Выбрать главу

Mylisz się pod obydwoma względami — pomyślał Robert ze śladem pogardy dla jej tępej, ludzkiej niewrażliwości na prawdę o Garthu, prawdę, którą wyczuwał wszędzie wokół siebie. Dzięki naukom Athacleny potrafił teraz sięgnąć na zewnątrz — aczkolwiek niepewnie i niezgrabnie — i śledzić fale życia, które przepływały przez cichy las.

— To nieszczęśliwa kraina — odpowiedział po prostu. Nie wdawał się w szczegóły, nawet gdy obdarzyła go zdziwionym spojrzeniem. Jego prymitywny zmysł empatyczny cofnął się przed jej zmieszaniem.

Przez chwilę poruszali się w milczeniu. Zbliżało się południe. Raz, na gwizd zwiadowców, skryli się pod grubymi konarami, gdyż nad nimi przelatywały ociężale wielkie krążowniki. Gdy droga ponownie stała się wolna, Robert ruszył naprzód bez słowa.

Wreszcie Lydia McCue odezwała się ponownie.

— To miejsce, do którego się udajemy, to Centrum Howlettsa? — zapytała. — Czy mógłbyś, proszę, opowiedzieć mi o nim?

Było to nieskomplikowane życzenie. Nie mógł jej odmówić, ponieważ Prathachulthorn wysłał ją z nim, by jej pokazał okolicę. Starał się być rzeczowy, lecz w jego głosie wciąż przebijały się emocje. Za jej niewielką podnietą Robert opowiedział Lydii McCue o smutnych, nierozważnych, lecz błyskotliwych wysiłkach przestępczych uczonych. Jego matka, rzecz jasna, nie wiedziała nic o Centrum Howlettsa. On sam dowiedział się o nim jedynie przez przypadek, jakiś rok przed inwazją, i postanowił zachować milczenie.

Oczywiście ten śmiały eksperyment dobiegł już końca. Potrzeba by było czegoś więcej niż cud, by uratować neogoryle przed sterylizacją, skoro tajemnicę poznali tacy ludzie, jak major Prathachulthorn.

Mógł on nienawidzić Cywilizacji Galaktycznej z pasją graniczącą z fanatyzmem, wiedział jednak, jak niezbędne było, by Terranie nie złamali uroczystych paktów zawartych przez nich z wielkimi Instytutami. W tej chwili jedyna nadzieja Ziemi leżała w starożytnych kodeksach Przodków. By zachować przez nie ochronę, słabe klany musiały być, jak żona Cezara, poza wszelkimi podejrzeniami.

Lydia McCue słuchała uważnie. Miała wysoko ustawione kości policzkowe, zaś oczy gorące i ciemne. Niemniej spoglądanie w nie sprawiało Robertowi ból. Te oczy wydawały mu się, z jakiegoś powodu, osadzone zbyt blisko siebie i zbyt nieruchome. Skupił swą uwagę na krętej ścieżce przed sobą.

Mimo to młoda oficer piechoty morskiej wyciągała go z izolacji swym łagodnie brzmiącym głosem. Robert zaczął nagle opowiadać o Fibenie Bolgerze, o ich szczęśliwej, wspólnej ucieczce przed nalotem gazowym na gospodarstwo Mendozów i o pierwszej podróży jego przyjaciela do Sindu.

Oraz o drugiej, z której nie wrócił.

Weszli na grań, na której szczycie stały niesamowicie wyglądające kamienne szpikulce i dotarli do polany znajdującej się nad wąską dolinką, tuż na zachód od Przełęczy Lorne. Wskazał palcem na zarysy kilku porozwalanych, spalonych budowli.

— Centrum Howlettsa — oznajmił bezbarwnym głosem.

— Tu właśnie zmusiliście Gubru do uznania szymskich wojowników, prawda? I do dania parolu? — zapytała Lydia McCue.

Robert zdał sobie sprawę, że słyszy w jej głosie uznanie i odwrócił się na chwilę w jej stronę, by na nią spojrzeć. Wynagrodziła jego spojrzenie uśmiechem. Robert poczuł, że twarz zrobiła mu się ciepła.

Odwrócił się pośpiesznie i wskazał na stok leżący najbliżej budynków. Opisał szybko, w jaki sposób zastawiono i zaciśnięto pułapkę, pomijając jedynie akrobatyczny wyczyn, którego dokonał, by wyeliminować gubryjskiego strażnika. Jego udział był zresztą nieistotny. Tego ranka kluczową rolę odgrywały szymy. Robert chciał, by ziemscy żołnierze o tym wiedzieli.

Kończył właśnie swą opowieść, gdy zbliżyła się Elsie. Szymka zasalutowała mu, co nigdy nie wydawało się konieczne przed przybyciem żołnierzy piechoty morskiej.

— Nie wiem, co tam naprawdę się dzieje, ser — powiedziała z przejęciem. — Nieprzyjaciel okazywał już zainteresowanie tymi ruinami. Może tu wrócić.

Robert potrząsnął głową.

— Kiedy Benjamin zwolnił za parolem ocalonych najeźdźców, jeden z warunków, które zaakceptowali, głosił, że mają od tej chwili trzymać się z daleka od tej doliny i nawet nie obserwować prowadzących do niej dróg. Czy były jakieś znaki świadczące, by złamali słowo?

Elsie potrząsnęła głową.

— Nie, ale… — zacisnęła mocno wargi, jak gdyby miała wrażenie, że powinna się powstrzymać od komentarzy na temat tego, czy mądrze jest ufać rękojmiom nieziemców.

Robert uśmiechnął się.

— No więc chodźmy. Jeśli się pośpieszymy, możemy tam dotrzeć i wrócić przed zapadnięciem zmroku.

Elsie wzruszyła ramionami. Wykonała szybki zestaw znaków migowych. Kilka szymów wypadło spomiędzy kamiennych szpikulców i skryło się w lesie. Po chwili usłyszeli gwizd oznaczający „droga wolna”. Reszta grupy pokonała lukę szybkim biegiem.

— Są bardzo dobre — powiedziała cicho Lydia McCue, gdy znaleźli się z powrotem pod osłoną drzew.

Robert skinął głową, zauważając, że nie obwarowała swej uwagi zastrzeżeniem „jak na amatorów”, co z pewnością uczyniłby Prathachulthorn. Był jej za to wdzięczny, choć wolałby, by nie starała się być tak uprzejma.

Wkrótce kierowali się już ku ruinom, uważnie poszukując znaków świadczących, że od czasu bitwy, przed miesiącami, ktoś tu był. Wyglądało na to, że takich znaków nie ma, nie zmniejszyło to jednak wytężonej czujności szymów.

Robert próbował kennować, użyć Sieci, by wykryć intruzów, lecz wciąż przeszkadzał mu w tym zamęt panujący w jego uczuciach. Żałował, że nie ma tu Athacleny.

Centrum Howlettsa popadło w jeszcze większą ruinę niż wydawało się to ze wzgórza. Poczerniałe od ognia budynki zawaliły się jeszcze bardziej pod naporem dzikiej roślinności dżungli, która panoszyła się teraz nieokiełznanie na dawnych trawnikach. Gubryjskie wehikuły, z których już dawno zabrano wszystko, co było użyteczne, leżały wśród plątaniny gęstej trawy sięgającej mu do pasa.

Nie, najwyraźniej nikogo tu nie było — pomyślał Robert, grzebiąc nogami w szczątkach. Nie zostało tu nic interesującego.

Dlaczego się upierałem, by tu przyjść? — zastanowił się. Wiedział, że jego przeczucie — bez względu na to, czy się sprawdzi, czy nie — było w rzeczywistości niewiele więcej niż pretekstem, by wyrwać się z jaskiń i uciec od Prathachulthorna.

Uciec od przelotnych, nieprzyjemnych wizji siebie samego.

Być może jednym z powodów, dla których postanowił udać się w to właśnie miejsce, był fakt, że to tu przez krótką chwilę nawiązał bezpośredni kontakt z nieprzyjacielem.

A może miał nadzieję, że uda mu się — gdy będzie wędrował nieskrępowany i przez nikogo nie osądzany — odtworzyć uczucia sprzed zaledwie kilku dni. Liczył na to, że przybędzie tu w towarzystwie innej kobiety niż ta, która podążała teraz za nim, rzucała spojrzeniem na lewo i prawo i poddawała wszystko profesjonalnemu osądowi.

Robert odpędził ponure myśli i podszedł do zniszczonych, nieziemskich czołgów poduszkowych. Opadł na jedno kolano i odsunął na bok wysoką, wybujałą trawę.

Gubryjska maszyneria, odsłonięte wnętrzności pancernych wehikułów, przekładnie, wirniki, grawitory…

Wiele z tych części pokrywała delikatna, żółta patyna. W niektórych miejscach lśniąca siatka plastyczna utraciła barwę, stała się cieńsza, a nawet uległa przebiciu. Robert pociągnął za mały kawałek, który odłamał się i skruszył mu w dłoniach.

Cóż. Niech się stanę niebieskonosym susłem. Miałem rację. Moje przeczucie było trafne.