— Lew, zadzwoń do niego. Przemów mu do rozumu. Przekonaj go, że musi się poddać! Nie może walczyć z żołnierzami! Oni zabiją ich wszystkich.
Powoli, jak zmęczony starzec, Lew opuścił nogi na podłogę i usiadł. Złapał Joannę za rękę i pociągnął ją na sofę.
— Posłuchaj, kochanie. Doug rozumie sytuację równie dobrze jak my, może nawet lepiej. Wie, co może zrobić dla obrony Bazy…
— Przeciwko rakietom i bombom jądrowym? Widziałeś wiadomości!
Położył palec na jej ustach, uciszając ją na chwilę.
— Decyzja nie należy do nas — rzekł cicho. — Jeśli zadzwonię do niego, nie tylko przeszkodzę mu w robieniu czegoś ważnego, ale jeszcze skończy się na tym, że przyznam mu rację — zwycięstwo albo śmierć!
Joanna popatrzyła na niego jak na wariata.
— Zwycięstwo albo… co ty mówisz?
— Doug całym sercem wierzy w Bazę Księżycową — odparł. — To jego świat, jego życie. Nie chciałby żyć w świecie bez Bazy.
— Nie. — Joanna opuściły siły. — Nie. Doug może tu wrócić. Może żyć z nami. Ochronię go, będę go strzec… — Jej głos wyciszył się.
Lew pokręcił głową.
— Nie wszyscy fanatycy są członkami Nowej Moralności, kochanie. W swój własny racjonalny sposób twój syn też jest fanatykiem. Tego właśnie trzeba, by walczyć wbrew wszelkiej nadziei.
Joanna przygarbiła się, wstrząśnięta odkryciem, że Lew rozumie Douga lepiej niż ona.
A w biurze ochrony, w skrzydle dla służby, Jack Kilifer pochylił się nad ramieniem partnera i uśmiechnął do ekranu, na którym widnieli Brudnojowie.
Rodriguez zerknął na niego.
— Powinieneś być w kuchni. Tam jest twoje miejsce, nie tutaj.
Kilifer wyszczerzył żeby.
— Tutaj jest znacznie zabawniej.
Baza Księżycowa
— Są.
Doug wpatrywał się w ekran ścienny w biurze Jinny Anson. Trzy kolumny pojazdów gąsienicowych wyłoniły się zza horyzontu i sunęły majestatycznie przez nagą równinę Marę Nubium, wzbijając chmury pyłu. Pomyślał, że pył leżał tam nieporuszony od miliardów lat. Nie, nie całkiem, przypomniał sobie. Meteoroidy stale spadały na powierzchnię Księżyca, powiększając warstwę regolitu i tworząc pył, który teraz wzbijały traktory sił pokojowych.
Kamery na górze Yeager i dwóch innych szczytach w pierścieniu Alfonsa śledziły zbliżających się najeźdźców. Na przedzie środkowej kolumny jechał mniejszy traktor, biały z błękitną plamą na boku.
— Możesz powiększyć ten pojazd z przodu? — zapytał cicho.
Anson sięgnęła do klawiatury i powiększyła obraz. Błękitny kwadrat był emblematem ONZ: rzut biegunowy Ziemi na błękitnym jak niebo tle, otoczony przez dwie gałązki oliwne.
Doug parsknął pogardliwie. Gałązki oliwne. Symbol pokoju. Na czele trzech kolumn uzbrojonych żołnierzy, mających podbić Bazę Księżycową.
— Lepiej chodźmy do centrum kontroli — powiedziała Anson. Głos miała ściszony, napięty, jak on.
— Dobrze — odparł.
Robert T. Wicksen odebrał wiadomość. Odruchowo popatrzył przez doliną krateru w kierunku Przełęczy Wojdohowitza. Z miejsca, gdzie stała katapulta, przełęcz wyglądała jak niewielkie wklęśnięcie w pierścieniu zaokrąglonych gór.
— Co z pociskiem na L-1? — zapytał lekko drżącym głosem.
— Nadal tam jest — poinformował głos z centrum kontroli.
Wicksen odetchnął z ulgą.
— Informujcie mnie na bieżąco — poprosił.
— Dobrze.
Przechodząc na częstotliwość wewnętrzną, zawołał:
— Ludzie, słuchajcie. Żołnierze jadą przez Marę Nubium. Niedługo się zacznie.
Odpowiedziała mu martwa cisza. Zmęczona załoga nie miała nic do powiedzenia.
Vince Falcone klął pod nosem, ale na tyle głośno, że jeden z techników powiedział:
— Proszę powtórzyć, nie zrozumiałem.
Razem z sześcioma osobiście wybranymi pomocnikami próbował rozłożyć warstwą piankożelu wzdłuż najwyższego odcinka Przełęczy Wojdohowitza. Robota szła powoli, z irytującymi przerwami, bo wbrew obietnicom chemików żel wcale nie wypływał płynnie, tylko zapychał rury.
Kiedy parę godzin wcześniej pojawiły się problemy, Falcone kazał ludziom zwiększyć ciśnienie azotu, którego używali do wypychania żelu z pojemników. Niebawem stwierdził, że zapas cennego gazu nie wystarczy do wykonania roboty. Początkowo chciał użyć taniego i łatwo dostępnego tlenu, ale chemicy obawiali się, że tlen może wejść w reakcję z żelem i zmienić jego właściwości chemiczne.
— Hel byłby najlepszy — powiedziała szefowa laboratorium. — Gdybyśmy tylko mieli go w zapasie…
Dlatego stanęło na azocie i zabrano dwa tuziny zbiorników z rezerwy podtrzymywania życia. I teraz azot się nie sprawdzał.
Od czasu do czasu Falcone i jego załoga zatrzymywali traktory i czyścili zatkane węże drucianymi szczotkami, które dostarczyli im chemicy.
— Cała chemia sprowadza się do przetykania rur — mruczał do siebie Falcone. — Równie dobrze, cholera, można szorować latrynę.
Czyjś głos zatrzeszczał w słuchawkach.
— Nie rozumiem, dlaczego nie zabezpieczono anten mikrofalowych przed promieniowaniem.
Falcone przerwał pracę i próbował zidentyfikować rozmówcę.
— Co dobrego da ta papka, jeśli anteny zostaną uszkodzone przez promieniowanie?
Newman, uznał Falcone. Nigdy nie sięgał wzrokiem poza czubek własnego nosa.
— Co się stanie, jeśli Wix i jego chłopaki nie unieszkodliwią bomby? — zapytał.
Po chwili milczenia Newman odparł:
— Głowica wybuchnie.
— I…
— Uch… rozwali farmy solarne.
— A skąd są zasilane anteny?
— Z… aha, kapuję. Jeśli bomba wybuchnie, anteny i tak zdechną, prawda?
— A więc zabezpieczanie anten nie ma sensu. Capisce? Falcone nie doczekał się odpowiedzi, choć usłyszał czyjś zduszony śmiech.
Parę minut później zabrzęczał sygnał w słuchawkach, więc rzucił szczotkę, puścił zgięty wąż i stuknął w blok klawiszy na mankiecie.
Technik łączności ogłosił:
— Pojazdy sił pokojowych są w polu widzenia na Marę Nubium.
— Kiedy dotrą na przełęcz? — zapytał.
— Nie wiadomo. Myślimy, że rozbiją obóz u stóp gór i zaczekają na bombę z L-1.
Mamrocząc coś niezrozumiale, Falcone lekko wygiął plecy do tyłu i popatrzył przez wizjer na szczyt Yeager, gdzie stały nadajniki krótkofalowe. Po raz pierwszy przyszło mu na myśl, że cały ten pomysł z „niebieską papką” jest patykiem na wodzie pisany.
Chryste, mam nadzieję, że zadziała, powiedział do siebie. Jeśli pukawka Wicksena nie rozbroi atomówki, nadajniki wysiądą i cała nasza robota pójdzie na marne.
I, dodał w myślach, pochylając się po zapchany wąż, istnieje duże prawdopodobieństwo, że ta pieprzona bomba usmaży nas na frytki.
Centrum kontroli uległo przeobrażeniu. Na pozór nic się nie zmieniło: znajome ciche skupienie, przyćmione światła, pomruk ściszonych głosów i szum urządzeń elektrycznych. Ale teraz napięcie trzaskało w powietrzu i nawet sam zapach był inny, nerwowy, spocony. Doug jednak wyczuwał nie tyle strach, ile niepokój maskowany przez skoncentrowanie na obowiązkach.
Jinny Anson usiadła przy podkowie pulpitów, on zaś przechadzał się powoli po wielkim pomieszczeniu, za krzesłami techników, patrząc na ich ekrany. Z jednej strony jarzył się wielki schematyczny plan systemów Bazy. Na przeciwległej ścianie widniały obrazy z kamery i teleskopu, ukazujące nadciągające wojsko i statki kosmiczne krążące wokół stacji L-1.