopiekuję się Dougiem.

— Cudownie — powiedziała, tłumiąc chęć pocałowania go z policzek. Nie wyglądał na faceta, z którym można bawić się w medialne karesy.

Gordette odprowadził ją wzrokiem, a potem po cichu zasunął drzwi i podszedł do ścianki, która dzieliła kwaterę Douga na dwa pomieszczenia.

Doug leżał na plecach, powieki mu drżały, ręce zaciskały się w pięści.

Nie wtedy, gdy śpi, powiedział sobie Gordette, muskając palcami obsydianowy nóż w kieszeni kombinezonu. To byłoby nie w porządku. Nie zarzyna się śpiącej zwierzyny.

Przed wiekami nóż musiał zakosztować krwi wielu ofiar. Gordette znalazł go w ruinach świątyni Majów głęboko w dżungli w czasie powstania na Jukatanie. Ceremonialny nóż ofiarny, powiedział antropolog przydzielony do jego jednostki. Używany do otwierania piersi i wyjmowania bijącego serca.

Zadanie antropologa polegało na pomocy w podbiciu serc i umysłów zbuntowanych wieśniaków z Jukatanu. Gordette był wtedy snajperem, patrzącym na ofiary przez celownik teleskopowy i strzelającym maleńkimi zatrutymi strzałkami. Ofiara czuła lekkie ukłucie, jak ukąszenie komara, a po dwóch dniach umierała na gorączkę. Przed śmiercią zarażała całą wioskę.

Antropolog nie podbił serc i umysłów wieśniaków. Zginął w przemyślnej zasadzce. Nim Gordette wraz z niedobitkami oddziału uciekł z dżungli, zaraza wykończyła prawie wszystkich wieśniaków.

Gordette siedział spokojnie przy łóżku i pragnął, by Doug się zbudził. Już czas, mówił bezgłośnie do swojej ofiary. Śmierć czekała zbyt długo.

Doug otworzył oczy. Zamrugał raz, drugi.

— Bam — powiedział.

Gordette poważnie pokiwał głową.

— Panna Elgin musiała iść do studia. Prowadzi program na żywo.

— Aha — Doug uśmiechnął się lekko. — A ty mnie niańczysz.

— Skoro tak chcesz to nazywać.

Nie podnosząc głowy Doug zapytał:

— Jak idzie?

— Co?

— Twoje śledztwo. Uszkodzenie skafandra.

— Aha, o to chodzi. — Gordette wyjął obsydianowy nóż z kieszeni. Zakrzywiona rękojeść idealnie pasowała do jego dłoni, jakby przed wszystkimi tymi wiekami została zrobiona specjalnie dla niego.

— I jak? — zapytał Doug.

— To już nieważne.

— Dlaczego?

— Przegrałeś, Doug. Wiesz o tym, prawda?

W oczach ofiary nie było ognia, nic było zapału. Doug patrzy! na niego bez wyrazu.

— Baza Księżycowa przegrała. Nie zdołasz jej uratować. Nie pomogłeś nawet pannie Bonai. Patrzyłeś, jak ją gwałcą i mordują, i nie mogłeś nic zrobić.

Doug otworzył usta, ale nie padły z nich słowa. Obojętnie skinął głową.

— Tracisz wszystko, na czym ci zależy — mówił Gordette powoli, dźwięcznym głosem, jak kapłan przy ofiarnym ołtarzu. — Nawet życie.