— Mój przyjacielu, to nadzwyczaj dziwne. Muszę ci jednak powiedzieć, że od czasów Bururalskiej Masakry nie powinno tu być zwierzęcia zdolnego sięgnąć tak wysoko między te krzaki. Ponadto sposób jego żerowania jest zgoła nadzwyczajny.
— Nadzwyczajny pod jakim względem? Grzebień Kaulta nadął się w krótkich sapnięciach, co wskazywało na niepewność.
— Proszę cię, żebyś się ze mnie nie śmiał, kolego.
— Śmiać się z ciebie? Nigdy! — skłamał Uthacalthing.
— W takim razie powiem ci wszystko. Nabrałem już przekonania, że to stworzenie ma ręce, Uthacalthing. Jestem tego pewien.
— Hm — wyraził niezobowiązujący komentarz Tymbrimczyk. Głos Thennanianina stał się jeszcze cichszy.
— Kryje się w tym jakaś tajemnica, kolego. Tu na Garthu dzieje się coś bardzo dziwnego.
Uthacalthing zapanował nad swą koroną. Wymazał z twarzy wszelki wyraz. Teraz zrozumiał dlaczego syulif-kuonn — symbolizujące oczekiwanie na wypełnienie się dowcipu — zdołał się przebić tam, gdzie nie zdołał tego dokonać żaden inny glif.
To ja padłem ofiarą tego dowcipu!
Tymbrimczyk wyjrzał za krawędź ich markizy, gdzie jasne popołudnie zaczęło nabierać kolorów pod wpływem chmur przelewających się nad górami.
Jego ukrywający się w buszu wspólnik podrzucał „wskazówki” już od tygodni, od czasu gdy tymbrimski jacht rozbił się tam, gdzie pragnął tego Uthacalthing — na krawędzi bagien, daleko na południowy wschód od gór. Mały Jo-Jo — atawistyczny szym, który nie potrafił nawet mówić inaczej jak za pomocą rąk — wędrował tuż przed Uthacalthingiem nagi jak zwierzę, pozostawiał zwodnicze odciski stóp, wykonywał kamienne narzędzia, które podrzucał na ich drodze, i utrzymywał słaby kontakt z Uthacalthingiem za pośrednictwem błękitnej kuli strażniczej.
Wszystko to stanowiło część skomplikowanego planu, który miał w nieubłagany sposób doprowadzić Thennanianina do wniosku, że na Garthu istnieje przedrozumne życie. Kault jednak nie dostrzegł żadnego ze śladów! Żadnej ze specjalnie spreparowanych wskazówek!
Nie, tym, co Kault wreszcie zauważył, był sam Jo-Jo… ślady pozostawione przez małego szyma, gdy żerował w okolicy!
Uthacalthing zdał sobie sprawę, że syulif-kuonn miało całkowitą rację. Żart, którego ofiarą padł, był naprawdę przezabawny.
Odniósł wrażenie, że niemal może usłyszeć ponownie głos Mathicluanny.
— Nigdy nie wiadomo… — zdawała się mówić.
— To zdumiewające — rzekł do Thennanianina. — To po prostu zdumiewające.
61. Athaclena
Od czasu do czasu niepokoiła się, że za bardzo przyzwyczaja się do zmian, które w niej zaszły. Przestawione zakończenia nerwowe, przemieszczona tkanka tłuszczowa, zabawna wyniosłość jej tak teraz humanoidalnego nosa — były to rzeczy, z którymi tak już się zżyła, że czasami zastanawiała się, czy będzie w stanie wrócić do standardowej tymbrimskiej morfologii.
Ta myśl napawała ją strachem.
Do tej pory istniały poważne powody do podtrzymywania tych upodabniających ją do człowieka przekształceń. Gdy dowodziła armią znajdujących się w połowie procesu Wspomagania podopiecznych dzikusów, upodobnienie się wyglądem do ludzkiej kobiety mogło być dobrym posunięciem politycznym. Tworzyło to rodzaj więzi pomiędzy nią a szymami i gorylami.
Oraz Robertem — przypomniała sobie.
Athaclena zastanowiła się, czy będą jeszcze kiedyś eksperymentować we dwoje — jak robili to ongiś — z na wpół zakazaną słodyczą międzygatunkowego flirtu? W tej chwili wydawało się to bardzo mało prawdopodobne. Ich związek małżeński uległ redukcji do pary podpisów na kawałku kory drzewa — użytecznego aktu politycznego. Nic już nie było takie jak przedtem.
Spojrzała w dół. W mrocznej wodzie rozciągającej się przed nią zobaczyła własne odbicie.
— Ni pies, ni wydra — szepnęła w anglicu. Nie pamiętała, gdzie przeczytała lub usłyszała ten zwrot, rozumiała jednak jego przenośny sens. Każdy młody tymbrimski mężczyzna, który ujrzałby ją w jej obecnym kształcie, z pewnością pękłby ze śmiechu. Jeśli zaś chodzi o Roberta, cóż, przed niespełna miesiącem czuła się mu bardzo bliska. Jego narastający pociąg do niej — ten surowy głód dzikusa — pochlebiał jej i sprawiał przyjemność w dość śmiały sposób.
Teraz jednak Robert jest z powrotem wśród swoich. A ja jestem sama.
Athaclena potrząsnęła głową. Postanowiła odpędzić od siebie podobne myśli. Wzięła w rękę manierkę i rozproszyła swe odbicie, wlewając do sadzawki ćwierć litra jasnego płynu. Błoto w pobliżu brzegu zabulgotało, przesłaniając delikatną, oplatającą staw pajęczynę wąsów zwisających z przebiegających nad nim pnączy.
Był to ostatni z łańcucha małych zbiorników odległych od jaskiń o kilka kilometrów. Przy pracy Athaclena koncentrowała się i starannie prowadziła notatki. Wiedziała, że brak jej naukowego wyszkolenia i musi to nadrobić skrupulatnością. Niemniej jej proste eksperymenty zaczęły już przynosić obiecujące rezultaty. Jeśli jej asystenci wrócą na czas z sąsiedniej doliny, przynosząc dane, po które ich wysłała, może zdoła uzyskać coś ważnego, co będzie mogła pokazać majorowi Prathachulthornowi.
Mogę wyglądać jak dziwoląg, ale nadal jestem Tymbrimką! Dowiodę mojej użyteczności, nawet jeśli Ziemianie nie uważają mnie za wojownika.
Jej koncentracja była tak intensywna, a cisza panująca w lesie tak głęboka, że słowa, które się nagle rozległy, zabrzmiały jak uderzenie gromów.
— A więc tutaj jesteś, Clennie! Wszędzie cię szukałem. Athaclena odwróciła się nagle, omal nie wylewając z fiolki płynu koloru umbry. Nagle przytłoczyło ją wrażenie, że otaczające ją ze wszystkich stron pnącza są siecią utkaną po to, by ją schwytać. Jej puls zabił mocniej przez ułamek sekundy, którego potrzebowała, by rozpoznać Roberta. Młodzieniec spoglądał na nią z góry z wyginającego się w łuk korzenia gigantycznego prawiedębu.
Miał na sobie mokasyny, miękki, skórzany kaftan oraz bryczesy. Łuk i kołczan na jego plecach sprawiały, że wyglądał jak bohater jednego z tych starożytnych romansów dzikusów, które matka czytała Athaclenie, gdy ta była jeszcze dzieckiem. Odzyskanie spokoju zajęło jej więcej czasu niż by tego pragnęła.
— Robercie, przestraszyłeś mnie. Zaczerwienił się.
— Przepraszam. Nie chciałem.
Wiedziała, że nie jest to całkiem prawda. Osłona psioniczna Roberta była lepsza niż poprzednio i odczuwał on wyraźną dumę z powodu tego, że zdołał zbliżyć się do niej nie zauważony. Prosta, lecz wyraźna wersja kiniwiillun zamigotała jak chochlik nad jego głową. Gdy Athaclena przymrużyła oczy, mogła sobie niemal wyobrazić, że stoi tam młody tymbrimski mężczyzna…
Zadrżała. Zdecydowała już, że nie może sobie na to pozwolić.
— Chodź tu i usiądź, Robercie. Opowiedz, co ostatnio robiłeś. Trzymając się pobliskiego pnącza, opuścił się lekko na usianą liśćmi glebę i podszedł do miejsca, gdzie obok ciemnej sadzawki leżała otwarta skrzynka doświadczalna Athacleny. Robert zdjął z pleców łuk oraz kołczan i usiadł na ziemi po turecku.
— Szukałem jakiegoś sposobu, żeby być użytecznym — wzruszył ramionami. — Prathachulthorn przestał już wyciągać ze mnie informacje i chce teraz, bym stał się czymś w rodzaju otoczonego lipną chwałą oficera od morale szymów. — Jego głos stał się wyższy o ćwierć oktawy, gdy Robert naśladował południowoazjatycki akcent oficera Terrageńskiej Piechoty Morskiej: — „Musimy podnieść na duchu naszych małych przyjaciół, Oneagle. Spraw, żeby poczuli, iż są ważni dla ruchu oporu!”