Выбрать главу

— Co to jest? — zapytała porucznik McCue, spoglądając mu przez ramię.

Potrząsnął głową.

— Nie jestem jeszcze pewien. Wydaje się jednak, że coś przeżera znaczną część tych elementów.

— Czy mogę zobaczyć?

Robert wręczył jej kawałek skorodowanego cermetalu.

— Dlatego właśnie chciałeś tu przyjść? Spodziewałeś się tego? Nie widział sensu, by wyłuszczać jej wszystkie skomplikowane, osobiste powody.

— Przede wszystkim dlatego. Myślałem, że może da się z tego zrobić broń. Kiedy ewakuowali centrum, spalili wszystkie zapiski i urządzenia, nie mogli jednak wytępić wszystkich mikrobów wytworzonych w laboratorium doktora Schultza.

Nie dodał, że ma w plecaku fiolkę ze śliną goryla. Gdyby nie zastał tu gubryjskich pancerzy w takim stanie, miał zamiar przeprowadzić własne eksperymenty.

— Hm — Lydia McCue skruszyła materiał w dłoni. Opadła na ziemię i wczołgała się pod maszynę, by sprawdzić, które jej części uległy korozji. Wreszcie wyszła na zewnątrz i usiadła obok Roberta.

— To mogłoby się okazać użyteczne. Pozostaje jednak kwestia systemu rozprowadzania. Nie odważymy się opuścić gór, by opryskać tymi mikrobami gubryjski sprzęt w Port Helenia. Ponadto broń biosabotażowa ma bardzo krótki termin efektywności. Trzeba ją zużyć natychmiast, atakując z zaskoczenia, gdyż środki zaradcze z reguły działają szybko i skutecznie. Po kilku tygodniach mikroby zostałyby zneutralizowane — chemicznie, za pomocą powłok lub poprzez sklonowanie innego zwierzaka, który zeżarłby naszego. Niemniej — obróciła kolejny kawałek i spojrzała w górę, by uśmiechnąć się do Roberta — to świetna sprawa. Rzecz, którą zrobiliście tu przedtem, i teraz coś takiego… to są właściwe sposoby toczenia wojny partyzanckiej. Jestem za tym. Znajdziemy sposób na wykorzystanie twojego pomysłu.

Jej uśmiech był tak otwarty i przyjazny, że Robert nie mógł na to nie zareagować. W owym momencie bliskości poczuł impuls, który starał się stłumić przez cały dzień.

Cholera, ona jest atrakcyjna — zdał sobie sprawę, zdeprymowany. Jego ciało wysyłało mu sygnały potężniejsze niż kiedykolwiek robiło to w obecności Athacleny. A przecież prawie nie znał porucznik McCue! Nie kochał jej. Nie był z nią związany w taki sposób, jak ze swą tymbrimską małżonką.

Mimo to w ustach czuł suchość, a serce biło mu szybciej, gdy spoglądała na niego ta ludzka kobieta o wąsko rozstawionych oczach, cienkim nosie i wysokim czole…

— Lepiej wracajmy już do domu — powiedział pospiesznie. — Proszę wziąć parę próbek, pani porucznik. Zbadamy je, gdy wrócimy do bazy.

Zignorował jej przeciągłe spojrzenie, wstał i dał sygnał Elsie. Wkrótce wspinali się już z powrotem w stronę kamiennych szpikulców, z próbkami schowanymi w plecakach. Gdy czujni strażnicy założyli na plecy karabiny i wskoczyli z powrotem na drzewa, okazywali widoczną ulgę.

Robert podążał za eskortą, nie zwracając wielkiej uwagi na ścieżkę. Starał się zapomnieć o drugim przedstawicielu swego gatunku maszerującym obok niego, zmarszczył więc brwi i skrył się za mglistym obłokiem własnych myśli.

59. Fiben

Fiben i Gailet siedzieli obok siebie. Zamaskowani gubryjscy technicy, którzy nastawili na parę szymów swe instrumenty z beznamiętną kliniczną precyzją, spoglądali na nie nieruchomymi oczyma. Wielosoczewkowe kule i płaskie tablice grup wyrazowych unosiły się w powietrzu ze wszystkich stron, obserwując ich z góry. Komora testów stanowiła dżunglę lśniących rur i maszynerii o błyszczących powierzchniach. Wszystko było aseptyczne i sterylne.

Mimo to pomieszczenie cuchnęło nieziemskim ptactwem. Fiben zmarszczył nos. Po raz kolejny narzucił sobie dyscyplinę, by uniknąć nieprzyjaznych myśli na temat Gubru. Z pewnością kilka z tych okazałych maszyn było detektorami psi. Choć wydawało się wątpliwe, by Galaktowie mogli naprawdę „odczytać jego myśli” z pewnością będą w stanie określić jego powierzchniowe nastawienie.

Fiben poszukał czegoś innego, o czym mógłby myśleć. Pochylił się w lewą stronę i przemówił do Gailet.

— Hmm, rozmawiałem z Sylvie, zanim przyszli po nas dziś rano. Powiedziała mi, że nie była ani razu w „Małpim Gronie” od chwili, gdy przybyłem do Port Helenia.

Gailet odwróciła się, by spojrzeć na Fibena. Jej twarz wyrażała napięcie oraz dezaprobatę.

— I co z tego? Takie zabawy, jak jej striptiz, mogły już wyjść z użycia, jestem jednak pewna, że Gubru znajdą inne sposoby wykorzystania jej jedynych w swoim rodzaju talentów.

— Od tej pory odmawia robienia podobnych rzeczy, Gailet. Naprawdę. Nie rozumiem, dlaczego jesteś do niej tak wrogo nastawiona.

— A mnie trudno jest zrozumieć, jak mogłeś się tak zaprzyjaźnić z kimś z naszych strażników! — warknęła Gailet. — To nadzorowana i kolaborantka!

Fiben potrząsnął głową.

— Właściwie Sylvie wcale nie jest nadzorowaną. Ani nawet szarą czy żółtą. Ma zieloną kartę reprodukcyjną. Przyłączyła się do nich, bo…

— Guzik mnie obchodzi, jakie miała powody! Och, mogę sobie wyobrazić, jakiego rodzaju łzawą historyjkę ci wcisnęła, ty wielki frajerze, trzepocząc rzęsami i zmiękczając cię, aby…

Z jednej z pobliskich maszyn nadbiegł niski, atonalny głos.

— Młode istoty rozumne zwane neoszympansami… zachowajcie spokój. Zachowajcie spokój, młodzi podopieczni… — uspokajał głos.

Gailet odwróciła się twarzą w tamtą stronę, zaciskając żuchwę.

Fiben zamrugał powiekami.

Chciałbym potrafić zrozumieć ją lepiej — pomyślał. W połowie przypadków nie miał pojęcia, co wyprowadzi Gailet z równowagi.

To właśnie jej zmienne usposobienie sprawiło, że w ogóle zaczął rozmawiać z Gailet, uznał jednak, że nie da to żadnego rezultatu. Lepiej zaczekać. Przejdzie jej ten nastrój. Zawsze tak się działo.

Zaledwie przed godziną śmiali się i poszturchiwali nawzajem, borykając się ze skomplikowaną mechaniczną układanką. Byli w stanie na kilka minut zapomnieć o wpatrzonych w nich mechanicznych i nieziemskich oczach. Współpracowali ze sobą, sortując raz za razem części i składając je w całość. Kiedy wreszcie cofnęli się od gotowej wieży, którą ułożyli, i spojrzeli na nią, oboje wiedzieli, że sprawili niespodziankę prowadzącym notatki. W tej chwili satysfakcji dłoń Gailet wśliznęła się — na znak niewinnego uczucia — w jego dłoń.

Tak to już było w więzieniu. Niekiedy Fibenowi naprawdę się wydawało, że to doświadczenie przynosi mu korzyść. Na przykład po raz pierwszy w życiu miał dość czasu, by po prostu usiąść i pomyśleć. Pozwalano im teraz czytać książki i zdołał zaliczyć sporo tytułów, które zawsze pragnął przeczytać. Konwersacje z Gailet otworzyły przed nim tajemniczy świat ksenologii. Sam zaś z kolei opowiedział jej o wielkim dziele, jakiego dokonywano tutaj na Garthu — delikatnym nakierowywaniu zrujnowanego ekosystemu z powrotem ku zdrowiu.

Niemniej aż za często zdarzały się długie, mroczne okresy, podczas których godziny ciągnęły się bez końca. W takich chwilach wisiał nad nimi całun. Wydawało im się, że mury zacieśniają się wokół nich, a ich rozmowa zawsze wracała do wojny, do wspomnień ich nieudanego powstania, do utraconych przyjaciół i ponurych spekulacji na temat losu samej Ziemi.

W podobnych momentach Fiben myślał, że mógłby przehandlować całą nadzieję na długie życie w zamian za godzinę swobodnego biegania pod drzewami i czystym niebem.

Dlatego nawet te nowe gubryjskie testy okazały się dla nich obojga ulgą. Przynajmniej mieli coś do roboty.

Maszyny odsunęły się nagle, bez ostrzeżenia, otwierając przejście przed ich ławą.