Выбрать главу

Athaclena skinęła głową. Rozumiała nie wypowiedziany sens słów Roberta. Mimo dotychczasowych sukcesów partyzantów, Prathachulthorn najwyraźniej uważał szymy za zbyteczne, a w najlepszym razie nadające się do wykorzystania tylko do dywersji lub czarnej roboty. Rola łącznika z dziecinnymi podopiecznymi wydawała się odpowiednią fuchą dla niedostatecznie wyszkolonego i zapewnię również rozpieszczonego syna Koordynatora Planetarnego.

— Myślałam, że Prathachulthornowi spodobał się twój pomysł, by użyć przeciwko Gubru bakterii trawiennych — powiedziała.

Robert prychnął pogardliwie. Podniósł z ziemi gałązkę i zaczął owijać ją sobie zgrabnie wokół palców.

— Och, przyznał, że to intrygujące, iż mikroby z wnętrzności goryli rozpuszczają gubryjskie pancerze. Zgodził się wyznaczyć Benjamina i niektórych szymskich techników do mojego projektu.

Athaclena usiłowała prześledzić mroczny układ jego uczuć.

— Czy porucznik McCue nie pomogła ci go przekonać? Robert odwrócił wzrok na wspomnienie o młodej Ziemiance. Jego osłona zasunęła się w tej samej chwili, co potwierdziło niektóre z podejrzeń Athacleny.

— Lydia pomogła, to fakt. Ale Prathachulthorn mówi, że będzie niemożliwe dostarczenie odpowiedniej ilości bakterii do ważnych gubryjskich instalacji, zanim najeźdźcy je wykryją i zneutralizują. Nadal mam wrażenie, iż uważa to za sprawę marginalną, o co najwyżej niewielkiej użyteczności dla jego głównego projektu.

— Czy masz jakieś pojęcie, co on planuje?

— Uśmiecha się i mówi, że zakrwawi ptakom dzioby. Wywiad doniósł o jakiejś wielkiej konstrukcji, którą Gubru wznoszą na południe od Port Helenia. To może być dobry cel. Major nie chce jednak podać więcej szczegółów. Ostatecznie strategia i taktyka są dla zawodowców, rozumiesz? Zresztą nie przyszedłem tutaj, żeby rozmawiać o Prathachulthornie. Przyniosłem coś, co chcę ci pokazać — Robert sięgnął do środka i wydobył stamtąd jakiś przedmiot owinięty w materiał. Odwinął go. — Czy to ci coś przypomina?

Na pierwszy rzut oka wyglądało to na stos zmiętych szmat, z którego krawędzi zwisały pokryte węzłami sznurki. Gdy Athaclena przyjrzała się bliżej, trzymany przez Roberta na kolanach przedmiot wydał się jej podobny do jakiegoś wysuszonego grzyba. Robert złapał za największy węzeł, gdzie większość cienkich włókien łączyła się ze sobą, tworząc zbitą masę, i pociągnął za sznurki, aż błoniasty materiał rozwinął się całkowicie na łagodnym wietrze.

— To… to wydaje się znajome, Robercie. Powiedziałabym, że to mały spadochron, ale to coś w oczywisty sposób jest naturalne… jak gdyby pochodziło z jakiejś rośliny — potrząsnęła głową.

— Jesteś blisko. Spróbuj cofnąć się myślą o kilka miesięcy, Clennie, do pewnego dramatycznego dnia… którego, jak sądzę, żadne z nas nigdy nie zapomni.

Jego słowa były niezrozumiałe, lecz przebłyski empatii ożywiły jej wspomnienia.

— To? — Athaclena wskazała palcem na miękki, niemal przezroczysty materiał. — To pochodzi z bluszczu talerzowego?

— Zgadza się — Robert skinął głową. — Na wiosnę górne warstwy są gładkie i przypominają konsystencją gumę. Są tak sztywne, że można je odwrócić i jechać na nich jak na saniach…

— Jeśli ma się dobrą koordynację ruchów — zauważyła uszczypliwie Athaclena.

— Hmm, to fakt. Kiedy jednak nadchodzi jesień, górne warstwy usychają, aż wreszcie wyglądają tak — pomachał na wietrze oklapniętym, przypominającym spadochron talerzem, trzymając go za włókniste całuny. — Za kilka tygodni staną się jeszcze lżejsze.

Athaclena potrząsnęła głową.

— Pamiętam, że wyjaśniałeś mi, dlaczego tak jest. W ten sposób się rozmnażają, prawda?

— Zgadza się. Ten mały strąk z zarodnikami — Robert otworzył pięść, by ukazać niewielką kapsułkę leżącą w miejscu, gdzie spotykały się linie dłoni — unosi się na spadochronie na późnojesiennych wiatrach. Te przedmioty wypełniają niebo, sprawiając, że przez jakiś czas podróże powietrzne stają się niebezpieczne. W mieście wywołuje to niezły bałagan. Na szczęście, jak się zdaje, starożytne stworzenia, które zapylały bluszcz wyginęły podczas bururalskiego fiaska i niemal wszystkie strąki są bezpłodne. Gdyby tak nie było, to w tej chwili pewnie połowę Sindu porastałby już bluszcz talerzowy. Zwierzęta, które go zjadały, również od dawna są przeszłością.

— Fascynujące — Athaclena podążyła za drżeniem w aurze Roberta. — Masz odnośnie do nich jakieś plany, prawda? Robert ponownie złożył nośnik zarodników.

— Aha. A przynajmniej pomysł. Co prawda nie przypuszczam, żeby Prathachulthorn chciał mnie wysłuchać. Zbyt głęboko mnie już zaszufladkował, dzięki mojej matce.

Rzecz jasna Megan Oneagle była po części odpowiedzialna za lekceważącą opinię, jaką ziemski oficer powziął o Robercie.

Jak matka może w takim stopniu nie rozumieć własnego dziecka? — zastanowiła się Athaclena. Możliwie, że od wieków ciemnoty ludzie pokonali już długą drogę, nadal jednak czuła litość dla k’chu-non, biednych dzikusów. Musieli się jeszcze wiele nauczyć o sobie.

— Prathachulthorn może nie wysłuchać cię bezpośrednio, Robercie, szanuje jednak porucznik McCue. Ona z pewnością cię wysłucha i przekaże twe pomysły majorowi.

Robert potrząsnął głową.

— Nie jestem pewien.

— Dlaczego nie? — zapytała Athaclena. — Widzę, że ta młoda Ziemianka cię lubi. W gruncie rzeczy jestem całkiem pewna, że wykryłam w jej aurze…

— Nie powinnaś tego robić, Clennie — odwarknął Robert. — Nie można tak wścibiać nosa w uczucia innych. To… to nie twój interes. Opuściła wzrok.

— Być może masz rację. Jesteś jednak moim przyjacielem i małżonkiem, Robercie. Kiedy czujesz napięcie i frustrację, jest to niedobre dla nas obojga, zgadza się?

— Chyba tak.

Nie spojrzał jej w oczy.

— Czy więc czujesz pociąg seksualny do tej Lydii McCue? — zapytała Athaclena. — Czy żywisz dla niej uczucie?

— Nie rozumiem, dlaczego musisz pytać…

— Dlatego, że nie mogę cię wykennować, Robercie! — przerwała mu Athaclena, częściowo pod wpływem irytacji. — Nie jesteś już przede mną otwarty. Jeśli żywisz podobne uczucia, powinieneś się nimi ze mną podzielić. Być może potrafię ci pomóc.

Wreszcie na nią spojrzał, z rumieńcem na twarzy.

— Pomóc mi?

— Oczywiście. Jesteś moim małżonkiem i przyjacielem. Jeśli pożądasz tej kobiety z własnego gatunku, to czy nie powinnam z tobą współpracować? Czy nie powinnam ci pomóc w osiągnięciu szczęścia?

Robert mrugnął tylko, lecz w jego szczelnej osłonie Athaclena odkryła teraz szczeliny. Poczuła, że witki uniosły się nad jej uszami, sondując granice tych luźniejszych obszarów i formując delikatny, nowy glif.

— Czy czułeś się winny z powodu tych uczuć, Robercie? Czy uważałeś, że jesteś mi w jakiś sposób niewierny? — Athaclena roześmiała się. — Ależ międzygatunkowi małżonkowie mogą mieć kochanków i partnerów z własnego gatunku. Wiedziałeś o tym! Czegóż więc pragniesz ode mnie, Robercie? Z pewnością nie mogę dać ci dzieci! A nawet gdybym mogła, to czy możesz sobie wyobrazić, jakie by z nich były kundle?

Tym razem Robert się uśmiechnął. Odwrócił wzrok. W przestrzeni między nimi jej glif przybrał wyraźniejszą postać.

— Jeśli zaś chodzi o rekreacyjny seks, to z tym, co mam, przyprawiłabym cię tylko o frustrację, ty pod jednym względem nadmiernie, a pod drugim niedostatecznie wyposażony małpoludzie o nieodpowiedniej budowie! Dlaczego miałoby ci nie przynieść radości, jeśli znalazłeś kogoś, z kim możesz dzielić podobne przyjemności?