Выбрать главу

Gdyby okazali się równie tępi i niepojętni jak Kautl… Ale nie, na Gubru można polegać — zapewniał sam siebie Uthacalthing. — Oni, przynajmniej, są biegli w oszustwach i hipokryzji. To czyniło ich łatwiejszymi nieprzyjaciółmi od Thennanian. Osłonił dłonią oczy, kontemplując coraz późniejszy poranek. Powietrze stawało się ciepłe. Dał się słyszeć szeleszczący dźwięk, skrzypienie pękających liści. Kilka metrów z tyłu pojawił się maszerujący wielkimi krokami Kault. Mruczał niską melodię marszową i posługiwał się długim kijem, by odsuwać krzaki ze swej drogi.

Jeśli nasze rasy są oficjalnie w stanie wojny, to dlaczego Kaultowi jest tak trudno zauważyć, że wyraźnie coś przed nim ukrywam? — zastanowił się Uthacalthing.

— Hmmm — mruknął wielki Thennanianin, gdy zbliżył się do niego. — Kolego, czemu się zatrzymaliśmy?

Mówił w anglicu. Ostatnio urządzili sobie zabawę polegającą na tym, że codziennie, dla wprawy, porozumiewali się w innym języku. Uthacalthing wskazał dłonią ku niebu.

— Jest już prawie południe, Kault. Gimelhai pali coraz mocniej. Lepiej wyszukajmy jakieś miejsce i zejdźmy ze słońca. Skórzasty grzebień grzbietowy Kaulta nadął się.

— Zejdźmy ze słońca? Ależ my nie jesteśmy na… Och. Aha. Ha. Ha. Idiom dzikusów. Bardzo komiczne. Tak, Uthacalthing. Gdy Gimelhai osiągnie zenit, możemy faktycznie poczuć się trochę tak, jakbyśmy piekli się w jej zewnętrznej powłoce. Znajdźmy schronienie.

Na szczycie pagórka, w niezbyt wielkiej odległości, rósł niewielki, gęsty zagajnik. Tym razem Kault ruszył jako pierwszy, wymachując swą własnoręcznie wykonaną laską, by utorować im drogę przez wysoką, trawiastą roślinność.

Podział pracy mieli już dobrze opracowany. Kault wykonywał ciężką robotę, jaką było wykopywanie wygodnej niszy, aż do miejsca, gdzie gleba była chłodna, podczas gdy zwinne dłonie Uthacalthinga zawiązywały pelerynę Thennanianina, by zrobić z niej osłonę przed słońcem. Ułożyli się, oparci o swe plecaki, i przeczekali gorącą, środkową część dnia.

Podczas gdy Uthacalthing drzemał, Kault spędzał czas na wprowadzaniu informacji do swej przenośnej studni danych. Podnosił w górę gałązki, jagody i grudki ziemi, rozcierał je między swymi wielkimi, potężnymi palcami, po czym przysuwał pył do swych szczelin węchowych zanim poddał go badaniom za pomocą podręcznego zestawu instrumentów ocalonych z rozbitego jachtu.

Pracowitość Thennanianina była dodatkowym źródłem frustracji dla Uthacalthinga, gdyż prowadzone przez Kaulta poważne badania ekosystemu z jakiegoś powodu nie wykryły ani jednej ze wskazówek, które podsuwał mu Tymbrimczyk.

Może to dlatego, że mu je podsunięto — zastanowił się Uthacalthing. Thennanianie byli systematycznym gatunkiem. Być może wyznawany przez Kaulta pogląd na świat uniemożliwiał mu dostrzeżenie tego, co nie pasowało do wzorca odkrytego przez jego starannie prowadzone badania.

Interesująca myśl.

Korona Uthacalthinga ukształtowała glif wyrażający przyjemne zaskoczenie, gdy w jednej chwili zrozumiał, że metody Thennanianina mogą nie być tak nieskuteczne, jak się mu zdawało. Przyjął założenie, że to głupota czyni Kaulta nieczułym na jego sfałszowane wskazówki, ale…

Ostatecznie one naprawdę są oszustwem. Mój wspólnik ukrywający się w buszu pozostawia je dla mnie, bym mógł je „znaleźć” i „ukryć”. Jeśli Kault je ignoruje, to czy może to oznaczać, że jego ciasnogłowy światopogląd naprawdę jest doskonalszy? W rzeczywistości okazało się, że niemal nie sposób go oszukać!

Prawdziwy czy nie, był to interesujący koncept. Syrtunu płynęło wartko i spróbowało wzbić się w górę, lecz korona Uthacalthinga leżała obwisła, zbyt leniwa, by pobudzić glif.

Zamiast tego jego myśli powędrowały ku Athaclenie.

Wiedział, że jego córka żyje. Próby dowiedzenia się czegoś więcej mogłyby się zakończyć wykryciem przez psioniczne urządzenia nieprzyjaciela. Niemniej w tych śladach było coś — drżące półszepty głęboko na poziomach uczuć nahakieri — co mu mówiło, że dowie się wiele nowego o Athaclenie, jeśli jeszcze kiedykolwiek spotkają się na tym świecie.

Gdy Uthacalthing unosił się bezwładnie w półdrzemce, wydało mu się, że słyszy cichy głos mówiący:

— Ostatecznie, istnieją granice rodzicielskiego przewodnictwa. Poza nimi przeznaczenie dziecka zależy od niego.

A co z obcymi, którzy wkraczają w jego życie? — zapytał ambasador lśniącą postać swej dawno zmarłej żony, której kształt zdawał się unosić przed nim od chwili, gdy zamknął powieki.

— Jak to co, mężu? Oni również je ukształtują. Podobnie jak ono ich. Nasz czas jednak już się kończy…

Jej twarz była tak wyraźna… Był to sen, jaki — jak mówiono — często miewali ludzie. U Tymbrimczyków jednak zdarzało się to rzadziej. Miał on charakter wizualny, a jego znaczenie wyrażone było raczej za pośrednictwem słów niż glifów. Przypływ emocji sprawił, że końce palców Uthacalthinga zadrżały.

Oczy Mathicluanny oddaliły się od siebie. Jej uśmiech przypominał mu ten dzień w stolicy, gdy ich korony po raz pierwszy zetknęły się ze sobą… i oszołomiony Uthacalthing stanął jak wryty na samym środku zatłoczonej ulicy. Na wpół oślepiony przez glif, który nie miał żadnej nazwy, podążał jej śladem przez zaułki, mosty i mroczne kawiarnie, poszukując jej z rosnącą desperacją, aż wreszcie znalazł ją czekającą na niego na ławce w odległości mniejszej niż dwanaście sistaarów od miejsca, w którym po raz pierwszy ją wyczuł.

— Widzisz? — zapytała go we śnie głosem tamtej dziewczyny z dawnych czasów. — Jesteśmy kształtowani. Zmieniamy się. Niemniej to, czym ongiś byliśmy, również pozostaje na zawsze.

Uthacalthing poruszył się. Obraz jego żony zmarszczył się, po czym zniknął wśród drobnych, rozkołysanych fal światła. Glifem unoszącym się w miejscu, gdzie się wcześniej znajdowała, było syulif-tha… symbolizujące radość płynącą z nie rozwiązanej jeszcze zagadki.

Westchnął i usiadł, pocierając sobie oczy.

Z jakiegoś powodu Uthacalthing sądził, że jasne światło dnia może rozproszyć glif. Syulif-tha było już jednak teraz czymś więcej niż tylko snem. Bez żadnego impulsu z jego strony uniosło się w górę i oddaliło powoli w stronę jego towarzysza, wielkiego Thennanianina.

Kault siedział zwrócony do Uthacalthinga plecami, wciąż pochłonięty swymi badaniami. Kompletnie nie zauważył syulif-tha, które przekształciło się subtelnie… i zmieniło w syulif-kuonn. Glif ulokował się powoli nad grzebieniem grzbietowym Kaulta, obniżył się, osiadł na nim i zniknął. Uthacalthing wytrzeszczył oczy ze zdumienia, gdy Kault chrząknął i podniósł wzrok. Ze szczelin oddechowych Thennanianina popłynęło sapanie. Odłożył on instrumenty i odwrócił się w stronę Uthacalthinga.

— Jest tu coś bardzo dziwnego, kolego. Coś, czego nie potrafię wyjaśnić. Uthacalthing zwilżył wargi, zanim udzielił odpowiedzi.

— Powiedz mi, co cię niepokoi, szanowny ambasadorze. Głos Kaulta brzmiał jak niskie dudnienie.

— Wygląda na to, że istnieje stworzenie… które niedawno żerowało w tych kępach jagód. Dostrzegałem ślady jego posiłków już od kilku dni, Uthacalthing. Jest wielkie… bardzo wielkie jak na mieszkańca Garthu.

Tymbrimczyk wciąż próbował oswoić się z myślą, że syulif-kuonn przebiło się do Kaulta, podczas gdy tak wiele bardziej subtelnych i potężniejszych glifów nie zdołało tego dokonać.

— Doprawdy? Czy to jest ważne?

Kault przerwał, jak gdyby nie był pewien, czy ma powiedzieć coś więcej. Wreszcie Thennanianin westchnął.