Myśl o Athaclenie sprawiła, że jeszcze mocniej zaczął żałować, iż nie może otwarcie zademonstrować niefrasobliwego podejścia do sytuacji. Fakt ten mógł doprowadzić do tego, że zacznie na ludzki sposób niepokoić się grożącym jej niebezpieczeństwem. Wiedział, że Megan martwi się o swego syna.
Nie docenia Roberta — pomyślał. — Powinna lepiej znać możliwości tego chłopaka.
— Drogie panie i panowie — zaczął, napawając się archaizmami. Jego oczy jedynie odrobinę oddaliły się od siebie pod wpływem rozbawienia. — Możemy oczekiwać przybycia fanatyków w ciągu kilku dni. Przygotowaliście konwencjonalne plany stawienia oporu, na jaki pozwolą wasze szczupłe zasoby. Te plany spełnią swe zadanie.
— Ale? — to Megan Oneagle postawiła to pytanie. Brwi przebiegały jednym łukiem nad jej brązowymi tęczówkami, które były wielkie i rozstawione niemal wystarczająco szeroko, by wyglądać atrakcyjnie w klasycznym tymbrimskim sensie. Nie sposób było nie zrozumieć ich wyrazu.
Ona wie, równie dobrze jak ja, że potrzeba będzie czegoś więcej. Och, jeśli Robert ma choć połowę rozumu swej matki, nie muszę niepokoić się o Athaclenę, wędrującą w mrocznych lasach tego smętnego, jałowego świata. Korona Uthacalthinga zadrżała.
— Ale — powtórzył — przychodzi mi na myśl, że może to być odpowiedni moment, by poszukać rady w Filii Biblioteki.
Uthacalthing odebrał część ich rozczarowania. Zdumiewające stworzenia! Tymbrimski sceptycyzm w stosunku do współczesnej kultury galaktycznej nigdy nie posuwał się tak daleko, jak otwarta pogarda, którą tak wielu ludzi żywiło do Wielkiej Biblioteki!
Dzikusy — westchnął do siebie Uthacalthing. W przestrzeni ponad swą głową uformował glif zwany syulif-tha — oczekiwanie na zagadkę, tak wymyślną, że niemal nic do rozwiązania. Glif obracał się wyczekująco wokół osi, niewidzialny dla ludzi, choć przez chwilę wydawało się, że Megan skupiła uwagę, jak gdyby była samej krawędzi zauważenia czegoś.
Biedne dzikusy. Mimo wszelkich swych wad. Biblioteka jest miejscem, gdzie wszystko się zaczyna i kończy. Zawsze gdzieś pośród ukrytych w niej skarbów wiedzy można znaleźć jakiś klejnot mądrości i oraz sposób rozwiązania problemu. Dopóki się tego nie nauczycie, przyjaciele, drobne niedogodności, jak drapieżne nieprzyjacielskie floty wojenne, wciąż będą wam psuć takie wspaniałe wiosenne poranki jak ten!
7. Athaclena
Robert szedł pierwszy, kilka stóp przed nią. Posługiwał się maczetą by od czasu do czasu odrąbać nią gałąź przegradzającą wąską ścieżkę. Jasne promienie słońca, Gimelhai, przesączały się łagodnie przez korony drzew. Wiosenne powietrze było ciepłe.
Athaclena cieszyła się, że tempo marszu nie było zbyt ostre. Ciężar jej ciała był rozłożony w sposób odmienny od wzorca, do którego była przyzwyczajona. Sprawiało to, że sam marsz stawał się ryzykownym przedsięwzięciem. Zastanawiała się, jak ludzkie kobiety mogą się poruszać, mając przez większą część życia tak szerokie biodra. Być może była to cena, jaką musiały płacić za wydawanie na świat wielkogłowych dzieci, zamiast urodzić je wcześniej a potem rozsądnie wsunąć dziecko do poporodowej torby.
Eksperyment — delikatna zmiana kształtu jej ciała, tak by wydawało się bardziej podobne do ludzkiego — był jednym ze szczególnie fascynujących aspektów jej wizyty w ziemskiej kolonii. Z pewnością nie mogłaby w podobny sposób — nie rzucając się w oczy — poruszać się między tubylcami w świecie gadopodobnych Soran czy, złożonych z wypełnionych sokiem pierścieni, Jophuran. Ponadto podczas tego procesu nauczyła się znacznie więcej na temat kontroli fizjologicznej niż od instruktorów w szkole.
Mimo to niedogodności były poważne i zastanawiała się, czy nie zakończyć eksperymentu.
Och Ifni — glif frustracji zatańczył na koniuszkach jej witek. — Powrót do pierwotnego kształtu mógłby w tym momencie kosztować więcej wysiłku niż było to warte.
Istniały granice tego, czego można było oczekiwać nawet od zdolnej do nieustannych adaptacji tymbrimskiej fizjologii. Próba dokonania zbyt wielu przemian w krótkim czasie groziła wywołaniem enzymatycznego wyczerpania.
Zresztą pochlebiało jej trochę, gdy kennowała konflikty nabierające kształtu w umyśle Roberta.
Czy on naprawdę czuje do mnie pociąg? — zadawała sobie pytanie. Rok temu sam ten pomysł byłby dla niej szokiem. Nawet tymbrimscy chłopcy wywoływali u niej nerwowość, a Robert był przecież obcym!
Teraz jednak, z jakiegoś powodu, czuła więcej ciekawość niż odrazy.
Było coś niemal hipnotycznego w stałym kołysaniu się plecaka na jej grzbiecie, rytmie stąpnięć miękkich butów na wyboistym szlaku, czy rozgrzewaniu się mięśni nóg zbyt długo trzymanych w ryzach przez miejskie ulice. Tutaj, na średniej wysokości, powietrze było ciepłe i wilgotne. Unosiło się w nim tysiąc bogatych zapachów — tlen, rozkładający się humus oraz stęchła woń ludzkiego potu.
Athaclena wlokła się naprzód za swym przewodnikiem wzdłuż grani o stromych stokach. Po chwili usłyszeli niski łoskot dobiegający z daleka przed nimi. Brzmiał on jak huk potężnych silników lub — być może — jakiejś fabryki. Pomruk cichł, a potem narastał na nowo, gdy mijali kolejne serpentyny, za każdym razem odrobinę głośniejszy, w miarę jak zbliżali się do jego tajemniczego źródła. Najwyraźniej Robert szykował dla niej niespodziankę, Athaclena pohamowała więc swoją ciekawość i nie zadawała pytań.
Wreszcie jednak Robert zatrzymał się i zaczekał na nią przy zakręcie szlaku. Zamknął oczy i skoncentrował się. Athaclena odniosła wrażenie, że uchwyciła, przez krótką chwilę, migotliwy ślad prymitywnego glifu uczuciowego. Zamiast jednak prawdziwego kennowania, jej umysł odebrał wrażenie wzrokowe — wysoką, tryskającą fontannę namalowaną w jaskrawych odcieniach błękitu i zieleni.
Naprawdę robi się coraz lepszy — pomyślała. Gdy dotarła do miejsca, w którym stał, zaskoczona widokiem głęboko wciągnęła powietrze.
Krople, biliony maleńkich, płynnych soczewek, iskrzyły się w słupach słonecznych promieni, które ostro przecinały chmurowy las. Niski łoskot, wabiący ich już od godziny, stał się nagle grzmotem, od którego ziemia drżała, a konary drzew kołysały się na różne strony. Rozbrzmiewał on echem w skałach i w kościach ich obojga. Prosto przed nimi wielki wodospad spływał po gładkich jak szkło głazach i rozpryskiwał się w kanionie wytrwale rzeźbionym przez wieki, tworząc pianę i wodny pył.
Było tego zbyt wiele, by wszystko ogarnąć samymi uszami i oczami. Witki Athacleny zafalowały, poszukując, kennując, w jednym z tych momentów, o których czasami opowiadali tymbrimscy twórcy glifów, gdy cały świat zdawał się łączyć w sieci empatii z reguły zarezerwowanej dla żywych istot. W przeciągającej się chwili Athaclena zdała sobie sprawę, że sędziwy Garth, ranny i okaleczony, potrafił jeszcze śpiewać.
Robert uśmiechnął się. Athaclena spotkała oczyma jego spojrzenie i odwzajemniła uśmiech. Ich dłonie spotkały się i połączyły. Przez długą, pozbawioną słów chwilę stali razem i patrzyli na migotliwe, ciągle zmieniające się tęcze przebiegające łukiem nad dudniącym niczym perkusja strumieniem — dziełem natury.
Co dziwne, ta epifania sprawiła, że Athaclena poczuła się smutna i zaczęła jeszcze mocniej żałować, że przybyła do tego świata. Nie pragnęła odnaleźć tu piękna. Sprawiło ono tylko, że los tej małej planety wydał się jej jeszcze bardziej tragiczny.