Выбрать главу

Fibena nagle olśniło.

— Cała ta budowla przy Przylądku Południowym stanowi część owej sprawy, zgadza się? To element planu, który ma pomóc suzerenowi wykaraskać się z tego bigosu.

Gailet wydęła wargi.

— Barwnie powiedziane. Czy domyśliłeś się, co budują?

Wielobarwny ptak na gałęzi zakrakał ostro, jak gdyby śmiał się z Fibena. Gdy jednak ten spojrzał ostro w jego stronę, ptak wrócił już do poważnego zajęcia, jakim było grzebanie w wyimaginowanym detrytusie ściółki leśnej. Fiben przeniósł wzrok z powrotem na Gailet.

— Powiedz mi — poprosił.

— Nie jestem pewna, czy zapamiętałam to, co mówił suzeren. Jak pamiętasz, byłam raczej podenerwowana. — Jej oczy zamknęły się na chwilę. — Czy… czy mówi ci coś nazwa „bocznik hiperprze-strzenny”?

Ptak w ścianie wystartował w eksplozji piór i liści, gdy Fiben zerwał się na nogi i cofnął o ponad metr od Gailet. Spojrzał na nią z niedowierzaniem.

— Co takiego? Ale… ale to szaleństwo! Wybudować bocznik na powierzchni planety? To po prostu nie…

Nagle przerwał. Przypomniał sobie wielką murowaną misę i gigantyczne elektrownie. Jego wargi zadrżały. Złączył dłonie, ciągnąc za przeciwstawne kciuki. W ten sposób przypominał sobie, że jest oficjalnie niemal równy człowiekowi i — postawiony w obliczu czegoś tak niewiarygodnego i nieprawdopodobnego — powinien być w stanie myśleć równie sprawnie jak on.

— Do… — szepnął. Oblizał wargi i skupił się na słowach. — Do czego ma służyć?

— Nie jestem całkiem pewna — odrzekła Gailet. Jej głos ledwie przebijał się przez skrzeczenie dobiegające z imitacji lasu. Narysowała palcem na dywanie znak migowy oznaczający niepewność. — Myślę, że rozpoczęto jego budowę z myślą o jakiejś ceremonii dla Garthian, gdyby Gubru udało się ich znaleźć i zdobyć dla siebie. Teraz suzerenowi potrzebne jest coś, co pozwoliłoby zwrócić koszty tej inwestycji, zapewne inny użytek dla bocznika. O ile zrozumiałam gubryjskiego przywódcę, Fiben, ma on zamiar wykorzystać to urządzenie dla nas.

Fiben znów usiadł. Przez długą chwilę nie spoglądali na siebie. Pozostały jedynie wzmocnione odgłosy dżungli, kolory fosforyzującej mgły unoszącej się pomiędzy liśćmi holograficznego lasu deszczowego oraz niesłychany szept ich własnego, pełnego niepewności strachu. Podobizna jaskrawego ptaka obserwowała ich jeszcze przez jakiś czas z repliki gałęzi wysoko nad nimi. Gdy jednak widmowa mgła obróciła się w niematerialny deszcz, ptak rozpostarł wreszcie fikcyjne skrzydła i odleciał.

60. Uthacalthing

Thennanianin był nieczuły. Wyglądało na to, że nie ma żadnego sposobu, by się do niego przebić.

Kault wydawał się niemal stereotypem, karykaturą własnego gatunku — prostoduszny, otwarty, honorowy aż do przesady i tak ufny, że groziło to doprowadzeniem Uthacalthinga do paroksyzmów frustracji. Glif teev’nus nie był w stanie wyrazić jego zawodu. W ciągu ostatnich kilku dni między witkami jego korony zaczynało się kształtować coś mocniejszego — coś zjadliwego, co przypominało ludzką przenośnię.

Uthacalthing zdał sobie sprawę, że zaczyna się „wkurzać”.

Czego by było trzeba, by wzbudzić podejrzenia Kaulta? Tymbrimczyk zastanowił się, czy powinien udawać, że mówi przez sen, mamrotać złowieszcze aluzje i wyznania. Czy wzbudziłoby to jakieś przeczucie pod grubą czaszką Thennanianina? A może powinien porzucić wszelkie subtelności, napisać cały scenariusz i pozostawić rozłożone kartki w widocznym miejscu, by Kaułt je tam znalazł!

W obrębie gatunku jednostki mogą się znacznie różnić od siebie — pomyślał Uthacalthing. Kault stanowił anomalię nawet jak na Thennanianina. Zapewne nigdy nie przyszłoby mu do głowy, by szpiegować swego tymbrimskiego towarzysza. Uthacalthingowi trudno było zrozumieć, w jaki sposób mógł on zajść tak wysoko w korpusie dyplomatycznym jakiegokolwiek gatunku.

Na szczęście mroczniejsze aspekty thennańskiej natury nie osiągały w nim podobnie przesadnych proporcji. Członkowie stronnictwa Kaulta nie byli — jak się zdawało — tak po kołtuńsku świętoszkowaci i totalnie przekonani o własnej słuszności jak ci. którzy aktualnie kierowali polityką klanu. Tym bardziej szkoda, że jednym z ubocznych efektów zaplanowanego przez Uthacalthinga żartu — o ile się on uda — będzie dalsze osłabienie owego umiarkowanego skrzydła.

Godne pożałowania. Jednakże — przypomniał sobie Uthacalthing — potrzebny byłby cud, by grupa Kaulta kiedykolwiek zdobyła władzę.

Zresztą, jeżeli sprawy nadal będą zmierzać w tę stronę, zostanie mu oszczędzony moralny dylemat wywołany niepokojem o konsekwencje jego dowcipu. W obecnej chwili nie przynosił on dokładnie żadnych skutków. Jak dotąd była to nadzwyczaj frustrująca podróż. Jedyną pociechę stanowił fakt, że nie trafili jednak do gubryjskiego obozu jenieckiego.

Znajdowali się na nizinnym, falistym terenie wznoszącym się nieubłaganie ku południowym zboczom gór Mulun. Odarty z różnorodności ekosystem równin ustępował stopniowo miejsca nieco mniej monotonnej scenerii — skarłowaciałym drzewom i wyżłobionym tarasom, których czerwone i brunatne warstwy osadowe lśniły w świetle poranka, jak gdyby mrugały do nich na znak posiadanej sekretnej wiedzy o dawno minionych dniach.

W miarę jak trasa wędrowców wiodła coraz bliżej gór, Uthacalthing wciąż dokonywał w niej poprawek, kierowany błękitnym migotaniem na horyzoncie — blaskiem tak słabym, że niekiedy jego oczy niemal nie mogły go dostrzec. Wiedział z całą pewnością, że aparat wzrokowy Kaulta w ogóle nie potrafił wykryć tej iskry. Tak to zaplanował.

Uthacalthing wskazywał drogę, wiernie podążając za pokazującym się sporadycznie blaskiem. Uważnie poszukiwał pozostawionych znaków. Za każdym razem, gdy dostrzegał jeden z nich, wykonywał cały rytuał: sumiennie zacierał ślady na ziemi, ukradkiem wyrzucał kamienne narzędzia, potajemnie czynił notatki, które ukrywał pospiesznie, gdy towarzysz jego wędrówki wyłaniał się zza zakrętu.

Każdy inny w tej chwili gotowałby się już wprost z ciekawości. Ale nie Kault. Nie, nie Kault.

Tego poranka przyszła kolej na Thennanianina i on maszerował jako pierwszy. Ich trasa prowadziła brzegiem błotnistej równiny, wciąż jeszcze wilgotnej po ostatniej serii jesiennych deszczów. Tam, wyraźnie widoczne, ścieżkę przecinały ślady liczące sobie nie więcej niż kilka godzin, najwyraźniej pozostawione przez coś, co posuwało się na dwóch nogach, podpierając się jedną ręką. Kault jednak minął je po prostu, węsząc swymi wielkimi szczelinami oddechowymi, i wyraził swym huczącym głosem komentarz o tym, jak rześki dziś poranek!

Uthacalthing pocieszał się myślą, że ta częć jego planu nigdy nie rokowała wielkich nadziei. Być może nie miała się udać i tyle.

A może po prostu nie jestem wystarczająco inteligentny. Oba nasze gatunki mogły wyznaczyć na placówkę na tej znajdującej się w zapadłej części ramienia Galaktyki planecie swych najbardziej tępych przedstawicieli.

Nawet wśród ludzi byli tacy, którzy z pewnością byliby w stanie wykombinować coś lepszego. Na przykład któryś z tych legendarnych agentów Rady Terrageńskiej.

Rzecz jasna, na Garthu w chwili wybuchu kryzysu nie było żadnych agentów ani innych, obdarzonych większą wyobraźnią Tymbrimczyków. Uthacalthing był zmuszony do stworzenia takiego planu, na jaki go było stać.

Zastanowił się nad drugą częścią swego żartu. Było oczywiste, że Gubru dali się nabrać na jego fortel. Do jakiego jednak stopnia? Ile kłopotu i wydatków ich to kosztowało? I, co ważniejsze z punktu widzenia galaktycznego dyplomaty, jak głębokim wstydem się okryli?