Wyczuwał, że na prerii wokół niego kłębi się życie. Małe drapieżniki i ich ofiary szukały ukrycia, chowały się w niewielkie nisze i jamy, by przeczekać południe, gdy z nieba spływało gwałtowne gorąco lata i pościgi czy ucieczki kosztowałyby zbyt wiele energii. Pod tym względem rośli Galaktowie nie stanowili wyjątku.
— Chodź — powiedział Uthacathing. — Słońce stoi wysoko. Musimy znaleźć ocienione miejsce na odpoczynek. Widzę trochę drzew po drugiej stronie tej wody.
Kault podążył za nim bez komentarza. Wydawało się, że nie przeszkadzają mu drobne meandry ich trasy, dopóki odległe góry z dnia na dzień stawały się w dostrzegalny sposób coraz bliżej. Turnie o białych wierzchołkach były już teraz czymś więcej niż niewyraźną linią na horyzoncie. Mogły upłynąć tygodnie, zanim do nich dotrą, i dłuższy, trudny do określenia czas, nim odnajdą drogę prowadzącą przez nieznane im przełęcze do Sindu. Thennanianie byli jednak cierpliwi, o ile odpowiadało to ich celom.
Gdy Uthacalthing znalazł dla nich schronienie pod nazbyt gęstą kępą skarłowaciałych drzew, nie dostrzegł żadnych niebieskich błysków, choć na wszelki wypadek miał oczy otwarte. Niemniej wydało mu się, że za pośrednictwem swej korony wykennował dotknięcie dzikiej radości płynącej z jakiegoś umysłu ukrywającego się na stepie. Umysł ten należał do czegoś wielkiego, sprytnego i dobrze mu znanego.
— Jestem w istocie uważany za coś w rodzaju eksperta od Terran — powiedział w chwilę później Kault, gdy rozpoczęli konwersację pod osłoną sękowatych gałęzi. Małe owady brzęczały w pobliżu szczelin oddechowych Thennanianina, lecz gdy tylko się zbliżały, podmuchy powietrza odrzucały je do tyłu. — To, plus moja znajomość ekologii, zdobyło mi przydział na tę planetę.
— Nie zapominaj o swoim poczuciu humoru — dodał z uśmiechem Uthacalthing.
— Tak — grzebień Thennanianina nadął się w geście stanowiącym odpowiednik skinięcia głową. — W domu uważano mnie za nadzwyczaj zabawnego. Akurat taki tym, jakiego potrzeba do kontaktów z dzikusami i tymbrimskimi chochlikami — zakończył szybką serią niskich, chrapliwych oddechów. Z pewnością celowo udawał, gdyż Thennanianie nie posiadali odruchu śmiechu jako takiego.
Nieważne — pomyślał Uthacalthing. — Jak na thennański zmysł humoru było to całkiem niezłe.
— Czy miałeś wcześniej wiele bezpośrednich doświadczeń z Ziemianami?
— O tak — odrzekł Kault. — Byłem na Ziemi. Miałem szczęście spacerować po jej deszczowych lasach i oglądać jej niezwykłe, różnorodne formy życia. Spotkałem neodelfiny i wieloryby. Choć moi ziomkowie wierzą, że ludzie w żadnym wypadku nie powinni zostać uznani za w pełni rozwiniętych i bardzo by im się przydało jeszcze kilka tysiącleci nabierania szlifu pod odpowiednim przewodnictwem, muszę przyznać, że ich świat jest piękny, a ich podopieczni obiecujący.
Jednym z powodów, dla których Thennanianie brali udział w obecnej wojnie, była nadzieja, że zagarną dla swego klanu wszystkie trzy ziemskie gatunki za pośrednictwem przymusowej adopcji — „dla własnego dobra Terran”, rzecz jasna. Niemniej — uczciwie mówiąc — było też oczywiste, że wśród samych Thennanian istnieją na tym tle podziały. Stronnictwo Kaulta, na przykład, wolało trwającą dziesięć tysięcy lat kampanię perswazji, która miała drogą „miłości” nakłonić Ziemian, by poddali się adopcji dobrowolnie.
Nie ulegało wątpliwości, że owo ugrupowanie nie dominowało w obecnym rządzie.
— Ponadto, rzecz jasna, poznałem kilku Ziemian w ramach służby w Galaktycznym Instytucie Migracji, podczas ekspedycji mającej na celu negocjacje z Fah’fah’n*fah.
Korona Uthacalthinga eksplodowała w wirze srebrzystych witek, otwarcie okazując zaskoczenie. Wiedział, że pełen oszołomienia wyraz jego twarzy jest łatwy do odczytania nawet dla Kaulta, nie dbał jednak o to.
— Uczestniczyłeś… uczestniczyłeś w spotkaniu z wodorodysznymi?
Nie wiedział nawet, w jaki sposób wymówić hiperobcą nazwę, która nie była częścią żadnego usankcjonowanego języka galaktycznego.
Kault zaskoczył go po raz kolejny!
— Fah’fah’n*fah — szczeliny oddechowe Thennanianina ponownie poruszyły się, naśladując śmiech. — Negocjacje odbywały się w subkwadrancie Poul-Kren, niedaleko obszaru, który ludzie nazywają sektorem Oriona.
— To bardzo blisko terrańskich kolonii Kanaan.
— Tak. To jeden z powodów, dla których zaproszono ich do wzięcia udziału w tych rozmowach. Mimo, że te rzadkie spotkania między tlenodysznymi i wodorodysznymi cywilizacjami należą do najbardziej krytycznych i delikatnych w każdej erze, uważano, że należy zaprosić na nie kilku Terran, by zaznajomić ich z tajnikami dyplomacji na wysokim szczeblu.
Musiało być to wywołane stanem zażenowanego zaskoczenia, lecz w tej chwili Uthacalthingowi wydawało się, że naprawdę wykennować coś u Kaulta… ślad czegoś ukrytego głęboko i przyprawiającego Thennanianina o zakłopotanie.
Nie mówi mi wszystkiego — zdał sobie sprawę Uthacalthing. — Istniały inne powody, dla których włączono Ziemian.
Przez miliardy lat pomiędzy dwiema równoległymi, całkowicie od siebie oddzielonymi kulturami utrzymywał się niepewny pokój. Wyglądało to prawie tak, jak gdyby Pięć Galaktyk było w rzeczywistości dziesięcioma, gdyż istniało co najmniej tyle stabilnych światów z atmosferą wodorową, co takich planet jak Carth, Ziemia i Tymbrim. Dwie wstęgi życia — każda z nich obejmująca ogromną liczbę gatunków i form — nie miały ze sobą niemal nic wspólnego. Fah’fah’n*fah nie pragnęli niczego, co składało się ze skał, a ich światy były nazbyt olbrzymie, zimne i ciężkie, by mogli ich pożądać Galaktowie.
Wydawało się też, że wodorodyszni funkcjonują na odrębnym poziomie, czy tempie czasu. Woleli powolne szlaki prowadzące przez hiperprzestrzeń poziomu D, czy nawet zwyczajną przestrzeń pomiędzy gwiazdami — królestwo, którym władała względność — i pozostawiali szybsze międzygwiezdne trasy żyjącym w większym tempie potomkom legendarnych Przodków.
Czasami dochodziło do konfliktów. Ginęły wówczas całe układy i klany. W takich wojnach nie obowiązywały żadne zasady.
Niekiedy nawiązywano wymianę handlową — metale za gazy, czy maszyneria w zamian za niezwykłe rzeczy, których nie można było znaleźć nawet w zapisach Wielkiej Biblioteki.
Istniały okresy, w których jedna czy druga cywilizacja porzucała całe ramiona spiralne. Galaktyczny Instytut Migracji organizował te potężne przesiedlenia dla istot tlenodysznych mniej więcej co sto milionów lat. Oficjalnym powodem był zamiar pozwolenia wielkim połaciom gwiazd na „leżenie odłogiem” na przeciąg ery, by dać ich planetom czas na rozwinięcie nowego, przed rozumnego życia. Niemniej powszechnie wiedziano o innym celu… Było nim oddalenie od siebie wodorowego i tlenowego życia tam, gdzie wzajemne ignorowanie się nie wydawało się już możliwe.
A teraz Kault mówił mu, że niedawno prowadzono negocjacje w sektorze Poul-Kren. I że ludzie brali w nich udział.
Dlaczego nigdy o tym nie słyszałem? — zastanowił się.
Pragnął podążyć za tym wątkiem, nie miał jednak okazji. Kault najwyraźniej nie chciał mówić o tym więcej i wrócił do poprzedniego tematu rozmowy.
— Nadal sądzę, że w gubryjskich transmisjach jest coś nienormalnego, Uthacalthing. Wynika z nich jasno, że przeczesują zarówno Port Helenia, jak i wyspy, wyszukując ziemskich ekspertów od ekologii i Wspomagania.
Uthacalthing uznał, że jego ciekawość może zaczekać, co było dla Tymbrimczyka niełatwą decyzją.
— Cóż, jak sugerowałem przedtem, być może Gubru zdecydowali się wreszcie spełnić swój obowiązek wobec Garthu.