Выбрать главу

— To… to nie takie proste, Clennie. Ja… Wyciągnęła rękę i uśmiechnęła się, błagając go, by nic nie mówił i otworzył się przed nią.

— Jestem tutaj, Robercie — powiedziała cicho.

Zakłopotanie młodego mężczyzny przypominało niepewny potencjał kwantowy wahający się pomiędzy dwoma stanami. Jego spojrzenie przeszyło powietrze, gdy podniósł wzrok ku górze i spróbował go skupić na nierzeczy, którą stworzyła. Potem przypomniał sobie, czego się nauczył, ponownie odwrócił oczy i pozwolił, by kennowanie otworzyło go na glif, jej dar.

La’thstkoon unosiło się w powietrzu i tańczyło, przywołując go. Robert wypuścił powietrze. Jego oczy rozwarły się pod wpływem zaskoczenia, gdy jego własna aura otworzyła się bez udziału świadomej woli. Rozwijając się niczym kwiat, coś — bliźniak la’thsthoon — wyłoniło się na zewnątrz i wpadło we wzmacniający rezonans z koroną Athacleny.

Dwie wstęgi nicości, jedna ludzka, druga tymbrimska, dotknęły się, odskoczyły od siebie figlarnie i ponownie połączyły.

— Nie obawiaj się, że utracisz to, co łączy cię ze mną, Robercie — szepnęła Athaclena. — Ostatecznie, czy jakakolwiek ludzka kochanka potrafiłaby zrobić z tobą coś takiego?

Uśmiechnął się na te słowa. Roześmiali się razem. Nad nimi, odbite jak w zwierciadle la’thstkoon manifestowało intymność spełnianą w parach.

Dopiero później, gdy Robert ponownie się oddalił, Athaclena rozluźniła głęboką osłonę, którą otoczyła własne najskrytsze uczucia. Dopiero gdy odszedł, pozwoliła sobie na dostrzeżenie swej zazdrości.

Idzie teraz do niej.

To, co zrobiła, było słuszne, według wszelkich znanych jej standardów. Postąpiła jak należało.

Mimo to było to tak niesprawiedliwe!

Jestem dziwolągiem. Byłam nim, zanim jeszcze przybyłam na tę planetę, a teraz stałam się czymś, czego w ogóle nie sposób rozpoznać.

Robert mógł mieć ziemską kochankę, lecz Athaclena była pod tym względem całkiem samotna. Nie mogła szukać podobnego pocieszenia u kogoś ze swego rodzaju.

Żeby mnie dotknął, objął, połączył swe witki i ciało z moimi, sprawił, bym zapłonęła…

Z niejakim zaskoczeniem zauważyła, że był to pierwszy raz, gdy kiedykolwiek poczuła coś takiego… to pragnienie, by znaleźć się z mężczyzną z własnego gatunku — nie przyjacielem czy kolegą, ale kochankiem, być może małżonkiem.

Mathicluanna i Uthacalthing mówili jej, że któregoś dnia to się zdarzy, że każda dziewczyna ma własne tempo. Teraz jednak przyniosło jej to jedynie gorycz. Pogłębiło jej samotność. Częścią swej osobowości winiła Roberta za ograniczenia jego gatunku. Gdyby tylko i on potrafił przekształcić własne ciało! Gdyby tylko mógł się z nią spotkać w pół drogi!

Była jednak Tymbrimką, jedną z „mistrzów zdolności przystosowania”. Jak daleko posunęła się ta podatność, stało się jasne, gdy Athaclena poczuła na policzkach wilgoć. Wytarła, przygnębiona, słone łzy, pierwsze w swym życiu.

Tak właśnie zastali ją jej pomocnicy kilka godzin później, po powrocie z misji, na które ich wysłała. Siedziała na brzegu małej, błotnistej sadzawki, podczas gdy wśród wierzchołków drzew dęły jesienne wiatry pędzące złowieszcze chmury na wschód, ku szarym górom.

62. Galaktowie

Suzeren Kosztów i Rozwagi był zmartwiony. Wszystkie znaki wskazywały na zbliżanie się pierzenia i kierunek, w którym najwyraźniej zmierzały sprawy, nie podobał mu się.

Po drugiej stronie namiotu Suzeren Wiązki i Szponu przechadzał się przed swymi adiutantami. Wydawał się bardziej sztywny i majestatyczny niż kiedykolwiek. Pod zmierzwioną pokrywą piór zewnętrznych widać były niewyraźny, czerwonawy połysk spodniego upierzenia dowódcy armii. Żaden z obecnych Gubru nie mógłby nie zauważyć choćby i śladu tego koloru. Wkrótce, być może nie później niż za tuzin dni, proces ten osiągnie punkt, w którym nie można go już będzie odwrócić.

Siły okupacyjne będą miały królową.

Suzeren Kosztów i Rozwagi zastanawiał się nad niesprawiedliwością tego wszystkiego, zajęty muskaniem własnych piór. One również zaczynały wysychać, nie było jednak jeszcze widać żadnych możliwych do odróżnienia śladów ostatecznego koloru.

Najpierw podniesiono go do statusu kandydata i głównego biurokraty po śmierci jego poprzednika. Marzył o podobnym przeznaczeniu, nie o tym jednak, że zostanie ciśnięty w sam środek dojrzałego już triumwiratu! Jego partnerzy byli już wtedy daleko zaawansowani na swej drodze do seksualności. Został zmuszony do prób nadrobienia strat.

Z początku nie wydawało się to zbyt istotne. Ku zaskoczeniu wielu zdobył na starcie wiele punktów. Odkrycie głupstw, jakie popełnili dwaj pozostali podczas interregnum, umożliwiło Suzerenowi Kosztów i Rozwagi uczynienie wielkich skoków naprzód.

Potem osiągnięto ową równowagę. Okazało się, że admirał i kapłan potrafią błyskotliwie i z wyobraźnią bronić swych politycznych pozycji.

A przecież o wyniku pierzenia powinna rozstrzygać trafność linii politycznej! Nagroda miała przypaść temu przywódcy, którego mądrość okaże się największa. O to w tym wszystkim chodziło!

Niemniej biurokrata wiedział, że o tych sprawach równie często rozstrzyga przypadek lub kaprysy metabolizmu.

Albo sojusz dwóch przeciwko trzeciemu — powtórzył sobie. Suzeren Kosztów i Rozwagi zastanawiał się, czy mądre było popieranie w tych ostatnich kilku tygodniach armii przeciw Poprawności, co dało teraz admirałowi niemal nienaruszalną przewagę.

Nie miał jednak wyboru! Kapłanowi trzeba się było przeciwstawić, gdyż wydawało się, że utracił on wszelkie panowanie nad sobą!

Najpierw pojawiła się ta bzdura z „Garthianami”. Gdyby poprzednik biurokraty żył, być może udałoby się ograniczyć marnotrawstwo, pod jego nieobecność jednak roztrwoniono olbrzymie sumy… sprowadzono nową Planetarną Filię Biblioteki, wysyłano ekspedycje w niebezpieczne góry i rozpoczęto budowę hiperprzestrzennego bocznika dla Ceremonii Adopcji, zanim uzyskano jakiekolwiek potwierdzenie, że istnieje coś, co można by zaadoptować!

Potem wypłynęła sprawa programu ekologicznego. Suzeren Poprawności uparł się, że sprawą o kluczowym znaczeniu jest, by przynajmniej w minimalnym stopniu odtworzyć plan wprowadzany na Garthu w życie przez Ziemian. Suzeren Wiązki i Szponu, jednak absolutnie nie wyrażał zgody na to, by ktoś z ludzi opuścił wyspy. Wysłano więc po bardzo kosztowną pomoc spoza planety. Statek pełen linteńskich ogrodników — neutralnych w obecnym kryzysie — był już w drodze. Jedno Wielkie Jajko wiedziało, jak mieli im zapłacić!

Teraz, gdy budowa bocznika zbliżała się już do końca, zarówno Suzeren Poprawności, jak i Suzeren Wiązki i Szponu byli gotowi przyznać, że pogłoski o „Garthianach” były po prostu tymbrimskim podstępem. Czy jednak chcieli pozwolić na przerwanie budowy?

Nie. Obaj, jak się zdawało, mieli powody, by pragnąć jej ukończenia. Gdyby biurokrata się zgodził, oznaczałoby to consensus, krok w kierunku linii politycznej, której tak pragnęli Władcy Grzędy. Jak jednak mógł się zgodzić na podobną bzdurę!

Suzeren Kosztów i Rozwagi zaćwierkał, sfrustrowany. Suzeren Poprawności spóźniał się na kolejną debatę. Jego pasja dla prawości nie obejmowała najwyraźniej uprzejmości dla partnerów.

W tym punkcie, teoretycznie, początkowa rywalizacja pomiędzy kandydatami powinna zacząć przeradzać się w respekt i uczucie, by wreszcie doprowadzić do prawdziwego związku. Oni jednak na samej krawędzi pierzenia wciąż tańczyli taniec wzajemnej odrazy.