Выбрать главу

— An… An-thwillathbielna! Naha… Ty… ty blenchuqu! Jak się ośmieliłeś… Cleth-tnub… — zabrakło jej tchu i musiała, dysząc powoli, zaprzestać swych wielojęzycznych przekleństw. Nie wydawało się zresztą, by naruszyły one łagodny wyraz dobrego humoru Roberta.

— Hmm, nie skapowałem wszystkiego, Athacleno. Mój siódmy galaktyczny wciąż jest raczej kiepski, mimo że nad nim pracuję. Powiedz mi, co to takiego… blenchuq?

Athaclena wykonała gest głową, wykręcając ją w sposób, który stanowił tymbrimski ekwiwalent poirytowanego wzruszenia ramion.

— Mniejsza o to! Powiedz mi natychmiast! Czy jesteś poważnie ranny? A jeśli nie, to dlaczego zrobiłeś to, co przed chwilą zrobiłeś? A po trzecie powiedz mi, dlaczego nie miałabym cię ukarać za to, że oszukałeś mnie i napadłeś w taki sposób!

Robert rozwarł szerzej oczy.

— Och, nie traktuj tego aż tak poważnie, Clennie. Doceniam sposób, w jaki przybiegłaś mi na ratunek. Byłem chyba jeszcze trochę oszołomiony i poniosło mnie z radości, że cię zobaczyłem.

Nozdrza Athacleny rozwarły się. Jej witki zafalowały, przygotowując nie wiedziała jaki zgryźliwy glif. Robert najwyraźniej to wyczuł. Podniósł rękę.

— Dobrze. Dobrze. Po kolei. Nie jestem poważnie ranny, tylko lekko podrapany. Właściwie, to było całkiem fajne.

Robert wymazał swój uśmiech, ujrzawszy wyraz jej twarzy.

— Hmm, co do pytania numer dwa, przywitałem cię w ten sposób, ponieważ jest to pospolity ludzki rytuał zalotów i czułem silną motywację, by wykonać go z tobą, choć przyznaję, że mogłaś go nie zrozumieć.

Athaclena zmarszczyła brwi. Jej witki podwinęły się pod wpływem zakłopotania.

— I wreszcie — Robert westchnął. — Nie przychodzi mi do głowy żaden powód, dla którego nie miałabyś mnie ukarać za moje zapędy. Jest to twoim przywilejem, podobnie jak przywilejem każdej ludzkiej kobiety byłoby złamać rękę za to, że dobierałem się do niej bez pozwolenia. Nie wątpię też, że potrafiłabyś to zrobić. Jedyne, co mogę powiedzieć na swoją obronę, to to, że złamana ręka jest niekiedy dla młodego ludzkiego mela ryzykiem zawodowym. W połowie przypadków zaloty nie mogą się właściwie zacząć, dopóki facet nie zrobi czegoś impulsywnego. Jeśli prawidłowo odczytał wskazówki, fem się to spodoba i nie podbija mu ona oka. Jeśli się pomylił, zapłaci za to.

Athaclena zauważyła, że wyraz twarzy Roberta stał się zamyślony.

— Wiesz co — ciągnął. — Nigdy dotąd nie analizowałem tego w ten sposób. Niemniej to prawda. Skoro już o tym mowa, może ludzie faktycznie są zwariowanymi cleth-tnubami.

Athaclena mrugnęła. Napięcie zaczęło z niej uchodzić, skapując z koniuszków jej korony, w miarę jak ciało dziewczyny wracało do normy. Węzły przekształcające pod jej skórą zapulsowały, wchłaniając na nowo strumień gheer.

Jak małe myszy — przypomniała sobie. Tym razem zadrżała odrobinę mniej.

W gruncie rzeczy przyłapała się na tym, że się uśmiecha. Niezwykłe wyznanie Roberta w sposób logiczny, a zarazem niemal zabawny, nadało sprawie sensu.

— To zdumiewające — stwierdziła. — Jak zwykle, w tymbrimskiej metodologii istnieją analogie. Nasi mężczyźni również muszą podejmować ryzyko — przerwała, marszcząc brwi. — Ale stylistycznie ta wasza technika jest tak prymitywna! Stopa błędów musi być przerażająca, ponieważ brak wam koron, które pozwoliłyby wyczuć, co czuje kobieta. Poza waszym prymitywnym zmysłem empatii możecie się kierować tylko aluzjami, kokieterią oraz mową ciała. Jestem zaskoczona, że w ogóle możecie się rozmnażać, nie zabijając się przed tym nawzajem!

Twarz Roberta pociemniała lekko. Athaclena wiedziała, że się zaczerwienił.

— Och, chyba trochę przesadziłem.

Nie mogła nie uśmiechnąć się po raz kolejny — nie tylko delikatny ruch ust, lecz autentyczne, pełne poszerzenie odstępu między oczyma.

— Tyle, Robercie, zdołałam już odgadnąć.

Oblicze człowieka poczerwieniało jeszcze bardziej. Spojrzał w dół, na swe dłonie. Zapadła cisza. Athaclena poczuła poruszenie we własnej głębokiej jaźni. Wykennowała prosty glif zmysłowy ki-niwullun… symboliczny chłopiec przyłapany na tym, co chłopcy w nieunikniony sposób robią. Gdy Robert tak siedział, jego otwarta aura speszonej szczerości zdawała się przysłaniać obcość jego twarzy o nie zmieniających położenia oczach i wielkim nosie. Sprawiała ona, że wydawał się Athaclenie bliższy niż większość kolegów w szkole.

Wreszcie dziewczyna wyśliznęła się z zakurzonej wnęki, w którą wcisnęła się w samoobronie.

— W porządku, Robercie — westchnęła. — Pozwolę ci wytłumaczyć, dlaczego czułeś „silną motywację”, by podjąć próbę wykonanią tego klasycznego ludzkiego rytuału zalotów z członkiem innego gatunku — to znaczy ze mną. Przypuszczam, że powodem był fakt, iż podpisaliśmy umowę czyniącą nas małżonkami. Czy uważasz, że honor zobowiązuje cię do skonsumowania jej, by zadośćuczynić ludzkiej tradycji?

Wzruszył ramionami, odwracając wzrok.

— Nie. Nie mogę tego użyć jako usprawiedliwienia. Wiem, że międzygatunkowe małżeństwa mają za zadanie załatwiać interesy. Rzecz w tym, że, no więc… Myślę, że to po prostu dlatego, że jesteś ładna i inteligentna, a ja czuję się samotny i… i może troszeczkę się w tobie zakochałem.

Jej serce zabiło szybciej. Tym razem nie były za to odpowiedzialne związki chemiczne gheer. Jej witki podniosły się spontanicznie, nie wyłonił się jednak żaden glif. Zamiast tego zauważyła, że wyciągnęły się ku niemu wzdłuż delikatnych, mocno zakreślonych linii przypominających linie sił w polu dipola.

— Chyba, chyba rozumiem, Robercie. Chciałabym, żebyś się dowiedział, że ja…

Trudno było znaleźć słowa. Sama nie była pewna, co w tym momencie myśli. Potrząsnęła głową.

— Robercie? — odezwała się cicho. — Czy wyświadczysz mi przysługę?

— Wszystko, Clennie. Wszystko na świecie. Jego oczy były szeroko otwarte.

— Świetnie. W takim razie być może mógłbyś — uważając, by cię nie poniosło — wytłumaczyć mi i zademonstrować, co robiłeś, gdy dotknąłeś mnie wtedy… wliczając w to rozmaite aspekty fizyczne. Tylko tym razem wolniej, proszę cię.

Następnego dnia ruszyli powolnym krokiem w powrotną drogę do jaskiń. Nie spieszyło im się. Zatrzymywali się, by kontemplować światło słońca padające na małe polanki lub zatrzymywali się nad niewielkimi bajorkami zabarwionego płynu, zastanawiając się głośno, jaki śladowy związek chemiczny składowały tu czy tam wszechobecne pnącza wymieniające, choć odpowiedź na to pytanie właściwie ich nie obchodziła. Czasami trzymali się za ręce, wsłuchując się w ciche dźwięki leśnego życia planety Garth. Od czasu do czasu siadali i eksperymentowali delikatnie z wrażeniami wywołanymi dotykaniem się.

Athaclena z zaskoczeniem przekonała się, że większość potrzebnych szlaków nerwowych była już na miejscu. Nie trzeba było żadnej głębokiej autosugestii — wystarczyło subtelne przemieszczenie kilku naczyń włosowatych oraz receptorów ucisku — by eksperyment okazał się wykonalny. Najwyraźniej Tymbrimczycy mogli ongiś uprawiać rytuał zalotów taki jak pocałunki. Przynajmniej byli do tego zdolni.

Kiedy odzyska dawną postać, być może zachowa niektóre z adaptacji warg, gardła oraz uszu. Gdy wędrowała razem z Robertem, owiewał ich przyjemny wietrzyk. Było to zupełnie tak, jakby dość miły glif empatyczny podszczypywał koniuszki jej korony. Zaś całowanie, ten ciepły nacisk, pobudzało w niej intensywne, choć prymitywne uczucia.