Rzecz jasna, nic z tego nie byłoby możliwe, gdyby ludzie i Tymbrimczycy nie byli już przedtem tak podobni do siebie. Wśród niewykształconych przedstawicieli obu gatunków krążyło wiele uroczych, głupich teorii mających wyjaśnić tę przypadkową zbieżność, na przykład twierdzących, że mogły mieć one kiedyś wspólnego przodka.
Ten pomysł był, rzecz jasna, śmieszny. Athaclena wiedziała jednak, że jej przypadek nie był pierwszy. Bliskie stosunki utrzymywane w ciągu kilku stuleci doprowadziły do całkiem sporej liczby przypadków międzygatunkowego flirtu, niekiedy nawet otwarcie ujawnianych. Jej odkryć z pewnością dokonano przedtem już wielokrotnie.
Dorastając, nie zdawała sobie po prostu z tego sprawy, gdyż uważała podobne opowieści za, delikatnie mówiąc, niesmaczne. Zdała sobie sprawę, że przyjaciele na Tymbrimie musieli ją uważać za raczej pruderyjną. A teraz zachowywała się w sposób, który przyprawiłby większość z nich o szok!
Wciąż jednak nie była pewna, czy chce, by ktokolwiek w domu — zakładając, że zdoła tam wrócić — myślał, że jej związek z Robertem miał charakter inny niż czysto formalny. Uthacalthinga zapewne by to rozśmieszyło.
Nieważne — powiedziała sobie stanowczo. — Muszę żyć dniem dzisiejszym.
Eksperyment pomagał jej zabić czas. Miał też przyjemne aspekty. Ponadto Robert był pełnym entuzjazmu nauczycielem.
Rzecz jasna, będzie musiała wyznaczyć pewne granice. Była, na przykład, skłonna zmienić rozmieszczenie tkanki tłuszczowej w swych piersiach, a zabawa z wrażeniami umożliwionymi przez nowe zakończenie nerwowe była przyjemna. Gdy jednak dojdzie do rzeczy zasadniczych, będzie musiała być nieugięta. Nie zamierzała zmieniać nic w naprawdę podstawowych mechanizmach… dla żadnego człowieka!
Podczas drogi powrotnej zatrzymali się, by dokonać inspekcji kilku placówek buntowników. Morale było wysokie. Mający za sobą trzy miesiące ciężkich walk partyzanci pytali swych dowódców, kiedy znajdą sposób, by zwabić w góry więcej Gubru, aby mogli się do nich dobrać. Athaclena i Robert śmiali się oraz obiecywali, że zrobią, co będą mogli, by zapobiec brakowi celów do ćwiczebnego strzelania.
Niemniej zauważyli, że zaczyna brakować im pomysłów. Ostatecznie, jak można zaprosić na ponowną wizytę gościa, którego dziób raz za razem spryskiwało się krwią? Być może nadszedł czas, by spróbować przenieść wojnę na terytorium nieprzyjaciela.
Problem tkwił w braku miarodajnych danych wywiadowczych o tym, jak wyglądają sprawy w Sindzie i w Port Helenia. Dotarła do nich garstka niedobitków z powstania w mieście, którzy zameldowali, że ich organizacja uległa całkowitemu rozbiciu. Od owego fatalnego dnia nikt nie widział Gailet Jones ani Fibena Bolgera. Nawiązano ponownie kontakt z kilkoma osobami w mieście, lecz jedynie dorywczy i fragmentaryczny.
Zastanawiali się, czy nie wysłać nowych szpiegów. Wydawało się, że nadarza się odpowiednia okazja, gdyż Gubru ogłosili publicznie, że oferują lukratywne posady specjalistom od ekologii i Wspomagania. Do tej pory jednak ptaszyska z pewnością nastroiły już swój sprzęt do przesłuchań i zbudowały w miarę sprawny wykrywacz kłamstw dla szymów. Tak czy inaczej, Robert i Athaclena postanowili, że nie podejmą podobnego ryzyka. Przynajmniej na razie.
Wędrując w stronę domu wąską, rzadko odwiedzaną doliną, natknęli się na zwrócony w stronę południową stok pokryty osobliwą, niską roślinnością. Stali przez pewien czas spokojnie, przyglądając się zielonemu polu płaskich, odwróconych czasz.
— A jednak nie przygotowałem ci posiłku z pieczonych korzeni bluszczu talerzowego — zauważył wreszcie poważnym tonem Robert.
Athaclena prychnęła, doceniając jego ironię. Miejsce, gdzie doszło do wypadku, znajdowało się daleko stąd, lecz ten wyboisty stok przywołał żywe wspomnienia owego okropnego popołudnia, gdy zaczęły się wszystkie ich „przygody”.
— Czy te rośliny są chore? Czy coś jest z nimi nie w porządku? — wskazała ręką na pole talerzy, które zachodziły na siebie ciasno niczym łuski jakiegoś drzemiącego smoka. Górne warstwy nie były lśniące, gładkie i grube, jak to sobie przypominała. Najwyżej położone kapelusze w tej kolonii wydawały się znacznie cieńsze i mniej mocne.
— Hm — Robert nachylił się, by przyjrzeć się najbliższemu z nich. — Lato niedługo się skończy. Cały ten upał wysusza już najwyższe warstwy talerzy. W środku jesieni, gdy nadciągną wschodnie wiatry wiejące z Mulunu, kapelusze staną się cienkie i lekkie jak opłatek. Czy mówiłem ci już, że one roznoszą strąki z nasionami? Wiatr je porwie i wzlecą w niebo jak chmury motyli.
— Tak, tak. Pamiętam, że o tym wspominałeś — Athaclena skinęła z zamyśleniem głową. — Czy jednak nie powiedziałeś również, że… Przerwał jej ostry krzyk.
— Pani generał! Kapitanie Oneagle!
Ujrzeli grupę szymów pędzących z sapaniem wąską, leśną ścieżką. Dwa z nich były członkami ich eskorty, lecz trzecim był Benjamin! Wyglądał na wyczerpanego. Najwyraźniej pokonał całą drogę od jaskiń biegiem.
Athaclena poczuła, że Robert naprężył mięśnie pod wpływem nagłego niepokoju. Dzięki przewadze, jaką zapewniała jej korona, wiedziała już jednak, że Ben nie przynosi straszliwych wieści. Nie doszło do żadnej krytycznej sytuacji czy ataku nieprzyjaciela.
Niemniej jej szymski adiutant był wyraźnie zbity z tropu i zakłopotany.
— Co się stało, Benjaminie? — zapytała. Wytarł sobie czoło ręcznie utkaną chusteczką, po czym sięgnął do drugiej kieszeni i wyciągnął z niej mały, czarny sześcian.
— Serowie, nasz kurier, młody Petri, wrócił wreszcie. Robert zbliżył się do niego.
— Czy dotarł do kryjówki? Benjamin skinął głową.
— Tak jest, dotarł. Przyniósł wiadomość od Rady. Ona jest tutaj — wyciągnął dłoń, w której trzymał sześcian.
— Wiadomość od Megan? — Robertowi zabrakło tchu, gdy spojrzał na nagranie.
— Tak jest, ser. Petri mówi, że pańska matka czuje się dobrze i przesyła życzenia.
— Ale… ale to świetnie! — zawołał Robert. — Znowu nawiązaliśmy kontakt! Nie jesteśmy już sami!
— Tak jest, ser. To prawda. W gruncie rzeczy… — Athaclena obserwowała, jak Benjamin męczy się, by znaleźć właściwe słowa. — W gruncie rzeczy Petri dostarczył coś więcej niż tylko wiadomość. W jaskiniach czeka na was pięcioro ludzi.
Zarówno Robert, jak i Athaclena mrugnęli powiekami.
— Pięcioro ludzi?
Benjamin skinął głową, lecz wyraz jego twarzy wskazywał, że nie był właściwie pewien, czy ten termin jest najtrafniejszy.
— To Terrageńska Piechota Morska, ser.
— Och — odrzekł Robert.
Athaclena zachowała milczenie. Kennowała bardziej uważnie niż słuchała.
Benjamin skinął głową.
— To zawodowcy, ser. Pięcioro ludzi. Przysięgam, że to niewiarygodne uczucie po tak długim czasie bez… chciałem powiedzieć, tylko z wami dwojgiem aż do tej chwili. Szymy zdrowo się podnieciły. Myślę, że byłoby najlepiej, gdybyście oboje wrócili najszybciej, jak tylko można.
Robert i Athaclena przemówili niemal jednocześnie.
— Oczywiście.
— Tak, wracajmy natychmiast.
W niemal nieuchwytny sposób bliskość pomiędzy Athacleną i Robertem uległa przemianie. Gdy nadbiegł Benjamin, trzymali się za ręce. Teraz nie odnowili tego uścisku. Wydawałoby się to nieodpowiednie. Maszerowali obok siebie wąską ścieżką. Pomiędzy nich zakradł się nowy, nieznany czynnik. Nie musieli spoglądać na siebie nawzajem, by wiedzieć, co myśli drugie z nich.