Выбрать главу

Spali zwinięci na swych kocach, tak blisko siebie, jak na to pozwalały ich łańcuchy. Zwrócili się ku sobie głowami, by słyszeć swe oddechy w ciemności. Drzemiąc wciągali w siebie łagodną woń kamienia i stęchły zapach słomy, wypuszczali na zewnątrz ciche pomruki wywołane snami.

Dłonie Gailet wykonywały drobne, konwulsyjne poruszenia, jak gdyby w rytmie jakiejś wyśnionej ucieczki. Jej łańcuchy pobrzękiwały cicho.

Fiben leżał bez ruchu, mrugał jednak od czasu do czasu powiekami. Jego oczy otwierały się niekiedy i zamykały, choć nie było w nich światła świadomości. Czasami wciągał powietrze i zatrzymywał je przez dłuższy moment, zanim wreszcie wypuścił oddech.

Nie dosłyszeli niskiego, brzęczącego dźwięku, który dobiegał z korytarza, ani nie dostrzegli światła, które wpadło do ich celi przez szpary w drewnianych drzwiach. Rozległo się szuranie stóp oraz trzask uderzeń szponów o kamienie.

Gdy w zamku szczęknęły klucze, Fiben poderwał się, przetoczył na bok i usiadł. Potarł oczy kostkami dłoni. Zawiasy skrzypnęły. Gailet uniosła głowę. Użyła dłoni, by osłonić oczy przed ostrym blaskiem dwóch lamp trzymanych na wysokich tyczkach.

Fiben kichnął. Poczuł zapach lawendy i piór. Kilka szymów w kombinezonach zapinanych na zamki błyskawiczne podniosło ich siłą na nogi. Rozpoznał gruby głos dowódcy ich strażników, Irongripa.

— Wy dwoje lepiej bądźcie grzeczni. Macie ważnych gości.

Fiben zamrugał, próbując przyzwyczaić oczy do światła. Wreszcie zdołał dostrzec małą grupę pierzastych czworonogów — wielkich kuł białego puchu przyozdobionych wstęgami i szarfami. Dwa z nich trzymały w rękach drągi, z których zwisały jasne latarnie. Reszta stała, świergocząc, wokół czegoś, co wyglądało jak krótka tyczka zakończona wąskim pomostem. Na tej grzędzie stał ptak o bardzo szczególnym wyglądzie.

On również ustrojony był jaskrawymi wstążkami. Wielki, dwunożny Gubru przestępował nerwowo z jednej nogi na drugą. Mogło to być wywołane sposobem, w jaki światło padało na upierzenie nieziemca, lecz jego ubarwienie wydawało się bogatsze i bardziej lśniące niż zwykły białawy odcień. Przypominało to coś Fibenowi, jak gdyby widział już gdzieś tego najeźdźcę, lub innego, podobnego do niego.

Czemu, u diabła, ten stwór wałęsa się po nocy? — zastanowił się Fiben. — Myślałem, że one tego nie znoszą.

— Okażcie stosowny szacunek czcigodnym starszym, członkom wielkiego klanu Gooksyu-Gubru! — rozkazał ostrym tonem Irongrip, trącając łokciem Fibena.

— Już ja okażę sukinsynowi szacunek — Fiben wydał nieelegancki, gardłowy odgłos i zebrał flegmę.

— Nie! — krzyknęła Gailet. Złapała go za rękę i zaczęła szeptać nagląco: — Fiben, nie! Proszę. Zrób to dla mnie. Rób wszystko dokładnie tak jak ja.

Jej brązowe oczy pełne były błagania. Fiben przełknął ślinę.

— Niech ci będzie, Gailet.

Odwróciła się z powrotem w stronę Gubru i skrzyżowała ramiona na klatce piersiowej. Fiben naśladował ją, nawet gdy pokłoniła się nisko.

Galakt spojrzał na nich, najpierw jednym wielkim, nie mrugającym okiem, a potem drugim. Przesunął się na jeden z końców grzędy, zmuszając trzymających ją do zmiany pozycji celem zachowania równowagi. Wreszcie zaczął ćwierkać, wydając z siebie serię ostrych, urywanych skrzeknięć.

Ze strony czworonogów nadbiegł niezwykły, kołyszący się akompaniament, który wznosił się i opadał. Brzmiało to mniej więcej jak:

— Zuuun.

Jeden z przybocznych Kwackoo wystąpił z grupy spokojnym krokiem. Na łańcuchu na szyi miał zawieszony jaskrawy, metaliczny dysk. Z generatora głosu wydobyło się niskie, urywane tłumaczenie na anglic.

— Zostało osądzone… osądzone w honorze osądzone w poprawności… Że nie pogwałciliście… nie złamaliście… Zasad postępowania… zasad wojny. Zuuun. — Osądzamy, że Jest właściwe… odpowiednie… stosowne wziąć poprawkę na dziecięcy status Miłosiernie dać wiarę… uwierzyć… że walczyliście o sprawę swych opiekunów. Zuuun. — Dotarło do naszej uwagi… świadomości… wiedzy, że macie status Pierwszych w swym strumieniu genetycznym… potoku rasy. gatunku w tym miejscu i czasie. Zuuun. — W związku z tym proponujemy… zamierzamy… raczymy zaszczycić was Zaproszeniem… błogosławieństwem… szansą na zasłużenie na łaskę reprezentacji. Zuuun. — Jest to zaszczyt… dobrodziejstwo… chwała zostać wybranym, By odkryć… przeniknąć… stworzyć przyszłość własnego gatunku. Zun!

W tym miejscu ptak skończył równie nagle, jak zaczął.

— Pokłoń się drugi raz! — ostrzegła Gailet szeptem.

Zgiął się w pół ze skrzyżowanymi ramionami tak, jak mu zademonstrowała. Gdy ponownie podniósł wzrok, mała grupa nieziemskich ptaszysk odwróciła się i ruszyła ku drzwiom. Grzędę opuszczono, lecz mimo to wysoki Gubru, aby przez nie przejść, musiał się pochylić, rozpościerając pierzaste ramiona, by utrzymać równowagę. Irongrip podążył za nim. W pożegnalnym spojrzeniu nadzorowanego widać było czystą nienawiść.

Fibenowi dzwoniło w głowie. Dał sobie spokój z próbami śledzenia dziwacznego, ceremonialnego dialektu trzeciego galaktycznego, w którym przemawiał ptak, już po pierwszej frazie. Nawet tłumaczenie na anglic było niemal niemożliwe do zrozumienia. Ostre światła przygasły, gdy procesja oddaliła się korytarzem z szemraniem gdaczącego bełkotu. W półmroku, który zostawiła za sobą, Fiben i Gailet odwrócili się i spojrzeli na siebie.

— No więc, kto to u diabła był? — zapytał Fiben. Gailet zmarszczyła brwi.

— Suzeren. Jeden z ich trzech przywódców. O ile nie jestem w błędzie — a bardzo łatwo mogę się pomylić — był to Suzeren Poprawności.

— To mi bardzo dużo mówi, Gailet. Czym, na koło ruletki Ifni, jest Suzeren Poprawności?

Gailet zbyła jego pytanie machnięciem ręki. Jej czoło zmarszczyło się pod wpływem głębokiej koncentracji.

— Dlaczego przyszedł do nas, a nie nas zaprowadzono do niego? — zastanawiała się na głos, choć z pewnością nie pytała Fibena o opinię. — I dlaczego spotkał się z nami w nocy? Czy zauważyłeś, że nie zaczekał nawet, by usłyszeć, czy akceptujemy jego propozycję? Zapewne czuł się zobowiązany zasadami poprawności, by złożyć nam ją osobiście, lecz odpowiedź jego przyboczni mogą otrzymać później.

— Odpowiedź na co? Jaką propozycję? Gailet, nie mogłem nawet pojąć…

Szymka zamachała jednak tylko nerwowo obiema rękami.

— Nie teraz. Muszę się zastanowić, Fiben. Daj mi kilka minut.

Podeszła z powrotem do ściany i usiadła na słomie, zwrócona twarzą w stronę kamienia. Fiben podejrzewał, że zanim skończy, upłynie zdecydowanie więcej czasu niż kilka minut.

Ale masz do nich szczęście — pomyślał. — Zasługujesz na coś takiego, jeśli się zakochujesz w genialnej…

Mrugnął powiekami. Potrząsnął głową.

Że co takiego?

Jednakże jakieś poruszenie w korytarzu przeszkodziło mu w dokonaniu analizy jego własnej, nieoczekiwanej myśli. Do celi wszedł szym niosący naręcze słomy oraz zwinięte sztuki ciemnobrązowego materiału. Ładunek zakrywał twarz niskiego neoszympansa. Dopiero, gdy go opuścił, Fiben zauważył, że była to ta sama szymka, która wpatrywała się w niego przedtem. Ta, która wydawała mu się tak dziwnie znajoma.