Wszędzie wokół nich toczyło się przedstawienie i wydawało się, że w żadnej z jej scen nie mają wyboru odnośnie kierunku akcji. Fiben musiał dziś w nocy uciec, bez względu na to, czy propozycja była pułapką. Ona natomiast musiała zostać, by borykać się z komplikacjami przekraczającymi zasięg jej pojmowania. To było jej pisane.
Poczucie, że nią manipulują i że nie ma żadnej kontroli nad własnym przeznaczeniem, było Gailet dobrze znane, nawet jeśli Fiben dopiero zaczynał się do niego przyzwyczajać. Jej towarzyszyło ono przez całe życie.
W skład niektórych z dawnych ziemskich religii wchodziło pojęcie predestynacji — przekonanie, że wszystkie wypadki są z góry przesądzone już od początku procesu stworzenia i że tak zwana wolna wola jest niczym więcej jak tylko złudzeniem.
Wkrótce po Kontakcie, dwa stulecia temu, ludzcy filozofowie zapytali pierwszych Galaktów, których spotkali, co sądzą o tej i o wielu innych ideach. Dość często nieziemscy mędrcy odpowiadali w protekcjonalny sposób. Typowa odpowiedź brzmiała:
— To są pytania, które można sformułować jedynie w nielogicznym języku dzikusów. Paradoksy nie istnieją — zapewniali.
Podobnie jak nie rozwiązane jeszcze tajemnice… a przynajmniej nie takie, które mogliby pojąć podobni Ziemianom.
W gruncie rzeczy predestynacja nie była bynajmniej konceptem trudnym do zrozumienia dla Galaktów. Większość z nich sądziła, że predestynacja klanu dzikusów jest krótka i smutna historia.
Mimo to Gailet przypomniała sobie nagle chwilę, gdy — kiedy jeszcze przebywała na Ziemi — spotkała pewnego neodelfina — starszego, emerytowanego poetę — który opowiadał jej, jak ongiś pływał w strumieniu wielkich wielorybów i słuchał godzinami bez przerwy ich jękliwych pieśni o starożytnych bogach waleni. Czuła się pochlebiona i zafascynowana, gdy postarzały fin skomponował poemat specjalnie dla niej.
Dokąd piłka opada Poprzez jasne powietrze? Uderz ją swym pyskiem!Gailet doszła do wniosku, że haiku musiało być jeszcze bardziej sarkastyczne w troistym, hybrydowym języku, którego z reguły delfiny używały dla potrzeb swej poezji. Choć, rzecz jasna, nie znała troistego, nawet wypowiedziana w anglicu, drobna alegoria przylgnęła do jej pamięci. Myśląc o tym, Gailet zdała sobie stopniowo sprawę, że się uśmiecha.
Uderz ją swym pyskiem, tak jest!
Postać śpiąca obok niej pochrapywała cicho. Gailet zaczęła uderzać językiem w przednie zęby, udając, że wsłuchuje się w rytm bębnów.
Nadal tam siedziała, pogrążona w myślach, kilka godzin później, gdy drzwi otworzyły się z głośnym trzaskiem i z korytarza napłynęło światło. Do środka wmaszerowało kilka czworonożnych ptasich postaci. Kwackoo. Na czele procesji Gailet rozpoznała pastelowo zabarwiony puch przybocznego Suzerena Poprawności. Podniosła się, lecz jej płytki ukłon nie doczekał się odpowiedzi.
Kwackoo wbił w nią wzrok, po czym wskazał ręką w dół na postać leżącą pod kocami.
— Twój towarzysz nie wstał. To niestosowne.
Najwyraźniej, gdy w pobliżu nie było Gubru, przyboczny nie czuł się zobowiązany do zachowania uprzejmości. Gailet spojrzała w sufit.
— Być może jest niedysponowany.
— Czy potrzebna mu opieka medyczna?
— Przypuszczam, że wróci do siebie bez niczyjej pomocy. Poirytowany Kwackoo zaszurał stopami o trzech palcach.
— Będę szczery. Chcemy obejrzeć twojego towarzysza, by się upewnić co do jego tożsamości.
Gailet uniosła brwi, choć wiedziała, iż owo stworzenie nie zrozumie tego gestu.
— A kim, waszym zdaniem, mógłby być? Dziadkiem Bonzo? Czy wy, Kwackoo, nie prowadzicie rejestru swych więźniów? Podniecenie ptaszyska jeszcze wzrosło.
— To więzienie oddano pod pieczę neoszympansich oddziałów posiłkowych. Jeśli doszło do jakichś błędów, to jest to wina ich zwierzęcej niekompetencji. Ich nierozumnego niedbalstwa.
Gailet roześmiała się.
— Gówno prawda.
Kwackoo przerwał swój taniec irytacji, by wysłuchać przenośnego urządzenia tłumaczącego. Gdy gapił się na nią w milczeniu, Gailet potrząsnęła głową.
— Nie zwalisz tego na nas, Kwackoo. Oboje wiemy, że oddanie kierownictwa nad więzieniem szymskim nadzorowanym było czystą lipą. Jeśli doszło do naruszenia zasad bezpieczeństwa, to miało to miejsce w waszych szeregach.
Dziób przybocznego otworzył się pod kątem kilku stopni. Jego język śmignął w geście, który — jak już zdążyła się dowiedzieć Gailet — oznaczał czystą nienawiść. Nieziemiec zagestykulował i dwa sferyczne roboty ruszyły z jękiem naprzód. Łagodnie, lecz zdecydowanie uniosły śpiącego neoszympansa za pomocą pól grawitacyjnych, nie poruszając nawet koców, po czym wycofały się z nim ku drzwiom. Ponieważ Kwackoo nie zadał sobie trudu, by zajrzeć pod koce, najwyraźniej wiedział już, co tam znajdzie.
— Odbędzie się dochodzenie — zapowiedział, po czym odwrócił się, by odejść.
Gailet wiedziała, że już za kilka minut będą czytać „list pożegnalny” Fibena, który zostawiono przytwierdzony do chrapiącego strażnika. Podjęła próbę dopomożenia uciekinierowi poprzez sprowokowanie kolejnej zwłoki.
— Świetnie — stwierdziła. — Tymczasem, mam pewną prośbę… nie, żądanie, które pragnę postawić.
Przyboczny kroczył już w kierunku drzwi na czele swego orszaku trzepoczących skrzydłami Kwackoo. Na słowa Gailet zatrzymał się jednak, wywołując niewielki korek. Rozległo się gniewne gruchanie. Jego towarzysze ocierali się o siebie i śmigali językami w stronę Gailet. Ich dowódca o różowym grzebieniu odwrócił się i spojrzał na nią.
— Nie możesz stawiać żadnych żądań.
— Robię to w imieniu galaktycznej tradycji — nie ustępowała Gailet. — Nie zmuszaj mnie, bym wysłała swą petycję bezpośrednio do jego eminencji Suzerena Poprawności.
Nastąpiła długa przerwa, podczas której Kwackoo najwyraźniej zastanawiał się nad mogącym mu grozić ryzykiem. Wreszcie zapytał:
— Jak brzmi twoje głupie żądanie?
Teraz jednak to Gailet czekała w milczeniu.
Wreszcie, z wyraźnie widoczną niechęcią, przyboczny pokłonił się, pochylając ciało tak minimalnie, że niemal nie sposób było tego dostrzec. Gailet odwzajemniła jego gest, pod takim samym kątem.
— Chcę się udać do Biblioteki — oznajmiła w bezbłędnym siódmym galaktycznym. — A właściwie, zgodnie z moimi prawami galaktycznej obywatelki, domagam się tego.
65. Fiben
Wyjście na zewnątrz w ubraniu uśpionego strażnika okazało się niemal absurdalnie łatwe, gdy tylko Sylvie nauczyła go prostego wyrażenia kodowego, które musiał powtórzyć robotom unoszącym się nad bramą. Jedyny pełniący służbę szym zajęty był przeżuwaniem kanapki. Nakazał im przejść machnięciem ręki, niemal na nich nie spoglądając.
— Dokąd mnie prowadzisz? — zapytał Fiben, gdy tylko zostawili za sobą ciemny, porośnięty bluszczem mur więzienia.
— Do doków — odparła Sylvie, oglądając się przez ramię. Narzuciła ostre tempo. Prowadziła go po wilgotnych, usianych liśćmi chodnikach, poprzez kwartały ciemnych, pustych domostw w ludzkim stylu. Później, idąc dalej, minęli szymską dzielnicę, składającą się głównie z wielkich, bezplanowo zbudowanych, pomalowanych na jaskrawe kolory domów małżeństw grupowych, z przypominającymi drzwi oknami oraz mocnymi kratami, po których mogły wspinać się dzieci. Tu i ówdzie, gdy gnali przed siebie, Fiben dostrzegał przelotnie sylwetki widoczne przez szczelnie zaciągnięte zasłony.