Irongrip nie był, na szczęście, obecny, lecz pozostali pełniący służbę nadzorowani nie byli bynajmniej życzliwsi, albowiem choć Gubru wciąż płacili im pensje, wyglądało na to, że ich panowie zdradzili ostatnio ich sprawę. Nie doszło do przewrotu w programie Wspomagania na Garthu, do nagłego odwrócenia eugenicznej piramidy.
Suzeren próbował znaleźć niedociągnięcia w sposobie, w jaki wspomaga się neoszympansy — pomyślał Fiben. — Musiało mu się jednak nie udać. W przeciwnym razie dlaczego przygotowywałby do swej ceremonii niebiesko- i białokartowego szyma — mnie i Gailet?
W gruncie rzeczy użycie nadzorowanych w charakterze oddziałów posiłkowych zaszkodziło w pewnym sensie najeźdźcom. Szymskiej populacji się to nie spodobało.
Fiben i odziani w zapinany na zamek błyskawiczny kombinezony strażnicy nie zamienili ze sobą ani jednego słowa. Obie strony dobrze rozumiały rytuał. On ich ignorował, a oni zwlekali tak długo, jak się odważyli, nie dając mu pretekstu do poskarżenia się. Pewnego razu, gdy klucznik zmitrężył zbyt wiele czasu, Fiben po prostu odwrócił się i pomaszerował z powrotem do środka. Nie musiał nawet nic mówić Sylvie. Podczas następnej zmiany tych strażników już nie było. Fiben nigdy już ich nie ujrzał.
Tym razem, pod wpływem impulsu, złamał tradycję i odezwał się:
— Fajna pogoda, nie?
Wyższy z nadzorowanych podniósł wzrok w zaskoczeniu. Coś w odzianym w kombinezon szenie wydało się nagle Fibenowi niesamowicie znajome, choć był pewien, że nigdy dotąd go nie widział.
— Co ty, wygłupiasz się? — Strażnik spojrzał w górę, na kłębiące się cumulonimbusy. Nadciągał zimny front. Deszcz nie mógł być zbyt daleko.
— Aha — Fiben uśmiechnął się. — Wygłupiam się. Tak naprawdę, to jak na mój gust jest zbyt słonecznie.
Strażnik obrzucił Fibena skwaszonym spojrzeniem i usunął się na bok. Brama otwarła się z piskiem i Fiben wyśliznął się w boczną ulicę przebiegającą między porośniętymi bluszczem murami. Ani on, ani Gailet nigdy nie widzieli nikogo ze swych sąsiadów. Zapewne mieszkające w okolicy szymy starały się nie rzucać w oczy bandzie Irongripa oraz czujnym nieziemskim robotom.
Zagwizdał i ruszył w stronę zatoki. Starał się ignorować unoszącą się w powietrzu kulę strażniczą, która podążała za nim w odległości metra, zawieszona również o metr nad jego głową. Gdy pierwszy raz wypuszczono go w podobny sposób, Fiben unikał mieszkalnych obszarów Port Helenia. Trzymał się bocznych zaułków i niemal całkowicie teraz porzuconej strefy przemysłowej. Teraz, choć nadal nie opuszczał się na centralne tereny handlowe, gdzie zbierały się wokół niego tłumy gapiów, nie uważał już, że musi całkowicie unikać spotykania kogokolwiek.
Wcześniej dostrzegał inne szymy, którym towarzyszyły kule strażnicze. Z początku myślał, że są to więźniowie, tacy jak on. Sze ny i szymki w ubraniach roboczych ustępowały strzeżonym szmom z drogi i omijały ich szerokim łukiem, podobnie jak jego.
Potem jednak zauważył różnice. Tamte eskortowane szymy miały na sobie piękne ubrania i zachowywały wyniosłą postawę. Soczewki kamer oraz broń ich kuł strażniczych były skierowane na zewnątrz a nie na tych, których strzegły.
To quislingowie — zdał sobie sprawę Fiben. Z zadowoleniem widział miny, z jakimi wielu szymskich obywateli spoglądało na tych wysokich rangą kolaborantów, gdy ci odwrócili się już plecami. Wyrażały one posępną, źle ukrywaną pogardę.
Później, gdy wrócił na kwaterę, wypisał przez szablon z tyłu swej parki dumne litery: W-I-Ę-Z-I-E-Ń. Od tej chwili spojrzenia, które za nim podążały, były mniej oziębłe. Stały się pełne ciekawość a może nawet szacunku.
Kula nie była zaprogramowana tak, by pozwolić mu rozmawia z innymi. Pewnego razu, gdy jakaś szymka upuściła na jego drodze złożoną kartkę papieru, Fiben zbadał granice tolerancji maszyn w ten sposób, że schylił się, by podnieść kartkę…
Przebudził się w jakiś czas później, unieruchomiony przez kuli w drodze powrotnej do więzienia. Upłynęło kilka dni, zanim ponownie pozwolono mu wyjść.
Nie szkodzi. Warto było to zrobić. Wiadomość o tym epizodzie rozeszła się szeroko. Teraz szeny i szymki kiwały do niego głowami, gdy mijał wystawy sklepów i długie kolejki po racje. Niektórzy nawet przekazywali mu krótkie, dodające otuchy sygnały w język migowym.
Nie wypaczyli nas — pomyślał z dumą Fiben. Garstka zdrajców nie miała właściwie znaczenia. Liczyło się to, jak zachowywał się dany lud jako całość. Fiben przypominał sobie, że czytał, iż podczas najstraszniejszej z dawnych, przedkontaktowych wojen światowych na Ziemi, obywatele małego państwa zwanego Danią oparli się wszelkim wysiłkom nazistowskich zdobywców, którzy chcieli ich zdehumanizować. Nie pozwolili na to i zachowywali się zdumiewająco godnie i przyzwoicie. Opowieść owa godna była tego, by stać się źródłem inspiracji.
Wytrwamy — odpowiadał w języku migowym. — Terra pamięta i wróci po nas.
Trzymał się tej nadziei, bez względu na to, jak trudne się to stawało. Gdy nauczył się od Gailet subtelności galaktycznego prawa, zrozumiał, że nawet gdyby we wszystkich ramionach spiralnych nastał pokój, może to nie wystarczyć do wygnania najeźdźców. Istniały triki znane klanom tak starym jak Gubru, sposoby na unieważnienie praw dzierżawy słabszego klanu do takiej planety jak Garth.
Było widoczne, że jedna z frakcji ptasiego nieprzyjaciela pragnęła położyć kres ziemskiej dzierżawie i zagarnąć planetę.
Fiben wiedział, że Suzeren Poprawności na próżno poszukiwał dowodów na to, iż Ziemianie źle kierują ekologiczną odnową Garthu. Teraz, po tym, jak wojska okupacyjne zmarnowały dekady ciężkiej pracy, nie odważali się nawet poruszać tego tematu.
Suzeren poświęcił także kilka miesięcy na polowanie na nieuchwytnych „Garthian”. Gdyby się okazało, że tajemnicze przedrozumne istoty istnieją naprawdę, uzyskanie prawa do nich stanowiłoby usprawiedliwienie dla każdego wydanego tu grosza. Wreszcie przejrzeli dowcip Uthacalthinga, nie położyło to jednak kresu ich wysiłkom.
Przez cały czas, już od chwili inwazji, Gubru starali się wyszukać błędy w sposobie, w jaki wspomagano neoszympansy. Sam fakt, że najwyraźniej zaakceptowali status zaawansowanych szymów, takich jak Gailet, nie oznaczał, że całkowicie z tego zrezygnowali.
Istniała wciąż sprawa tej cholernej Ceremonii Akceptacji, której implikacje ciągle umykały Fibenowi, bez względu na to, jak intensywnie Gailet starała się mu je wyjaśnić.
Niemal nie zauważał szymów na ulicach. Jego stopy kopały unoszące się na wietrze liście. Wracały do niego urywki wyjaśnień Gailet.
— …podopieczne gatunki przechodzą przez fazy, z których każdą wyznaczają ceremonie usankcjonowane przez Galaktyczny Instytut Wspomagania… Są one kosztowne, a ponadto mogą zostać zablokowane przez polityczne manewry… Fakt, że Gubru zaproponowali, że pokryją koszty i udzielą poparcia ceremonii dla podopiecznych ludzkich dzikusów jest więcej niż bezprecedensowy… Suzeren obiecuje też, że zobowiąże się w imieniu swej rasy do podjęcia nowej linii politycznej, kończącej działania wojenne przeciwko Ziemi… Rzecz jasna, jest w tym pewien haczyk…
Och, Fiben świetnie potrafił sobie wyobrazić, że haczyk będzie!
Potrząsnął głową, jak gdyby chciał wygnać z niej wszystkie słowa. W Gailet było coś nienaturalnego. Wspomaganie było czymś naprawdę ekstra, a ona mogła stanowić niezrównany przykład neoszympansiego rodzaju, ale było po prostu sprzeczne z naturą, by myśleć i mówić tak dużo, nie dając mózgowi ani trochę czasu wolnego na zaczerpnięcie tchu!
Dotarł wreszcie do miejsca położonego niedaleko od doków, gdzie łodzie rybackie leżały wyciągnięte na brzeg ze względu na nadchodzącą burzę. Morskie ptaki szczebiotały, nurkując nagle, by schwytać ostatni posiłek w czasie, jaki pozostał, zanim woda stanie się zbyt wzburzona. Jeden z nich zapuścił się zbyt blisko Fibena i otrzymał w nagrodę ostrzegawczy wstrząs od „Kazika”, robota strażniczego. Ptak — który nie był biologicznie spokrewniony z najeźdźcami w większym stopniu niż Fiben — zaskrzeczał rozgniewany i odleciał ku zachodowi.