— Skończyliśmy, skończyliśmy… Spisaliście się dobrze, dobrze, spisaliście… Podążajcie teraz za kulą, podążajcie w kierunku środka transportu.
Gdy Fiben i Gailet podnieśli się, uformowała się przed nimi brązowa, ośmiościenna projekcja. Nie spoglądając na siebie, ruszyli w ślad za hologramem. Minęli milczących, posępnych ptasich techników, wyszli z komory testów i podążyli długim korytarzem.
Roboty-sprzątacze przemknęły obok nich z cichym szeptem dobrze nastrojonej maszynerii. W pewnej chwili z drzwi gabinetu wypadł technik Kwackoo, który obdarzył ich zdumionym spojrzeniem i z powrotem skrył się w środku. Wreszcie Fiben i Gailet minęli syczące drzwi wejściowe i wyszli w jasne światło słońca. Fiben musiał osłonić oczy dłonią. Dzień był piękny, szczypał jednak chłodek przypominający, że krótkie lato miało się już ku końcowi. Szymy, które dostrzegł na ulicach, poza odgrodzonym przez Gubru terenem, były ubrane w lekkie swetry i trampki — następny pewny znak, że zbliża się jesień.
Żaden z szymów nie spojrzał w ich stronę. Odległość była zbyt wielka, by Fiben mógł cokolwiek wywnioskować na temat ich nastroju lub mieć nadzieję, że któryś z nich rozpozna jego czy Gailet.
— Nie będziemy wracać tym samym pojazdem — szepnęła jego towarzyszka. Wskazała ręką ku rampie ładowniczej znajdującej się na dole, za długą balustradą. Rzeczywiście, brunatny furgon wojskowy, który ich przywiózł, zastąpiła wielka, odkryta barka poduszkowa. Na jej otwartym pomoście, za stanowiskiem pilota, stał ozdobny piedestał. Przyboczni Kwackoo zamontowali markizę, która chroniła dziób i grzebień ich pana przed palącym światłem Gimelhai.
Wielkiego Gubru łatwo było rozpoznać. Jego gęste, połyskujące lekko upierzenie wydawało się bardziej zmierzwione niż wtedy, gdy go poprzednio widzieli, w tajemniczej ciemności ich podmiejskiego więzienia. Ten efekt sprawiał, że różnił się on jeszcze bardziej od typowych gubryjskich funkcjonariuszy, jakich mieli okazję ujrzeć.
W niektórych miejscach jego zmiennobarwne pióra zaczynały wyglądać na wystrzępione i poszarpane. Ptasi arystokrata nosił pasiasty kołnierz. Kroczył niecierpliwie po swej grzędzie.
— No, no — mruknął Fiben. — Czyż to nie nasz stary przyjaciel, ktoś tam od dobrego gospodarowania?
Gailet żachnęła się z dźwiękiem, któremu niewiele zabrakło do cichego śmiechu.
— On się nazywa Suzeren Poprawności — przypomniała mu. — Pasiasty naszyjnik oznacza, że jest przywódcą kasty kapłańskiej. Pamiętaj tylko, żebyś był grzeczny. Postaraj się nie drapać zbyt wiele i patrz na to, co ja robię.
— Będę dokładnie imitował twe kroki, o pani.
Gailet zignorowała jego sarkazm i podążyła za brązowym hologramem przewodnim wzdłuż długiej rampy, ku barce o jaskrawych kolorach. Fiben trzymał się tuż za nią.
Projekcja przewodnia zniknęła, gdy dotarli do lądowiska. Kwackoo, którego pierzasta krawatka zabarwiona była na kolor jaskrawożółty, obdarzył ich oboje bardzo płytkim ukłonem.
— Spotkał was ten zaszczyt — zaszczyt… że nasz opiekun — szlachetny opiekun raczy okazać wam — wam na wpół uformowanym… dar waszego przeznaczenia.
Kwackoo przemawiał bez pomocy generatora głosu, co samo w sobie było niemałym cudem, biorąc pod uwagę wysoko wyspecjalizowane organy głosowe tych istot. W gruncie rzeczy wypowiadał anglickie słowa całkiem wyraźnie, choć na bezdechu, co sprawiało wrażenie, że nieziemiec oczekuje czegoś z niepokojem.
Było mało prawdopodobne, by Suzeren Poprawności był najłatwiejszym szefem we wszechświecie. Fiben powtórzył ukłon Gailet i zachował milczenie, podczas gdy ona udzielała odpowiedzi.
— Jesteśmy zaszczyceni uwagą, jaką twój pan, potężny opiekun z wielkiego klanu, raczył nas obdarzyć — powiedziała w powolnym, wyraźnie wypowiadanym siódmym galaktycznym. — Niemniej zastrzegamy sobie, w imieniu naszych opiekunów, prawo do wyrażenia dezaprobaty dla jego działań.
Nawet Fiben wciągnął powietrze z wrażenia. Zebrani Kwackoo zagruchali z gniewu i nastroszyli groźnie upierzenie.
Trzy wysokie, wyćwierkane tony położyły nagły kres ich oburzeniu. Przewodnik Kwackoo odwrócił się szybko i pokłonił suzerenowi, który przesunął się na bliższy obojga szymów koniec grzędy. Gubru rozwarł szeroko dziób i pochylił się, by przyjrzeć się Gailet najpierw jednym okiem, a potem drugim. Fiben poczuł, że ciekną po nim strumyczki potu.
Wreszcie nieziemiec wyprostował się i wyskrzeczał oświadczenie we własnej, skracającej znacznie wyrazy, fleksyjnej wersji trzeciego galaktycznego. Jedynie Fiben spostrzegł drżenie ulgi, które przebiegło wzdłuż napiętego grzbietu Gailet. Nie mógł nadążyć za bombastyczną tyradą suzerena, lecz pobliski generator głosu natychmiast rozpoczął przekład.
— Dobrze powiedziane — powiedziane dobrze… dobrze wypowiedziane, jak na wziętych do niewoli żołnierzy z klasy podopiecznych, członków nieprzyjacielskiego klanu Terra… Chodźcie więc — chodźcie i zobaczcie… chodźcie, zobaczcie i usłyszcie propozycję, której z pewnością nie potępicie — nawet w imieniu waszych opiekunów.
Gailet i Fiben spojrzeli na siebie nawzajem. Następnie, jak jedno, pokłonili się.
Późnym rankiem powietrze było przejrzyste, a słaby zapach ozonu zapewne nie zapowiadał deszczu. Podobne starożytne wskazówki były zresztą bezużyteczne w obecności produktów zaawansowanej techniki.
Barka skierowała się na południe. Minęła nieczynne spacerowe mola Port Helenia i ruszyła dalej nad samą zatoką. Fiben po raz pierwszy miał okazję ujrzeć, jakie zmiany zaszły w porcie od czasu przybycia nieziemców.
Po pierwsze, sparaliżowana została flota rybacka. Tylko jeden trawler na cztery nie leżał na brzegu lub w suchym doku. Główny port handlowy był również niemal martwy. Skupisko morskich statków o przygnębiającym wyglądzie kołysało się na swych cumach. Najwyraźniej od miesięcy nikt z nich nie korzystał. Fiben przyglądał się, jak jeden z wciąż jeszcze funkcjonujących trawlerów rybackich wypłynął zza zamykającego zatokę przylądka. Zapewne wracał wcześniej z powodu szczęśliwego połowu lub też mechanicznego uszkodzenia, z którym szymska załoga nie czuła się na siłach poradzić sobie na morzu. Płaskodenna łódź podniosła się i opadła, mijając stojącą falę w miejscu, gdzie morze stykało się z zatoką. Załoga musiała się zdrowo wysilać, gdyż przejście było teraz węższe niż za czasów pokoju. Połowę cieśniny blokowała wyniosła, zakrzywiona powierzchnia urwiska — wielka forteca z nieziemskiego cermetalu.
Wydawało się, że gubryjski okręt liniowy otaczała słaba, lśniąca poświata. Kropelki wody kondensowały się na krawędziach jego ekranów ochronnych, tęcze iskrzyły się, a mgiełka opadała na posuwający się naprzód z wysiłkiem trawler, gdy wreszcie zdołał on utorować sobie drogę wokół północnego cypelka lądu. Fiben nie zdołał wypatrzeć twarzy szymskiej załogi, kiedy barka suzerena przemknęła nad statkiem, widział jednak, jak kilka długorękich postaci osunęło się z ulgą na pokład, gdy kuter dotarł wreszcie na spokojne wody.
Od Przylądka Borealis górne ramię brzegu zatoki ciągnęło się przez kilka kilometrów na północ i wschód w kierunku samego Port Helenia. Nie licząc małego znaku przybrzeżnego, jego skaliste wyniosłości były puste. Gałęzie rosnących na szczycie grani sosen szeleściły łagodnie na morskiej bryzie.
Na południe jednak, bliżej wąskiej cieśniny, sytuacja wyglądała całkiem odmiennie. Rozciągający się za spoczywającym na ziemi okrętem liniowym teren został przekształcony. Usunięto leśną roślinność i zmieniono zarysy urwisk. Z miejsca znajdującego się tuż za przesłaniającym widok przylądkiem wzbijał się w górę pył. Widać było rój poduszkowców oraz ciężkich dźwigaczy śmigających w obie strony.