Выбрать главу

— Hej, a czy ja nie mam w tej sprawie nic do powiedzenia? — zaprotestował.

— Oczywiście, że nie, głuptasie — odparła Gailet, potrząsając głową. — Jesteś szenem. Samiec szyma jest gotów przerżnąć kozę albo liść, jeśli nie ma pod ręką nic lepszego.

Była to przesada, lecz ów stereotyp miał wystarczająco wielke oparcie w prawdzie, by Fiben się zaczerwienił.

— Ale…

— Sylvie jest atrakcyjna i zbliża się do różowości. Jak sądzisz, co uczynisz, gdy tylko wyrwiesz się na wolność, jeśli wszyscy troje zgodzimy się z góry, że twój obowiązek i przyjemność łączą się ze sobą? — Gailet przesunęła się. — Nie, decyzja nie należy do ciebie. Teraz, po raz ostatni, bądź cicho, Fiben.

Gailet odwróciła się z powrotem do Sylvie, by zadać jej nowe pytanie, lecz tym razem Fiben nie mógł nawet dosłyszeć słów. Huk w jego uszach zagłuszał wszelkie pozostałe dźwięki. Jedynym, o czym mógł w tej chwili myśleć, był ów perkusista, nieszczęść Igor Patterson.

Nie. Och, Goodall, ratuj mnie!

— …samcy już tacy są.

— Tak, oczywiście. Myślę sobie jednak, że łączy cię z nim więź, bez względu na to, czy ma ona charakter formalny. W teorii brzmi to fajnie, każdy jednak może zauważyć, że on ma żyłkę honoru grubą na milę. Mógłby się okazać uparty, gdyby nie wiedział, że nie masz nic przeciwko temu.

Czy tak właśnie samice myślą w głębi duszy o nas, szenach? — zastanowił się Fiben. Przypomniał sobie lekcje „zdrowia” w szkole średniej, gdy młodych szymów-samców prowadzono na wykład o uprawnieniach rozrodczych oraz filmy o chorobach wenerycznych. Podobnie jak inni szymscy chłopcy zastanawiał się często o czym wtedy uczyły się szymki.

Czy to w szkołach wpajają im tę nieczułą logikę? A może uczą się tego na własnej skórze? Od nas?

— On nie jest moją własnością — Gailet wzruszyła ramionami. — Jeśli masz rację, nikt nigdy nie będzie miał do niego podobnych praw… nikt poza Urzędem Wspomagania. Biedaczysko — zmarszczyła brwi. — Jedyne, czego od ciebie żądam, to żebyś go zaprowadziła bezpiecznie w góry. Do tej chwili cię nie dotknie, jasne? Otrzymasz zapłatę, gdy będzie już bezpieczny wśród partyzantów.

Ludzki mężczyzna nie zniósłby czegoś takiego — pomyślał z goryczą Fiben. Z drugiej strony jednak ludzcy mężczyźni nie byli nie do końca uformowanymi istotami na poziomie podopiecznych, gotowymi „przerżnąć kozę lub liść, jeśli nie ma pod ręką nic lepszego”, prawda?

Sylvie skinęła głową na znak zgody. Wyciągnęła rękę. Gailet ją uścisnęła. Obrzuciły się wzajemnie długim spojrzeniem, po czy rozłączyły się.

Sylvie podniosła się na nogi.

— Zanim wejdę, zapukam. To potrwa jakieś dziesięć minut — spojrzała na Fibena, na jej twarzy malowała się satysfakcja, jak gdyby ubiła jakiś bardzo korzystny interes. — Bądź gotowy do opuszczenia celi — dorzuciła, po czym odwróciła się i odeszła.

Gdy już wyszła, Fiben odzyskał wreszcie głos.

— Zanadto wierzysz tym wszystkim swoim gładkim teoryjkom, Gailet. Dlaczego, u diabła, jesteś taka pewna…

— Nie jestem niczego pewna! — odburknęła. Jej zakłopotana, dotknięta mina oszołomiła Fibena bardziej niż wszystko, co wydarzyło się tego wieczoru.

Gailet przesunęła dłoń przed swymi oczyma. — Przepraszam cię, Fiben. Zrób to, co uznasz za najlepsze. Tylko, proszę, nie obrażaj się. Żadne z nas nie może sobie w tej chwili pozwolić na dumę. Zresztą, w ogólnym rozrachunku, Sylvie nie prosi znowu o tak wiele, prawda?

Fiben dostrzegł stłumione napięcie w oczach Gailet i jego oburzenie rozwiało się. Zastąpiła je troska o nią.

— Czy… czy jesteś pewna, że nic ci nie grozi? Wzruszyła ramionami.

— Chyba nic. Suzeren zapewne znajdzie mi nowego partnera. Zrobię wszystko, co będę mogła, by jak najbardziej odwlec sprawę. Fiben przygryzł wargę.

— Prześlemy do ciebie wiadomość od ludzi. Obiecuję. Jej mina powiedziała mu, że Gailet nie żywi zbyt wiele nadziei. Mimo to uśmiechnęła się.

— Zróbcie to, Fiben — wyciągnęła rękę do góry i dotknęła nią delikatnie boku jego twarzy. — Wiesz co? — szepnęła. — Naprawdę będę za tobą tęskniła.

Chwila minęła. Gailet cofnęła dłoń i jej twarz ponownie stała się poważna.

— Lepiej już zbieraj wszystko, co chcesz ze sobą zabrać. Jest też parę rzeczy, które — jak sądzę — powinieneś przekazać swojej pani generał. Spróbujesz je zapamiętać, Fiben?

— No jasne.

Na krótką chwilę jednak pogrążył się w żalu, zastanawiając się, czy ujrzy jeszcze kiedyś łagodny blask, który na przelotny moment zagościł w jej oczach. Znowu w stu procentach rzeczowa, podążała za nim wokół pomieszczenia, gdy zbierał prowiant i ubranie. Nie przestała jeszcze mówić, kiedy w kilka minut później rozległo się pukanie do drzwi.

64. Gailet

W ciemności, gdy już ją opuścili, usiadła na materacu z głową skrytą pod kocem. Objęła rękoma kolana i kołysała się powoli w rytm własnej samotności.

W tym roku nie była jednak zupełnie sama. W gruncie rzeczy czułaby się znacznie lepiej, gdyby tak było. Gailet wyczuwała śpiącego obok niej szena, owiniętego w pościel Fibena. Wydychał on cicho słabo wyczuwalne opary narkotyku, który pozbawił go przytomności. Pełniący funkcję strażnika nadzorowany nie obudzi się jeszcze przez wiele godzin. Gailet sądziła, że spokój zapewne nie potrwa równie długo, jak jego drzemka.

Nie, nie była zupełnie sama. Nigdy jednak nie czuła się równie odcięta od świata i izolowana.

Biedny Fiben — pomyślała. — Może Sylvie ma rację co do niego. Z pewnością to jeden z najlepszych szenów, jakich spotkałam. Ale mimo to… — potrząsnęła głową. — Mimo to przejrzał tylko część tej intrygi. A ja nawet nie mogłam powiedzieć mu reszty, gdyż ujawniłabym to, co wiem, podsłuchując w ukryciu.

Gailet nie była pewna, czy Sylvie jest uczciwa. Nigdy nie potrafiła dobrze oceniać innych.

Postawię jednak gamety przeciw zygotom, że ani na chwilę nie udało się jej oszukać gubryjskiej inwigilacji.

Gailet prychnęła pogardliwie na samą myśl o tym, że jedna mała szymka mogłaby zakłócić pracę nieziemniackich monitorów w taki sposób, by nie zostało to natychmiast zauważone.

Nie, wszystko poszło zdecydowanie zbyt łatwo. To było zaaranżowane. Przez kogo? W jakim celu? Czy to naprawdę było ważne? Nie mieliśmy, rzecz jasna, żadnego wyboru. Fiben musiał przyjąć propozycję.

Gailet zastanowiła się, czy go jeszcze kiedyś ujrzy. Jeśli był to po prostu kolejny test rozumności zarządzony przez Suzerena Poprawności, Fiben mógł wrócić choćby jutro, mając na swym koncie kolejną „odpowiednią reakcję”… odpowiednią dla szczególnie zaawansowanego neoszympansa, przedstawiciela awangardy swego znajdującego się na poziomie podopiecznych gatunku.

Gailet zadrżała. Aż do obecnej nocy nigdy nie rozważała możliwych implikacji tej sytuacji. Sylvie jednak wyraziła wszystko aż nadto jasno. Jeśli nawet ona i Fiben znowu znajdą się razem, nic już nigdy nie będzie pomiędzy nimi takie samo. O ile jej biała karta stanowiła pomiędzy nimi barierę, to jego karta niemal na pewno stanie się ziejącą przepaścią.

Gailet zaczynała zresztą podejrzewać, że nie był to po prostu kolejny test zaaranżowany przez Suzerena Poprawności, a w takim razie za dzisiejszą eskapadę musiała być odpowiedzialna jakaś inna frakcja Gubru. Być może któryś z pozostałych suzerenów albo…

Ponownie potrząsnęła głową. Za mało wiedziała, by choć próbować to odgadnąć. Brak było wystarczających danych. Albo być może była po prostu zbyt ślepa czy głupia, by dostrzec kryjącą się w tym logikę.