— To kosztowne urządzenie — powiedziała odrobinę głośniej niż było to konieczne. — Pobawmy się trochę. Przekonajmy się, co potrafi zrobić.
Gdy Fiben usiadł obok niej, euklidesowe kształty rozmazały się i zniknęły. Regulator zaklekotał pod dotknięciem Gailet i nagle pojawiła się nowa scena. Wydawało się teraz, że ściana otwiera się na rozległą, piaszczystą plażę. Zwiastujące burzę chmury wypełniały nieboskłon aż po obniżający się, szary horyzont. Bałwany przewalały się w odległości niecałych dwudziestu metrów. Wyglądały tak realistycznie, że nozdrza Fibena rozwarły się, gdy spróbował pochwycić woń soli.
Gailet skupiła się na urządzeniach kontrolnych.
— Może to właśnie mamy zrobić — usłyszał jej mamrotanie. Niemal doskonały obraz plaży zamigotał i na jego miejscu zamajaczyła nagle ściana zielonych liści — scena z dżungli tak bliska i realna, że Fibenowi bez mała wydało się, iż mógłby wskoczyć do środka i uciec w zielone tumany, jak gdyby było to jedno z owych mitycznych „urządzeń teleportacyjnych”, o których czytało się w romantycznej literaturze, a nie po prostu hologobelin wysokiej jakości.
Fiben wpatrzył się w wybraną przez Gailet scenę. Od razu poznał, że nie jest to dżungla Garthu. Opleciony pnączami deszczowy las stanowił rozedrganą, żywą hałaśliwą scenę, pełną kolorów i różnobarwnych kształtów. Skrzeczały tam ptaki i darły się wyjce.
A więc to Ziemia — pomyślał i zastanowił się, czy Galaktyka pozwoli mu kiedykolwiek na spełnienie jego marzenia i ujrzenie rodzinnego świata na własne oczy.
Cholernie mało prawdopodobne w obecnej sytuacji.
Gailet przemówiła, przyciągając jego uwagę.
— Pozwól mi nastawić to tutaj, żeby scena była bardziej realistyczna.
Poziom dźwięku podniósł się. Nagle buchnęły wokół nich hałasy dżungli.
Co ona próbuje zrobić? — zastanowił się Fiben.
Nagle coś zauważył. Gdy Gailet manipulowała poziomem dźwięku, jej lewa ręka wykonała prymitywny, lecz wymowny gest. Fiben zamrugał powiekami. Był to znak dziecięcego języka, mowy znaków, której używały wszystkie szymskie dzieci do wieku czterech lat, gdy wreszcie uczyły się robić użytek z mowy.
Dorośli słuchają — oznajmiła.
Wydawało się, że dźwięki dżungli wypełniają sobą pomieszczenie, odbijając się od pozostałych ścian.
— Gotowe — powiedziała cichym głosem. — Teraz nie mogą nas podsłuchiwać. Możemy rozmawiać szczerze.
— Ale… — zaczął oponować Fiben, ponownie jednak ujrzał ten sam gest.
Dorośli słuchają.
Jego respekt dla inteligencji Gailet wzrósł po raz kolejny. Rzecz jasna, wiedziała, że ta prosta metoda nie przeszkodzi urządzeniom podsłuchowym w odebraniu każdego słowa. Gubru i ich agenci mogli jednak sobie wyobrażać, że szymy są na tyle głupie, by uwierzyć, że tak się stanie! Jeśli oboje będą się zachowywać tak, jakby wierzyli, że są bezpieczni przed podsłuchem…
Cóż za misterną pajęczynę przędziemy — pomyślał Fiben. To była prawdziwa szpiegowska robota. Na swój sposób sprawiało mu to przyjemność.
Wiedział też jednak, że jest to niebezpieczne jak diabli.
— Suzeren Poprawności ma pewien problem — powiedziała na głos Gailet. Jej ręce spoczywały nieruchomo na kolanach.
— Powiedział ci to? Ale jeśli Gubru mają kłopoty, to dlaczego…
— Nie powiedziałam „Gubru”, choć myślę, że to również jest prawdą. Mówiłam o samym Suzerenie Poprawności. Ma on kłopoty ze swymi partnerami. Jakiś czas temu kapłan zdecydowanie zbyt mocno zaangażował się w pewną sprawę i teraz wygląda na to, że musi za to diabelnie drogo zapłacić.
Fiben siedział bez ruchu, zdumiony, że wyniosły nieziemski władca raczył opowiadać nędznemu jak robak terrańskiemu podopiecznemu takie rzeczy. Nie spodobała mu się ta myśl. Podobne zwierzenia mogły łatwo okazać się niezdrowe.
— Na czym polegało to nadmierne zaangażowanie? — zapytał.
— Cóż, po pierwsze — ciągnęła Gailet, drapiąc się w rzepkę — kilka miesięcy temu uparł się, by w góry wysłano wiele oddziałów Żołnierzy Szponu oraz uczonych.
— Po co?
Twarz Gailet przybrała wyraz całkowitego opanowania.
— Mieli tam szukać… Garthian.
— Czego? — Fiben zamrugał. Parsknął śmiechem, lecz stłumił to nagle, gdy ujrzał ostrzegawczy błysk w jej oczach. Ręka szymki, drapiąca jej kolano, zwinęła się i odwróciła w geście oznaczającym ostrożność.
— Garthian — powtórzyła.
Taki bzdurny przesąd — pomyślał Fiben. — Ciemne, żółtokartowe szymy opowiadając dzieciom bajki o Garthianach, żeby je nastraszyć.
Można było pęknąć ze śmiechu na myśl, że wyrafinowani Gubru dali się nabrać na takie bajeczki.
Gailet jednak ten pomysł najwyraźniej nie wydawał się zabawny.
— Możesz sobie wyobrazić, dlaczego suzeren się podekscytował, Fiben, gdy ujrzał dowód, pozwalający mu uwierzyć, że Garthianie mogą istnieć. Wyobraź sobie, jakim fantastycznym sukcesem byłoby dla każdego klanu zdobycie praw adopcji przedrozumnego gatunku, który ocalał z Bururalskiej Masakry. Natychmiastowe przejęcie przez Gubru praw dzierżawy Garthu byłoby najmniej istotną z konsekwencji.
Fiben zrozumiał, o co jej chodzi.
— Ale… ale co, u diabła, w ogóle sprawiło, że pomyślał, iż…
— Wygląda na to, że za obsesję suzerena w znacznej mierze odpowiedzialny był nasz tymbrimski ambasador, Uthacalthing, Fiben. Czy pamiętasz dzień wybuchu w ambasadzie, gdy próbowałeś się włamać do tymbrimskiego schowka dyplomatycznego?
Fiben otworzył usta i zamknął je z powrotem. Spróbował pomyśleć. Jaką grę prowadziła teraz Gailet?
Suzeren Poprawności niewątpliwie wiedział, że to Fiben był szymem, którego widziano umykającego przez dym i smród upieczonych gubryjskich urzędników w dniu eksplozji w dawnej tymbrimskiej ambasadzie. Wiedział, że to Fiben odbył daremną zabawę w berka ze strażnikiem schowka, a potem uciekł po urwisku pod samymi dziobami drużyny Żołnierzy Szponu.
Czy wiedział o tym dlatego, że powiedziała mu Gailet? A jeśli tak, to czy poinformowała go również o tajemnej wiadomości, którą Fiben znalazł w głębi skrytki i przekazał Athaclenie?
Nie mógł zapytać jej o te rzeczy. Ostrzegawczy błysk jej oczu kazał mu zachować milczenie.
Mam nadzieję, że ona wie, co robi — modlił się gorączkowo. Czuł wilgoć pod pachami. Otarł z czoła strużkę potu.
— Mów dalej — powiedział bez tchu.
— Twoja wizyta unieważniła dyplomatyczny immunitet i dała Gubru pretekst, którego szukali, umożliwiający im włamanie się do schowka. Wtedy spotkało ich coś, co — jak myśleli — było prawdziwym uśmiechem losu. System autodestrukcji schowka częściowo zawiódł. W środku znajdowały się dowody, Fiben, dowody świadczące o prywatnych dochodzeniach w kwestii Garthian, które prowadził tymbrimski ambasador.
— Uthacalthing? Ale…
Nagle Fibena olśniło. Spojrzał na Gailet wybałuszonymi oczyma, po czym zgiął się w pół i zaczął kasłać, usiłując nie roześmiać się głośno. Wesołość wezbrała w jego piersi niczym para, samoistna siła, którą zaledwie zdołał powstrzymać. Nagły, krótki atak blokady mowy był w gruncie rzeczy błogosławieństwem, gdyż dzięki niemu Gailet nie musiała go uciszać. Kaszlnął jeszcze kilka razy i uderzył się w pierś.
— Przepraszam — powiedział cichym głosem.
— Gubru uważają teraz, że dowody były sfabrykowane i stanowiły sprytny podstęp — ciągnęła.
Nie mów — pomyślał po cichu Fiben.