— Cóż… — Fiben starał się wymyślić coś, co mógłby powiedzieć, w tej chwili jednak był w stanie tylko siedzieć bez ruchu, czując się jak tępak. Być może, któregoś dnia, jeden z jego późnych prawnuków mógłby się stać na tyle inteligentny, by znaleźć właściwe słowa, wiedzieć, jak pocieszyć kogoś, kto pogrążył się w goryczy tak głęboko, że już nawet nie pragnął pocieszenia.
Ten bardziej zaawansowany w procesie Wspomagania neoszym, oddalony w jego łańcuchu od Fibena o kilkadziesiąt pokoleń, mógłby być wystarczająco inteligentny. Fiben wiedział, że on taki nie jest. Był tylko małpą.
— Hmm — kaszlnął. — Pamiętam, jak kiedyś na wyspie Ciimar, to musiało być, zanim jeszcze wróciłaś na Garth. Zaczekaj. Dziesięć lat temu? Ifni! Byłem chyba dopiero na pierwszym roku… — westchnął. — Tak czy inaczej w tamtym roku całą wyspę ogarnęło podniecenie, gdy przybył Igor Patterson, by dać wykład i występ na uniwersytecie.
Głowa Gailet uniosła się lekko.
— Igor Patterson? Ten perkusista? Fiben skinął głową.
— A więc słyszałaś o nim? Uśmiechnęła się sarkastycznie.
— A kto nie słyszał? On jest… — Gailet rozłożyła ręce i pozwoliła im opaść, z wewnętrznymi powierzchniami dłoni skierowanymi ku górze. — Jest cudowny.
To trafnie określało sprawę. Igor Patterson był najlepszy.
Deszczowy taniec był tylko jednym z aspektów miłości, jaką neoszympansy żywiły do rytmu. Perkusja była ich ulubioną formą muzyki, od malowniczych, staroświeckich obszarów rolniczych na Hermesie aż po wyrafinowane wieże Ziemi. Nawet we wczesnych dniach — gdy szymy były jeszcze zmuszone do noszenia na piersiach wyposażonych w klawiatury monitorów, by w ogóle być w stanie mówić — nawet wtedy ich gatunek uwielbiał rytm.
Mimo to wszyscy najwięksi perkusiści na Ziemi i jej koloniach byli ludźmi. Dopóki nie zjawił się Igor Patterson.
On był pierwszy. Pierwszy szym ze znakomitą koordynacją palców, delikatnym wyczuciem rytmu i zwykłą zuchwałością, które zapewniły mu miejsce wśród najlepszych. Szym słuchający jak Patterson gra „Ciash Ceramic Lightning” nie tylko odczuwał przyjemność, lecz również nie posiadał się z dumy. Dla wielu sam fakt jego istnienia oznaczał, że szymy zbliżają się nie tylko do tego, co chciał z nich uczynić Urząd Wspomagania, lecz również tego, czym same chciały się stać.
— Fundacja Cartera wysłała go na tournee po koloniach — ciągnął Fiben. — Po części była to kurtuazja w stosunku do dalej leżących skupisk szymów, rzecz jasna jednak miał też podzielić się z nami odrobiną swego szczęścia.
Gailet żachnęła się, słysząc o tym oczywistym fakcie. Rzecz jasna, Patterson miał białą kartę. Szymscy członkowie Urzędu Wspomagania obstawaliby przy tym, nawet gdyby nie był też tak cudownie czarującym, inteligentnym i przystojnym egzemplarzem neoszympansa, jak tylko można było sobie tego życzyć.
Fiben sądził, że wie, co jeszcze pomyślała Gailet. Dla samca biała karta nie stanowiłaby większego problemu — po prostu jedna, długa zabawa.
— Założę się — powiedziała. Fiben odniósł wrażenie, że wykrywa w jej głosie wyraźny ton zazdrości.
— Aha. No więc, szkoda, że ciebie tam nie było, kiedy się zjawił, by dać koncert. Ja byłem jednym ze szczęściarzy. Moje miejsce znajdowało się daleko z tyłu i z boku. Tak się złożyło, że byłem tej nocy paskudnie przeziębiony. Miałem cholerne szczęście.
— Co? — brwi Gailet zetknęły się ze sobą. — Co to ma wspólnego… Och — spojrzała na niego ze zmarszczonymi brwiami i zaciśniętymi szczękami. — Och. Rozumiem.
— Założę się, że rozumiesz. Klimatyzację nastawiono na maksimum, ale mówili mi, że mimo to aromat był przytłaczający. Musiałem siedzieć pod dmuchawami i drżeć z zimna. Cholera, mało brakowało, żebym umarł…
— Czy przejdziesz do rzeczy? — Wargi Gailet stały się cienką linią.
— No więc, jak niewątpliwie się domyśliłaś, w jakiś sposób prawie wszystkie mieszkające na wyspie szymki z zieloną czy niebieską kartą, które akurat miały ruję, zdobyły bilet na koncert. Żadna z nich nie użyła dezodorantu. W większości przyszły mając całkowitą zgodę swych grupowych mężów. Umalowały się płomienną różową szminką, licząc, że może jak raz się uda…
— Wyobrażam to sobie — powiedziała Gailet. Fiben zastanowił się, czy przez krótką chwilę — gdy przed jej oczyma stanęła ta scena — nie powrócił na jej usta nieśmiały uśmiech. Jeśli nawet tak było, to jedynie na moment zmąciło to jej srogą, zasępioną minę. — I co się stało?
Fiben przeciągnął się i ziewnął.
— A czego byś się spodziewała? Rzecz jasna, rozpętała się orgia. Opadła jej żuchwa.
— Naprawdę? Na uniwersytecie?
— Tak jak tu siedzę.
— Ale…
— Och, przez pierwszych kilka minut wszystko było w porządku. Mówię ci, stary Igor naprawdę grał tak dobrze, jak mówi fama. Daję słowo. Widownia robiła się coraz bardziej podniecona. Nawet grupa akompaniująca to czuła. Potem wszystko tak jakby wyrwało się spod kontroli.
— Ale…
— Pamiętasz starego profesora Olvfinga, z Katedry Tradycji Terrageńskich? No wiesz, starszy szym noszący monoki? Spędzał wolny czas na organizowaniu poparcia dla ustawy o szymskiej monogamii.
— Tak, znam go — skinęła głową z szeroko rozwartymi oczyma. Fiben wykonał gest obiema rękami.
— Nie! Publicznie? Profesor Olvfing?
— Z panią dziekan skubanego Kolegium Dietetyki, ni mniej, ni więcej.
Gailet wydała z siebie ostry dźwięk. Odwróciła się na bok, z ręką przyciśniętą do piersi. Wydawało się, że dopadł ją nagły atak czkawki.
— Oczywiście wyłączna żona Olvfinga wybaczyła mu później. W przeciwnym razie utraciłaby go na rzecz dziesięcioosobowej grupy, której członkowie powiedzieli, że podobał im się jego styl.
Gailet klepnęła się w pierś, kaszląc. Odwróciła się jeszcze dalej od Fibena, potrząsając gwałtownie głową.
— Biedny Igor Patterson — ciągnął Fiben. — Miał, rzecz jasna, własne problemy. Jako bramkarzy zatrudniono niektórych chłopaków z drużyny futbolowej. Kiedy sytuacja zaczęła się wymykać spod kontroli, spróbowali użyć gaśnic. Wszystko zrobiło się od tego śliskie, ale to nikomu zbytnio nie przeszkadzało.
Gailet zakasłała głośniej.
— Fiben…
— Naprawdę szkoda — medytował na głos. — Igor dopiero wciągał się w porządny bluesowy riff. Zdrowo walił w te skóry. Wybijał taki rytm, że byś nie uwierzyła. Bawiłem się świetnie… dopóki ta czterdziestoletnia szymka, naga i śliska jak delfin, nie spadła na niego z krokwi.
Gailet zgięła się w pół, trzymając się za brzuch. Wyciągnęła rękę, by błagać o litość.
— Przestań, proszę… — szepnęła słabym głosem.
— Dzięki Bogu, że wpadła z bęben z drutem. Wydostanie się zajęło jej tyle czasu, że biedny Igor zdążył uciec tylnym wyjściem, choć tłuszcza deptała mu po piętach.
Przewróciła się na bok. Jej twarz była tak czerwona i przekrwiona, że przez chwilę Fiben odczuwał niepokój. Pohukiwała, waląc rękoma w podłogę. Łzy płynęły strumieniami z jej oczu. Przetoczyła się na drugi bok, wstrząsana salwami śmiechu.
Fiben wzruszył ramionami.
— I to wszystko wywołał już pierwszy numer Pattersona — jego własna, cholerna wersja hymnu narodowego! Szkoda. Nie udało mi się usłyszeć jego wariacji na temat „Inagadda Da Vita”. Kiedy jednak teraz się nad tym zastanowię — westchnął raz jeszcze — to może to i lepiej.
Prąd wyłączano o godzinie 2000, nie czyniąc wyjątków dla więzień. Przed zachodem słońca rozszalał się wicher. Wkrótce stukotał już żaluzjami ich małego okna. Dął znad oceanu i przyniósł ze sobą ciężki zapach soli. Z oddali dobiegły ciche grzmoty wczesnoletniej burzy.