Fiben nie chciał sprawiać nadzorowanemu przyjemności, udzielając mu odpowiedzi. Odwzajemnił spokojnie spojrzenie Irongripa.
— W gruncie rzeczy — ciągnął ten pełnym zadumy tonem — łatwo jest zrozumieć, dlaczego taka szymka jak ty wolałaby być szenem. Zwłaszcza z tą twoją białą kartą rozpłodową. Kurde, u dziewczyny biała karta właściwie się marnuje! Trudno mi się tylko połapać — zwrócił się do Fibena — po co wy dwoje robiliście to, co robiliście — biegaliście we wszystkie strony, bawiąc się w żołnierzyków dla człowieka. Ciężko się w tym pokapować. Ty masz niebieską kartę, ona białą, kurde, moglibyście to robić za każdym razem, kiedy się zrobi różowa — bez pigułek, bez pytania jej kuratora, bez zezwolenia Urzędu Wspomagania. Tyle dzieciaków, ile tylko zechcecie, kiedy wam się tylko spodoba.
Gailet obdarzyła go lodowatym spojrzeniem.
— Jesteś odrażający.
Irongrip zarumienił się. Było to szczególnie widoczne z uwagi na jego blade, wygolone policzki.
— Dlaczego? Bo fascynuje mnie to, czego mnie pozbawiono? Czego nie mogę mieć?
— Chyba raczej to, czego nie możesz zrobić — warknął Fiben. Rumieniec pogłębił się. Irongrip wiedział, że jego uczucia go zdradzają. Nachylił się, aż jego twarz znalazła się niemal na tym samym poziomie co oblicze Fibena.
— Nic się nie martw, chłopczyku z college’u. Kto wie, do czego ty będziesz zdolny, kiedy już zadecydujemy o twoim losie — uśmiechnął się.
Fiben zmarszczył nos.
— Wiesz co, kolor karty szena to nie wszystko. Na ten przykład nawet ty pewnikiem załapałbyś więcej dziewczyn, gdybyś od czasu do czasu przepłukał sobie us…
Chrząknął i zgiął się w pół, gdy pięść uderzyła go w brzuch.
Trzeba płacić za własne przyjemności — pomyślał, gdy jego żołądkiem wstrząsnęły konwulsje i usiłował zaczerpnąć tchu. Niemniej, sądząc z wyrazu twarzy zdrajcy, strzał musiał być celny. Reakcja Irongripa mówiła bardzo wiele.
Fiben podniósł wzrok i ujrzał troskę malującą się w oczach Gailet. Wyraz ten jednak natychmiast przerodził się w gniew.
— Przestańcie wreszcie! Zachowujecie się jak dzieci… jak przedrozumne…
Irongrip odwrócił się błyskawicznie i wskazał na nią palcem.
— A co ty o tym wiesz? Hę? Czy jesteś jakimś ekspertem? Członkiem cholernego Urzędu Wspomagania? Czy jesteś już chociaż mężatką?
— Jestem specjalistką od socjologii galaktycznej — odparła Gailet dość sztywnym tonem.
Irongrip roześmiał się z goryczą.
— Tytuł dany w nagrodę zmyślnej małpie! Musiałaś naprawdę pokazać niezłe sztuczki w dżunglowej sali gimnastycznej, żeby ci dali wyglądający jak prawdziwy model doktoratu na baraniej skórze, w skali zmniejszonej! — Przykucnął obok niej. — Czy nie pokapowałaś się w tym jeszcze, mała panienko? Pozwól, niech ci to wyjaśnię. Wszyscy, do cholery, jesteśmy przedrozumni! No proszę! Powiedz, że tak nie jest! Udowodnij mi, że się mylę!
Teraz na Gailet przyszła kolej, by się zarumienić. Spojrzała przelotnie na Fibena, który zrozumiał, że przypomniała sobie popołudnie w college’u w Port Helenia, gdy wdrapali się na szczyt dzwonnicy i spojrzeli na opróżniony z ludzi teren szkoły, pełen jedynie szymskich studentów i wykładowców starających się zachowywać tak, jakby nic się nie zmieniło. Musiała pamiętać, jak gorzkie było spojrzenie na tę scenę w sposób, w jaki patrzyłby na nią Galakt.
— Jestem istotą rozumną — mruknęła, wyraźnie starając się, by w jej głosie zabrzmiało przekonanie.
— Aha — Irongrip uśmiechnął się szyderczo. — To, co chciałaś powiedzieć, znaczy jednak, że jesteś odrobinę bliżej niż reszta z nas… bliżej tego, co Urząd Wspomagania określa jako cel dla nas neoszymów. Bliżej tego, czym — jak oni sądzą — powinniśmy być. Powiedz mi jednak, co by się stało, gdybyś udała się w podróż kosmiczną, kapitan skręciłby w niewłaściwą stronę do hiperprzestrzeni poziomu D i przyleciałabyś na miejsce za paręset lat? Jak myślisz, co by się wtedy stało z twoją drogocenną białą kartą?
Gailet odwróciła wzrok.
— Sic transit glona mundi — Irongrip strzelił palcami. — Byłabyś wtedy przestarzałym reliktem, dawno pozostawionym z tyłu przez nieubłagany postęp Wspomagania — roześmiał się, wyciągnął rękę i ujął w dłoń jej brodę, by zmusić Gailet do spojrzenia mu w oczy. — Byłabyś nadzorowaną, kochanie.
Fiben rzucił się do przodu, lecz łańcuchy powstrzymały go w biegu. Pod wpływem wstrząsu ból przeszył jego prawą rękę od nadgarstka w górę, lecz rozgniewany szym niemal tego nie zauważył. Oburzenie przepełniało go tak, że nie był w stanie mówić. Warcząc na drugiego szena zdał sobie niejasno sprawę, że to samo dotyczy Gailet. Rozwścieczało go to tym bardziej, iż stanowiło jeszcze jeden dowód na to, że ten sukinsyn miał rację.
Irongrip spoglądał Fibenowi w oczy przez dłuższą chwilę, zanim wypuścił Gailet.
— Sto lat temu — ciągnął — ja byłbym czymś specjalnym. Wybaczyliby i zignorowali moje drobne dziwactwa i wady. Daliby mi białą kartę za mój spryt i siłę. Czas o tym decyduje, moi dobrzy mali szenie i szymko. Wszystko zależy od tego, w którym pokoleniu się urodziłeś. — Stanął prosto. — A może nie? — uśmiechnął się. — Może ważne jest też, kim są twoi opiekunowie, hę? Jeśli kryteria ulegną zmianie, a wraz z nimi obraz idealnych przyszłych Pan sapiens, cóż… — rozłożył ręce, pozwalając, by dotarły do nich implikacje.
Gailet odzyskała głos jako pierwsza.
— Czy… naprawdę… spodziewasz się… że Gubru… Irongrip wzruszył ramionami.
— Czas wszystko zmienia, moi najmilsi. Mogę mieć jeszcze więcej wnuków niż każde z was.
Fiben znalazł wreszcie klucz, który pozwolił mu wygnać paraliżujący go gniew i odblokować własny głos. Roześmiał się. Zarżał głośno.
— Tak? — zapytał uśmiechnięty. — No więc, najpierw będziesz musiał rozwiązać ten swój drugi problem, chłopczyku. Jak masz zamiar przekazać własne geny, kiedy nawet nie chce ci stanąć…
Tym razem Irongrip zadał cios bosą stopą. Fiben był lepiej przygotowany i przetoczył się na bok. by kopniak trafił go pod kątem. Za nim jednak posypał się deszcz głuchych ciosów.
Niemniej nie padło już więcej słów i szybkie spojrzenie powiedziało Fibenowi, że tym razem to Irongripowi odjęło mowę. Gdy jego usta otwierały się i zamykały, upstrzone pianą, wydobywały się z nich niskie dźwięki. Wreszcie, sfrustrowany, wysoki szym zrezygnował z kopania Fibena. Odwrócił się i wyszedł sztywnym krokiem.
Szymka z kluczami spojrzała w ślad za nim. Stała w drzwiach, sprawiając wrażenie, że nie jest pewna, co robić.
Fiben jęknął i przetoczył się na plecy.
— Uch — skrzywił się, macając swe żebra. Wydawało się, że żadne z nich nie jest złamane. — Przynajmniej nasz Simon Legree nie był w stanie wyjść z odpowiednim ostatnim słowem. Na wpół spodziewałem się, że powie: „Zaczekajcie no, ja tu wrócę!” albo coś równie oryginalnego.
Gailet potrząsnęła głową.
— Co możesz zyskać prowokując go? Wzruszył ramionami.
— Mam pewne powody.
Z wielką ostrożnością oparł się o ścianę. Szymka w wydętym kombinezonie zapinanym na zamek błyskawiczny przyglądała mu się, gdy jednak ich spojrzenia się spotkały, zamrugała pośpiesznie, odwróciła się i wyszła, zamykając za sobą drzwi.
Fiben podniósł głowę i zaczerpnął głęboko powietrza przez nos, kilka razy z rzędu.
— Co znowu wyprawiasz? — zapytała Gailet. Potrząsnął głową.
— Nic. Zabijam tylko czas.
Gdy wreszcie na nią spojrzał, Gailet ponownie odwróciła się do niego plecami. Zdawało się, że płacze.