Выбрать главу

— Przyniosłam wam trochę świeżej słomy i parę dodatkowych kocy. Noce są jeszcze dość zimne. Skinął głową.

— Dziękuję.

Nie spojrzała mu w oczy. Odwróciła się i ruszyła z powrotem ku drzwiom. Poruszała się z gibką gracją widoczną wyraźnie nawet pod wybrzuszającym się kombinezonem.

— Zaczekaj! — odezwał się nagle Fiben.

Zatrzymała się, wciąż zwrócona w stronę drzwi. Fiben podszedł do niej tak blisko, jak na to pozwalały ciężkie łańcuchy.

— Jak masz na imię? — zapytał cicho, nie chcąc niepokoić Gailet w jej narożniku.

Barki szymki były pochylone. Nagle była odwrócona od niego.

— Jestem… — jej głos brzmiał cicho. — Niektórzy nazywają mnie Sylvie…

Nawet obracając się szybko, gdy wychodziła przez drzwi, poruszała się jak tancerka. Rozległ się szczęk kluczy, po czym dały się słyszeć szybkie kroki oddalające się korytarzem.

Fiben wbił wzrok w zamknięte drwi.

— No nie. Niech się stanę wnukiem zwierzokształtnej małpy. Odwrócił się i skierował z powrotem pod ścianę, gdzie siedziała, mrucząc do siebie, Gailet. Nachylił się, by narzucić jej koc na plecy, po czym ruszył do własnego kąta celi i zwalił się na stos słomy o słodkim zapachu.

55. Uthacalthing

Pieniste algi unosiły się na płyciznach, gdzie nieliczne, małe, miejscowe ptaki o szczudłowatych nogach poszukiwały na oślep owadów. Gęsto rosnące rośliny tworzyły kępy wyznaczające granice okolicznych stepów.

Ślady stóp wiodły od brzegów małego jeziorka aż do pobliskiego, porośniętego zaroślami stoku. Jedno spojrzenie na pozostawione w błocie tropy wystarczyło Uthacalthingowi, by stwierdzić, że ten, kto je zostawił, kroczył z palcami stóp zwróconymi do środka. Wyglądało na to, że posuwał się na trzech nogach.

Tymbrimczyk podniósł szybko wzrok, gdy kącikiem oka dostrzegł błysk błękitu — ten sam, który zaprowadził go w to miejsce. Spróbował skupić wzrok na słabym migotaniu, zniknęło jednak, zanim zdążył je zlokalizować.

Przyklęknął, by zbadać odciski pozostawione w błocie. Na jego twarzy wykwit! uśmiech, gdy zmierzył je dłońmi. Cóż za piękne ślady! Trzecia stopa znajdowała się nieco na zewnątrz pozostałych i jej odciski były znacznie mniejsze. Wyglądało to zupełnie tak, jakby jakieś dwunożne stworzenie przeszło od jeziora w zarośla, opierając się na lasce o tępym zakończeniu.

Uthacalthing podniósł leżącą na ziemi gałąź, zawahał się jednak przed zatarciem śladów.

Czy mam je zostawić? — zastanowił się. — Czy naprawdę koniecznie trzeba je ukrywać?

Potrząsnął głową.

Nie. Jak mówią ludzie, nie zmienia się planów w trakcie gry.

Odciski stóp zniknęły, gdy Uthacalthing zamiótł gałęzią w obie strony. Kiedy już kończył, usłyszał za sobą ciężkie kroki oraz odgłos łamania zarośli. Odwrócił się i ujrzał Kaulta, który wyłonił się zza zakrętu wąskiej, wydeptanej przez zwierzynę ścieżki prowadzącej do małego jeziorka na prerii. Glif, luminanu, zawisł w powietrzu i rzucił się na wielką, ozdobioną grzebieniem głowę niczym jakiś sfrustrowany pasożytniczy owad poszukujący z brzęczeniem miękkiego miejsca, którego nigdy jakoś nie mógł znaleźć.

Korona Uthacalthinga była obolała, niczym przeciążony mięsień. Pozwolił, by lurmnanu obijało się o prostoduszną niewzruszoność Kaulta jeszcze przez minutę, zanim przyznał się do porażki. Wciągnął pokonany glif z powrotem w siebie i upuścił gałąź na ziemię.

Thennanianin nie patrzył zresztą na teren. Jego uwaga skupiona była na małym instrumencie spoczywającym na jego szerokiej dłoni.

— Zaczynam coś podejrzewać, mój przyjacielu — powiedział Kault, gdy znalazł się obok Tymbrimczyka.

Uthacalthing poczuł, jak krew napłynęła gwałtownie do tętnic z tyłu jego szyi.

Czyżby wreszcie? — zadał sobie pytanie.

— Mianowicie co, mój kolego?

Kault złożył instrument i schował go w jednej z licznych kieszeni swej szaty.

— Są pewne znaki… — trzepał grzebieniem. — Słuchałem niezakodowanych transmisji Gubru. Wygląda na to, że dzieje się coś dziwnego.

Uthacalthing westchnął. Nie, jednotorowy umysł Kaulta skupił się całkowicie na innym temacie. Nie było sensu próbować odciągnąć go od niego za pośrednictwem subtelnych wskazówek.

— Co nowego kombinują najeźdźcy? — zapytał.

— Cóż, przede wszystkim, odbieram znacznie mniej podekscytowanych komunikatów militarnych. Wydaje się, że Gubru, którzy w ostatnich dniach i tygodniach wdawali się w tak wiele potyczek na małą skalę w górach, nagle przestali to robić. Pamiętasz na pewno, że zastanawialiśmy się obaj, dlaczego poświęcają tak wiele wysiłku na stłumienie tego, co musiało być ruchem partyzanckim o raczej niewielkim zakresie.

W gruncie rzeczy Uthacalthing był prawie całkiem pewien, że zna powód gorączkowego przypływu aktywności Gubru. Sądząc z tego, co obaj byli w stanie wspólnie wywnioskować, wyglądało na to, że najeźdźcy bardzo gorąco pragnęli coś znaleźć w górach Mulun. Wysłali żołnierzy i uczonych w dziki łańcuch górski z — jak się zdawało — lekkomyślną energią. Najwyraźniej też zapłacili za te wysiłki wysoką cenę.

— Czy potrafisz sobie wyobrazić powód, dla którego walki mogły osłabnąć? — zapytał Kault.

— To, co zdołałem odcyfrować, nie wystarczy, by nabrać pewności. Jedna możliwość to, że Gubru znaleźli już i schwytali to, czego tak rozpaczliwie poszukiwali…

Wątpliwe — pomyślał z przekonaniem Uthacalthing. — Trudno jest wsadzić do klatki ducha.

— Albo też mogli zrezygnować z poszukiwań…

To bardzo prawdopodobne — zgodził się Uthacalthing. Było nieuniknione, że prędzej czy później ptaszyska zorientują się, że zrobiono z nich durniów i zaprzestaną pościgu za senną marą.

— Bądź też — zakończył Kault. — Gubru po prostu stłumili już wszelki opór i zlikwidowali tych, którzy go im stawiali.

Uthacalthing modlił się, by ta ostatnia sugestia nie okazała się prawdziwa. Rzecz jasna, próbując sprowokować nieprzyjaciela do podobnego szału, podejmował między innymi i to ryzyko. Mógł jedynie mieć nadzieję, że jego córka i syn Megan Oneagle nie zapłacili najwyższej ceny za swą rolę w skomplikowanym oszustwie, jakiego dopuścił się w stosunku do złośliwych ptaszysk.

— Hmm — wyraził komentarz. — Czy nie powiedziałeś, że zastanawia cię jeszcze coś innego?

— To — ciągnął Kault — że po pięciu tuzinach dni planetarnych, podczas których nie uczynili absolutnie nic na rzecz tego świata, nagle Gubru zaczęli wydawać oświadczenia, oferując amnestię i zatrudnienie dla dawnych członków Służby Odnowy Ekologicznej.

— Tak? Cóż, może oznacza to tylko, że ustanowili już na dobre swe panowanie i mogą teraz poświęcić odrobinę uwagi ciążącym na nich obowiązkom.

Kault żachnął się.

— Być może. Jednakże Gubru mają naturę księgowych. Rachmistrzów. Brak im poczucia humoru, są samolubni i wiecznie wszystkim się przejmują. Przestrzegają z fanatyczną sztywnością tych aspektów galaktycznej tradycji, które ich interesują, sprawiają jednak wrażenie, że niemal ich nie obchodzi ochrona planet jako światów-wylęgarni, a jedynie krótkoterminowy status ich klanu.

Choć Uthacalthing zgadzał się z tą opinią, uważał, że Kault nie był bynajmniej bezstronnym obserwatorem. Ponadto Thennanianin nie miał raczej prawa oskarżać innych o brak poczucia humoru.

Jedno było jednak oczywiste. Dopóki uwaga Kaulta będzie w podobny sposób zaprzątnięta myślami o Gubru, nie mają sensu próby zwrócenia jego uwagi na ledwo uchwytne znaki i odciski stóp na ziemi.