— Dlaczego do doków?
— Dlatego, że tam są łodzie! — odparła lapidarnie Sylvie, miotając spojrzenia we wszystkie strony. Kręciła wmontowanym w pierścionek chronometrem, który miała na lewej dłoni, i wciąż spoglądała przez ramię, jak gdyby obawiała się, że mogą ich śledzić.
Było naturalne, że sprawiała wrażenie podenerwowanej, niemniej jednak cierpliwość Fibena osiągnęła swe granice. Złapał ją za ramię, każąc jej się zatrzymać.
— Posłuchaj, Sylvie. Doceniam wszystko, co uczyniłaś dotąd, ale czy nie uważasz, że już czas, żebyś wtajemniczyła mnie w plan? Westchnęła.
— Tak. Chyba tak.
Jej niespokojny uśmieszek przypominał mu o owej nocy w „Małpim Gronie”. To, co tamtego wieczoru wydawało mu się zwierzęcą żądzą, musiało w rzeczywistości być czymś podobnym do tego — strachem ukrytym pod dobrze nałożoną warstewką udawanej odwagi.
— Nie licząc bram w ogrodzeniu, miasto można opuścić jedynie łodzią. Mój plan polega na tym, żebyśmy zakradli się na pokład jednego z kutrów. Nocni rybacy z reguły wypływają w morze o — spojrzała na zegarek na palcu — och, gdzieś tak za godzinę.
Fiben skinął głową.
— I co dalej?
— Później wyskoczymy za burtę, gdy łódź wypłynie z Zatoki Aspinal. Dopłyniemy do Parku Przylądka Północnego. Stamtąd czeka nas ciężki marsz na północ, wzdłuż wybrzeża, ale powinno nam się udać dotrzeć w górzyste okolice, zanim wstanie świt.
Fiben skinął głową. To wyglądało na dobry plan. Podobał mu się fakt, że po drodze mieli kilka punktów, w których mogli zmienić zamiary, jeśli wystąpiłyby jakieś trudności lub nadarzyły się korzystniejsze okazje. Na przykład mogli spróbować dotrzeć do południowego przylądka zatoki, a nie północnego. Z pewnością nieprzyjaciel nie będzie się spodziewał, że dwoje uciekinierów skieruje się prosto w kierunku jego nowego hiperbocznika! Będzie tam zaparkowana cała masa sprzętu budowlanego. Pomysł, by ukraść jeden z gubryjskich statków, spodobał się Fibenowi. Jeśli udałoby mu się wykręcić podobny numer, mógłby naprawdę zasłużyć na białą kartę!
Odpędził od siebie pośpiesznie tę myśl, gdyż przypominała mu ona o Gailet. Cholera, już za nią tęsknił.
— To wygląda na dobrze przemyślane, Sylvie. Uśmiechnęła się ostrożnie.
— Dziękuję, Fiben. Hmm, czy możemy już iść?
Nakazał jej gestem, by ruszyła pierwsza. Wkrótce posuwali się już krętą drogą między sklepami o zasuniętych żaluzjach i zamkniętymi straganami z żywnością. Nisko wiszące chmury tworzyły złowieszczą aurę. Noc pachniała nadciągającą burzą. Południowo-zachodni wiatr wiał w mocnych, lecz nieregularnych porywach. Gdy szli, obok ich kostek przemykały popychane nim liście oraz kawałki papieru.
Gdy zaczęło mżyć, Sylvie podniosła kaptur swej parki, Fiben jednak tego nie uczynił. W tej chwili mokre włosy nie przeszkadzały mu nawet w połowie tak, jak utrudniająca patrzenie i słuchanie osłona.
Ponad morzem ujrzał na niebie błysk, któremu towarzyszył odległy, ponury pomruk.
Do diabła — przemknęło mu przez głowę. — O czym ja myślę!
Ponownie złapał swą towarzyszkę za ramię.
— Przy takiej pogodzie nikt nie wyruszy na morze, Sylvie.
— Kapitan tej łodzi, Fiben — potrząsnęła głową. — Właściwie nie powinnam ci o tym mówić, ale on… on jest przemytnikiem. Był nim jeszcze przed wojną. Jego statek jest dostosowany do złej pogody i może częściowo zanurzyć się pod wodę.
Fiben zamrugał powiekami.
— Co on w dzisiejszych czasach szmugluje? Sylvie rozejrzała się w lewo i w prawo.
— Niekiedy też szymy. Z wyspy Ciimar i na nią.
— Ciimar! Czy zabrałby nas tam? Sylvie zmarszczyła brwi.
— Obiecałam Gailet, że zaprowadzę cię w góry, Fiben, a zresztą nie jestem pewna, czy mam do tego kapitana aż tyle zaufania.
W umyśle Fibena jednak rozpętała się burza. Połowa ludzi na planecie była internowana na wyspie Ciimar! Dlaczego miałby się zadowolić Robertem i Athacleną, którzy, ostatecznie, byli jeszcze prawie dziećmi, skoro mógł być w stanie przedstawić pytania Gailet ekspertom uniwersyteckim!
— Będziemy improwizować — oświadczył niezobowiązująco. Podjął już jednak decyzję, że sam oszacuje tego przemytniczego kapitana. Być może pod osłoną burzy realizacja tego pomysłu okaże się możliwa! Fiben zastanawiał się nad tym, gdy wznowili wędrówkę.
Wkrótce znaleźli się w pobliżu doków, w gruncie rzeczy niedaleko od miejsca, gdzie Fiben spędził część popołudnia na obserwacji mew. Deszcz padał teraz nagłymi, nieprzewidywalnymi strugami, Za każdym razem, gdy ustawał, powietrze było zdumiewająco czyste, co wzmacniało każdy zapach — od woni rozkładających się ryb aż po odór piwa bijący z rybackiej tawerny po drugiej stronie ulicy, gdzie wciąż paliły się nieliczne światła, a cicha, smutna muzyka przesączała się przez noc.
Nozdrza Fibena rozwarły się. Zaczął węszyć, starając się wyczuć coś, co zdawało pojawiać się i znikać wraz ze zmiennym deszczem. Ponadto zmysły Fibena dostarczały pożywienia jego wyobraźni, podsuwając mu możliwości, które musiał rozważyć.
Jego towarzyszka poprowadziła go wokół narożnika ostatniego domu. Fiben ujrzał trzy mola. Przy każdym z nich stało przycumowane kilka ciemnych, wielkich kształtów. Jeden z nich niewątpliwie był łodzią przemytników. Fiben po raz kolejny zatrzymał Sylvie, łapiąc ją za ramię.
— Lepiej się pośpieszmy — nalegała.
— Nie ma sensu przychodzić za wcześnie — odparł. — Ta łódź będzie ciasna i śmierdząca. Chodź tu do mnie. Jest coś, czego przez pewien czas możemy nie mieć okazji zrobić.
Spojrzała na niego z zakłopotaną miną, gdy pociągnął ją z powrotem za róg, w cienie. Kiedy objął ją ramionami, zesztywniała, po czym rozluźniła się i skierowała twarz ku górze.
Fiben pocałował ją. Sylvie odwzajemniła pocałunek.
Gdy zaczął wędrować wargami od jej lewego ucha wzdłuż linii żuchwy, a potem w dół szyi, Sylvie westchnęła.
— Och, Fiben. Gdybyśmy tylko mieli czas. Gdybyś tylko wiedział jak bardzo…
— Psst — powiedział, wypuszczając ją z objęć. Z pełnym przesady jestem zdjął parkę i położył ją na ziemi.
— Co… — zaczęła, on jednak pociągnął ją w dół, kazał usiąść na kurtce i spoczął obok niej.
Jej napięcie zelżało nieco, gdy zaczął przeczesywać palcami jej włosy, iskając ją.
— Uch — powiedziała Sylvie. — Przez chwilę myślałam…
— To nie w moim stylu. Powinnaś już znać mnie lepiej, kochanie. Ja jestem z tych, którzy lubią posuwać się powoli. Żadne tam na łapu-capu. Możemy chwilę zaczekać.
Odwróciła głowę, by uśmiechnąć się do niego.
— Cieszę się. Zresztą nie zrobię się różowa jeszcze przez tydzień. No, ale nie musimy wcale czekać aż tak długo. Rzecz w tym…
Jej słowa urwały się nagle, gdy lewe ramię Fibena zacisnęło się mocno wokół jej gardła. Sięgnął błyskawicznie do parki Sylvie i otworzył z trzaskiem jej scyzoryk. Szymka wybałuszyła oczy, gdy przytknął ostry nóż do jej tętnicy szyjnej.
— Jedno słowo — szepnął prosto w jej lewe ucho. — Jeden dźwięk, a będziesz dziś w nocy pokarmem dla mew. Rozumiesz?
Skinęła gwałtownie głową. Czuł jak jej puls wali, wywołując wibrację przemieszczającą się po ostrzu noża. Jego własne serce biło niewiele wolniej.
— Wypowiadaj słowa bezgłośnie — rozkazał jej ochrypłym tonem. — Odczytam je z warg. Teraz powiedz mi, gdzie są zamontowane nadajniki?
Sylvie mrugnęła. Powiedziała na głos:
— Co… — to było wszystko. Umilkła, gdy Fiben natychmiast zwiększył nacisk.