Выбрать главу

Gołębie odsuwały się od niego. Podczas gdy Sylvie stała na straży, Fiben osaczył tłustego ptaka, który wyglądał na silnego, i złapał go. Za pomocą kawałka sznurka przywiązał zegarek w pierścionku do jego łapki.

— Fajna noc na długi lot, nie sądzisz? — szepnął i wyrzucił gołębia w powietrze. Powtórzył ten sam proces z własnym zegarkiem, na wszelki wypadek.

Zostawił drzwi otwarte. Jeśli ptaki wrócą wcześnie, Gubru mogą dotrzeć tutaj podążając za sygnałem nadajnika, a typowe dla nich hałaśliwe zachowanie spowoduje, że całe stadko ponownie odfrunie, zmuszając ich do jeszcze jednej daremnej pogoni.

Fiben gratulował sobie inteligencji, gdy on i Sylvie pędzili na wschód, oddalając się od portu. Wkrótce dotarli do zrujnowanej dzielnicy przemysłowej. Wiedział, gdzie się znajdują. Był tu już przedtem, z łagodnym koniem, Tycho, podczas swego pierwszego wypadu do miasta po inwazji. W jakiejś chwili, zanim dotarli do ogrodzenia, nakazał gestem, by się zatrzymała. Musiał odzyskać oddech, choć Sylvie niemal nie wyglądała na zdyszaną. No jasne, przecież jest tancerką — pomyślał.

— Dobra, teraz się rozbieramy — powiedział.

Trzeba przyznać, że Sylvie nawet nie mrugnęła. Logika tego rozkazu była oczywista. Jej zegarek mógł nie być jedynym nadajnikiem, jaki im podrzucono. Pośpiesznie zrzuciła z siebie ubranie. Uporała się z tym szybciej od niego. Gdy już wszystko leżało zrzucone na stos, Fiben obdarzył ją krótkim, pełnym uznania gwizdem. Sylvie zaczerwieniła się.

— Co teraz? — zapytała.

— Teraz idziemy w stronę ogrodzenia — odparł.

— Ogrodzenia? Ale, Fiben…

— Chodź. Już od jakiegoś czasu chciałem mu się przyjrzeć z bliska.

Musieli przejść zaledwie kilkaset jardów, zanim dotarli do szerokiego, oczyszczonego przez nieziemców pasa ziemi, który otaczał cały Port Helenia. Sylvie zadrżała, gdy zbliżali się do wysokiej bariery, która połyskiwała wilgocią w świetle jasnych kul strażniczych rozmieszczonych w znacznych odstępach od siebie wzdłuż jej długości.

— Fiben — odezwała się Sylvie, gdy wkroczył na pas. — Nie możemy wejść na ten obszar.

— Dlaczego nie? — zapytał. Niemniej zatrzymał się i obejrzał na nią. — Czy znasz kogoś, kto to zrobił?

Potrząsnęła głową.

— Dlaczego ktoś miałby próbować? To oczywiste szaleństwo! Te kule strażnicze…

— Aha — odrzekł Fiben zamyślonym tonem. — Zastanawiam się tylko, ile by ich było trzeba, żeby zabezpieczyć ogrodzenie otaczające całe miasto? Dziesięć tysięcy? Dwadzieścia? Trzydzieści? Przypomniał sobie roboty strażnicze, które pilnowały znacznie krótszego i ważniejszego ogrodzenia otaczającego tymbrimską ambasadę, tego dnia gdy eksplodował budynek biura, a Fiben otrzymał lekcję nieziemskiego humoru. Te urządzenia nie okazały się szczególnie imponujące w porównaniu z „Kazikiem” albo typowym robotem bojowym, którego używali w akcji gubryjscy Żołnierze Szponu.

Ciekawe, jak jest z tymi — pomyślał i postąpił następny krok naprzód.

— Fiben! — Sylvie wydawała się bliska paniki. — Spróbujmy wydostać się przez bramę. Możemy powiedzieć strażnikom… możemy im powiedzieć, że nas obrabowano. Że jesteśmy wsiokami z farm, którzy wybrali się do miasta, i ktoś ukradł nasze ubrania oraz dowody tożsamości. Jeśli zagramy wystarczająco wielkich głąbów, może jak raz nas wypuszczą!

Już to widzę — pomyślał Fiben i zbliżył się do bariery o kolejny krok. Teraz dzieliło go od niej nie więcej niż pół tuzina metrów. Ujrzał, że składa się ona z rzędu wąskich listew połączonych ze sobą drutem na szczycie i u podstawy. Wybrał punkt pomiędzy dwiema jarzącymi się kulami, tak daleko od obu z nich, jak tylko można. Mimo to, gdy się zbliżał, odnosił intensywne wrażenie, że kule go obserwują.

To przekonanie napełniło Fibena rezygnacją. W tej chwili, rzecz jasna, gubryjscy żołnierze byli już w drodze. Mogli przybyć w każdej minucie. Najlepszym pociągnięciem byłoby odwrócić się. Uciec, Natychmiast!

Spojrzał na Sylvie. Stała tam, gdzie ją zostawił. Łatwo było zauważyć, że wolałaby się znaleźć w niemal jakimkolwiek innym miejscu na świecie. Fiben nie miał w najmniejszym stopniu pewności dlaczego jeszcze tu była.

Złapał się prawą dłonią za lewy nadgarstek. Tętno miał szybkie i nitkowate. W ustach wyschło mu na wiór. Z drżeniem zdobył się na wysiłek woli i postąpił kolejny krok w stronę ogrodzenia.

Wydawało się, że ze wszystkich stron otoczyło go niemal dotykalne przerażenie — takie samo, jakie poczuł, gdy usłyszał śmiertelny krzyk nieszczęsnego Simona Levina podczas tej bezsensownej daremnej bitwy w kosmosie. Odczuwał mroczne przeczucie nadciągającej zagłady. Zaciskała się wokół niego świadomość, że jest śmiertelny, a życie nie ma sensu.

Odwrócił się powoli, by spojrzeć na Sylvie.

Uśmiechnął się.

— Nędzne, zasrane ptaszyska! — mruknął. — To wcale nie są kule strażnicze! To głupie promienniki psi!

Sylvie zamrugała powiekami. Jej usta otworzyły się. Zamknęły.

— Jesteś tego pewien? — zapytała z niedowierzaniem.

— Chodź tu i zobacz — nalegał. — W tamtym miejscu staniesz się nagle pewna, że cię obserwują, a potem wyda ci się, że każdy Żołnierz Szponu we wszechświecie ruszył w pościg za tobą!

Sylvie przełknęła ślinę. Zacisnęła pięści i wyszła na pusty pas. Fiben przyglądał się, jak posuwała się naprzód, krok za krokiem. Musiał poczuć dla niej uznanie. Mniej warta szymka rzuciłaby się z wrzaskiem do ucieczki na długo, zanim dotarłaby do miejsca, gdzie stał.

Perełki potu wystąpiły jej na czoło, łącząc się z kroplami padającego sporadycznie deszczu.

Część jego osoby, oddalona od burzy adrenaliny, podziwiała jej nagą postać. Pomogło mu to w odwróceniu uwagi.

A więc naprawdę karmiła — pomyślał. Szymki często podrabiały słabo widoczne rozstępy po ciąży i ślady laktacji, by wydać się atrakcyjniejszymi, w tym przypadku jednak nie ulegało wątpliwości, że Sylvie naprawdę urodziła dziecko.

Ciekawe, jak brzmi jej historia.

Gdy stanęła obok niego, z mocno zaciśniętymi oczyma, szepnęła:

— Co… co się teraz ze mną dzieje?

Fiben wsłuchał się we własne uczucia. Pomyślał o Gailet i jej długiej żałobie po wielkim szymie, Maxie, jej przyjacielu i obrońcy, a następnie o szymach, które widział rozrywane na strzępy przez niezwyciężoną broń nieprzyjaciela.

Wspomniał Simona.

— Czujesz się tak, jakby najlepszy przyjaciel, jakiego miałaś na świecie, właśnie przed chwilą umarł — odparł łagodnym tonem i ujął ją za rękę. Uścisk, którym mu się odwzajemniła, był mocny, lecz na jej twarzy pojawił się wyraz ulgi.

— Emitery psi. To… to wszystko? — otworzyła oczy. — Te… te nędzne, zasrane ptaszyska!

Fiben parsknął śmiechem. Sylvie uśmiechnęła się powoli. Wolną ręką zakryła sobie usta.

Śmiali się, stojąc w deszczu w samym środku koryta rzeki smutku. Śmiali się, a gdy ich łzy zwolniły wreszcie bieg, razem przeszli resztę drogi dzielącej ich od płotu, wciąż trzymając się za ręce.

— A teraz, kiedy powiem „pchnij”, to pchnij!

— Jestem gotowa, Fiben — Sylvie przykucnęła poniżej niego, zaparła się stopami, przycisnęła bark do jednej z wysokich listew, a ręce zacisnęła na sąsiadującym z nią fragmencie ogrodzenia.

Stojący ponad nią Fiben przybrał podobną pozycję i wcisnął nogi w błoto. Zaczerpnął kilka głębokich oddechów.

— Dobra, pchnij!

Naprężyli się oboje. Listwy były już odsunięte od siebie o kilka centymetrów. Gdy on i Sylvie wytężyli mięśnie, wyczuwał, że ten odstęp zaczyna się poszerzać.