Выбрать главу

Nic dziwnego — pomyślał Fiben. Zapewne siedzenie w więzieniu nie było dla niej tak przyjemne, jak kierowanie rebelią. Z tego, co oboje wiedzieli, ruch oporu był załatwiony, skończony, kaput. Nie było żadnego powodu, by wierzyć, że w górach sprawy poszły lepiej. Athaclena, Robert i Benjamin mogli już nie żyć lub być w niewoli. W Port Helenia nadal rządziły ptaki i quislingowie.

— Nie przejmuj się — powiedział, próbując ją pocieszyć. — Czy wiesz, co mówią o najprawdziwszym teście rozumności? Chcesz powiedzieć, że tego nie znasz? No więc, ona ujawnia się dopiero wtedy, kiedy szympansy śpią!

Gailet wytarła oczy i odwróciła głowę, by spojrzeć na niego.

— Och, zamknij się — powiedziała.

— No dobra, to stary kawał — przyznał sam przed sobą Fiben. — Warto jednak było spróbować.

Mimo to skinęła na niego, każąc mu się obrócić.

— No chodź. Teraz kolej na ciebie. Może… — uśmiechnęła się słabo, jak gdyby nie była pewna, czy ona też powinna spróbować żartów. — Może i ja znajdę dla siebie jakąś przekąskę.

Fiben uśmiechnął się. Przysunął się do niej, naciągając łańcuch, aż wreszcie jego plecy znalazły się tak blisko niej, jak to było możliwe. Nie zważał na to, jak bardzo nadweręża to jego rozmaite obolałe miejsca. Poczuł, jak jej ręce starają się rozsupłać jego splątaną, futrzaną sierść. Zatoczył oczyma ku górze.

— Ach. Aachch — westchnął.

Południowy posiłek — cienką zupę i dwie kromki chleba — przyniósł im inny strażnik. Ten nadzorowany nie posiadał ani śladu swobody wysławiania się Irongripa. W gruncie rzeczy wydawało się, że ma kłopoty nawet z najprostszymi zwrotami. Gdy Fiben próbował nawiązać z nim rozmowę, powarkiwał tylko. Przez jego lewy policzek przebiegał od czasu do czasu skurcz — nerwowy tik. Gailet szepnęła do Fibena, że drapieżny błysk w oczach tego szyma napełnia ją niepokojem.

Fiben próbował odwrócić jej uwagę.

— Opowiedz mi o Ziemi? — poprosił. — Jak tam jest? Wytarła resztę zupy za pomocą skórki od chleba.

— Co tu opowiadać? Każdy zna Ziemię.

— Aha. Z wideo i sześcianoksiążek typu „znajdź się tam”. To na pewno. Ale nie z własnego doświadczenia. Poleciałaś tam jako dziecko, z rodzicami, prawda? Tam zrobiłaś doktorat?

Skinęła głową.

— Na uniwersytecie w Dżakarcie.

— I co potem?

Spojrzała na niego nie widzącymi oczyma.

— Wystąpiłam o posadę w Terrageńskim Ośrodku Studiów Galaktycznych, w La Paz.

Fiben słyszał o tej instytucji. Wielu ziemskich dyplomatów, emisariuszy i agentów szkoliło się tam, ucząc się, w jaki sposób myślą i działają starożytne kultury Pięciu Galaktyk. Była to sprawa o kluczowym znaczeniu, jeśli przywódcy mieli zaplanować drogę, po której trzy gatunki Ziemian mogłyby się poruszać przez niebezpieczny wszechświat. Los klanu dzikusów w znacznej mierze zależał od absolwentów OSG.

— Jestem pod wrażeniem, że w ogóle o to wystąpiłaś — powiedział szczerze. — Czy cię… chciałem powiedzieć, czy się dostałaś?

Skinęła głową.

— Tak… z trudem. Dostałam się, ale zaledwie. Powiedzieli, że gdybym uzyskała tylko trochę lepszy wynik, nie byłoby żadnego problemu.

Najwyraźniej to wspomnienie było dla niej bolesne. Sprawiała wrażenie niezdecydowanej, jak gdyby odczuwała pokusę, by zmienić temat. Potrząsnęła głową.

— Potem powiedzieli mi, że woleliby, żebym wróciła na Garth. Stwierdzili, że powinnam zająć się nauczaniem. Otwarcie mi oznajmili, że tutaj będę bardziej użyteczna.

— Oni? Kim są ci „oni”, o których mówisz?

Gailet skubała nerwowo futro na zewnętrznej stronie swego ramienia. Zauważyła, co robi, i nakazała obu rękom spocząć nieruchomo na kolanach.

— Urząd Wspomagania — powiedziała cicho.

— Ale… ale co oni mają do powiedzenia w sprawie przyznawania stanowisk nauczycielskich albo i wyboru przez kogoś zawodu, skoro już o tym mowa?

Spojrzała na niego.

— Mają mnóstwo do powiedzenia, Fiben, jeśli uważają, że stawką jest genetyczny postęp neoszympansów lub neodelfinów. Na przykład mogą ci zabronić zostać astronautą, z obawy, że twoja cenna plazma może ulec napromieniowaniu. Mogą też uniemożliwić ci wybranie zawodu chemika z obawy przed nieprzewidzianymi mutacjami.

Wzięła w palce kawałek słomy i kręciła nim powoli.

— Och, mamy znacznie więcej praw niż inne gatunki podopieczne. Wiem o tym. Wciąż to sobie powtarzam.

— Zdecydowali jednak, że twoje geny są bardziej potrzebne na Garthu — spróbował odgadnąć cichym głosem Fiben. Skinęła głową.

— To zależy od liczby punktów. Gdybym uzyskała naprawdę dobry wynik na egzaminie do OSG, wszystko byłoby w porządku. Garstkę szymów tam przyjmują. Ja jednak byłam na granicy, więc zamiast tego dali mi tę cholerną białą kartę — jak gdyby był to jakiś rodzaj nagrody pocieszenia albo może hostia do jakiegoś sakramentu — i wysłali mnie z powrotem na rodzinną planetę, biedny, stary Garth. Wygląda na to, że moim raison d’etre są dzieci, które urodzę. Cała reszta ma znaczenie marginalne.

Roześmiała się z odrobiną goryczy.

— Do diabła, łamię prawo już od miesięcy, przez to tylko, że narażam swe życie i macicę w tej rebelii. Nawet gdybyśmy wygrali — marne szansę — mogłabym dostać wielki, gruby medal od TAASF, może nawet urządziliby na moją cześć paradę z rzucaniem wstążkami, ale to nic by nie zmieniło. Kiedy cała zabawa by się skończyła, Urząd Wspomagania i tak wsadziłby mnie do kicia!

— Och, Goodall — westchnął Fiben. Osunął się w dół, oparty plecami o chłodne kamienie. — Ale ty nie, chciałem powiedzieć, że jeszcze nie…

— Nie wydałam potomstwa? Trafne spostrzeżenie. Jedną z nielicznych zalet bycia samicą z białą kartą jest to, że mogę wybrać na ojca każdego z niebieską lub wyższą kartą, a także zdecydować o czasie, pod warunkiem, że będę miała troje lub więcej potomstwa, zanim skończę trzydziestkę. Nie muszę go nawet sama wychowywać! — ponownie dał się słyszeć ostry, gorzki śmiech. — Do diabła, połowa szymskich grup małżeńskich na Garthu ogoliłaby się na łyso, żeby zdobyć prawo adopcji jednego z moich dzieci.

Mówi o swojej sytuacji, jakby była taka okropna — pomyślał Fiben. — A przecież na całej planecie z pewnością nie ma nawet dwudziestu szymów tak wysoko cenionych przez Urząd. Dla członka podopiecznego gatunku to najwyższy zaszczyt.

Niemniej, może jednak ją rozumiał. Wróciła do domu, na Garth, wiedząc jedno: bez względu na to jak błyskotliwa będzie jej kariera, jak wielkie osiągnięcia, zwiększą one tylko dodatkowo wartość jej jajników… sprawią, że bolesne, inwazyjne wizyty w Banku Plazmy staną się częstsze, a nacisk, by donosiła jak najwięcej potomstwa we własnej macicy, ulegnie zwiększeniu.

Propozycje przyłączenia się do grup małżeńskich lub wstąpienia w związek dwuosobowy otrzymywałaby automatycznie. Łatwo. Zbyt łatwo. Nie miała sposobu, by sprawdzić, czy grupa pragnie jej dla niej samej. Samotni zalotnicy zwracaliby na nią uwagę ze względu na status, jaki przyniosłoby zostanie ojcem jej dziecka.

Dochodziła też zazdrość. Potrafił zrozumieć, co czuje Gailet. Szymy rzadko potrafiły dobrze ukrywać uczucia, szczególnie zawiść. Niektóre z nich okazywały ją brutalnie i bez ogródek.

— Irongrip miał rację — przyznała Gailet. — Dla szena musi to wyglądać inaczej. Potrafię zrozumieć, że samcowi szyma biała karta sprawiałaby kupę uciechy. Ale szymce? I to takiej, która ma ambicje i chciałaby sama coś osiągnąć? — Odwróciła wzrok.