Выбрать главу

Ewolucja nigdy się nie marnuje — pomyślał Fiben, pchając ze wszystkich sił.

Milion lat temu ludzie przechodzili przez wszystkie męki samowspomagania, wytwarzając drogą ewolucji to, co — jak twierdzili Galaktowie — można było otrzymać tylko w darze — rozumność. Zdolność myślenia i pożądania gwiazd.

Tymczasem jednak przodkowie Fibena nie próżnowali.

Stawaliśmy się silni!

Skoncentrował się na tej myśli. Pot zalewał mu czoło. Listwy z plastiosłony uginały się. Chrząknął, czując rozpaczliwe wysiłki Sylvie, której plecy ocierały się z drżeniem o jego nogę.

— Ach! — Stopy Sylvie straciły oparcie w błocie i rozsunęły się na zewnątrz. Szymka upadła ciężko do tyłu. Odrzut zakręcił Fibenem. Sprężyste listwy odskoczyły z powrotem, ciskając go na nią.

Przez minutę czy dwie leżeli bez ruchu, chwytając powietrze w drżących oddechach. Wreszcie jednak Sylvie się odezwała.

— Proszę cię, kochanie… nie dzisiaj. Boli mnie głowa.

Fiben roześmiał się. Stoczył się z niej i przewrócił na plecy, kaszląc. Potrzebny im był humor. Stanowił ich najlepszą obronę przeciwko nieustannemu naporowi psionicznych kul. Rodząca się panika wciąż skradała się na krawędzi ich umysłów. Śmiech utrzymywał ją na dystans.

Pomogli sobie wstać i przyjrzeli się temu, co udało im się osiągnąć. Przerwa stała się zdecydowanie szersza. Mogła mieć teraz z dziesięć centymetrów. Nadal jednak była zdecydowanie za wąska. Fiben wiedział też, że zaczyna brakować im czasu. Będzie im potrzeba co najmniej trzech godzin, by mogli mieć jakąkolwiek nadzieję na dotarcie do podgórza przed świtem.

Przynajmniej jednak, jeśli uda się im przedostać, będą mieli po swojej stronie burzę. Następna struga deszczu omyła ich oboje, gdy ponownie oparli się o płot i zabrali do roboty. W ciągu ostatniej pół godziny błyskawice przybliżyły się do nich. Pioruny uderzały, wstrząsając drzewami i grzechocząc okiennicami.

Ma to też złe strony — pomyślał Fiben, gdyż choć deszcz niewątpliwie przeszkadzał gubryjskim antenom przeszukującym, utrudniał też porządny uchwyt na śliskim materiale ogrodzenia. Błoto było prawdziwym przekleństwem.

— Jesteś gotowa? — zapytał.

— Jasne, ale musisz przestać mi podtykać pod oczy tę rzecz — odparła Sylvie, spoglądając na niego. — No wiesz, ona odwraca uwagę.

— Sama prosiłaś Gailet, żeby się nią z tobą podzieliła, kochanie. A poza tym widziałaś ją już wcześniej, na deszczowym wzgórku.

— Tak — uśmiechnęła się. — Ale wtedy nie wyglądała całkiem tak samo.

— Och, zamknij się i pchaj — warknął Fiben. Znowu zaczęli napierać na płot, wkładając w to wszystkie siły.

Ustąp! Ustąp!

Usłyszał, jak Sylvie wciągnęła powietrze z wysiłku. Jego własnym mięśniom groziły już skurcze. Materiał ogrodzenia zaskrzypiał, przesunął się odrobinkę i znowu zaskrzypiał.

Tym razem to Fiben się pośliznął, pozwalając by sprężyste tworzywo odskoczyło z powrotem na miejsce. Po raz drugi zwalili się razem w błoto, zdyszani.

Deszcz padał już teraz bez przerwy. Fiben wytarł strumień wody zalewający mu oczy i ponownie spojrzał na lukę.

Może ze dwanaście centymetrów. Ifni! To w żadnym razie nie wystarczy.

Wyczuwał zniewalającą siłę psionicznych kul emitujących swe przygnębienie prosto do wnętrza jego czaszki. Wiedział, że ich przekaz odziera go z sił, popychając jego i Sylvie w stronę rezygnacji. Poczuł się straszliwie ciężki, gdy podźwignął się powoli na nogi i oparł o uparty płot.

Do diabła, próbowaliśmy. Zdobędziemy uznanie przynajmniej za to. Niemal nam się udało. Gdyby tylko…

— Nie! — krzyknął nagle. — Nie! Nie pozwolę wam!

Rzucił się na lukę, starając się przecisnąć przez nią ciało. Wił się i skręcał w opornym otworze.

Gdzieś w mrocznym królestwie tuż na zewnątrz uderzyła błyskawica, oświetlając otwarty teren — pola i lasy, a za nimi przyzywające ich podnóża Mulunu.

Ogrodzenie kołysało się pod wpływem huku piorunów. Listwy ścisnęły Fibena pomiędzy sobą, aż zawył z bólu. Gdy uwolnił się z uścisku, upadł na wpół odrętwiały z bólu na ziemię obok Sylvie. Natychmiast jednak zerwał się z powrotem na nogi. Kolejna elektryczna drabina rozświetliła groźnie wyglądające chmury. Fiben odpowiedział niebu krzykiem. Zaczął walić w ziemię. Błoto i kamyki pofrunęły w górę, gdy wyrzucił ich garść w powietrze. Następny piorun odrzucił je z powrotem i cisnął mu w twarz.

Nie istniało już nic takiego, jak mowa. Nie było słów. Ta jego część, która znała podobne rzeczy, zachwiała się pod wpływem szoku. W reakcji na to kontrolę przejęły inne — starsze i mocniejsze — pokłady.

Została teraz tylko burza. Wiatr i deszcz. Błyskawice i pioruny. Uderzał się w pierś, wykrzywiając wargi, by wystawić zęby na kąśliwy deszcz. Burza śpiewała do Fibena, niosąc się echem w glebie i pulsującym powietrzu. Zawył w odpowiedzi.

To nie była wydelikacona ludzka muzyka. Nie było to też poetyczne, jak fantomy snu wieloryba delfinów. Nie, to była muzyka, którą czuł mocno aż w swych kościach. Kołysała nim. Wstrząsała. Uniosła Fibena niczym szmacianą lalkę i cisnęła znowu w błoto. Zerwał się z powrotem na nogi, spluwając i pohukując.

Wyczuwał spoczywające na nim spojrzenie Sylvie. Uderzała w ziemię, podekscytowana, obserwując go szeroko rozwartymi oczyma. Sprawiło to tylko, że zaczął walić się w pierś mocniej i wrzeszczeć głośniej. Wiedział, że nie opada z sił! Podrzucił w górę kamyki i wykrzyczał wyzwanie pod adresem burzy, wzywając błyskawicę, by nadeszła i uderzyła w niego!

Spełniła jego życzenie. Blask wypełnił przestrzeń, napełniając ją ładunkiem elektrycznym. Włosy zjeżyły mu się, sypiąc iskrami. Bezdźwięczny ryk odrzucił go do tyłu niczym dłoń olbrzyma, która opuściła się, by cisnąć nim prosto o ogrodzenie.

Fiben wrzasnął, gdy uderzył o listwy. Zanim stracił przytomność, poczuł wyraźnie woń płonącego futra.

66. Gailet

W ciemności, słysząc dźwięk deszczu uderzającego o dachówki, otworzyła nagle oczy. Podniosła się w samotności, owinięta kocem, i podeszła do okna.

Na zewnątrz nad całym Port Helenia rozszalała się burza oznajmiająca nadejście prawdziwej jesieni. Ciemne chmury huczały gniewnie i groźnie.

Na wschodzie nie było nic widać, lecz mimo to Gailet oparła policzek o chłodne szkło i spojrzała w tamtą stronę.

Choć w pomieszczeniu panowało przyjemne ciepło, szymka zamknęła oczy i zadrżała, przeszyta nagłym dreszczem.

67. Fiben

Oczy… oczy… oczy były wszędzie. Wirowały i tańczyły. Lśniły w ciemności, urągając mu.

Pojawił się słoń. Przedzierał się przez dżunglę z trzaskiem i trąbieniem. Jego czerwone tęczówki płonęły. Fiben próbował uciekać, lecz zwierzę złapało go, dźwignęło w górę trąbą i uniosło ze sobą, podrzucając nim, trzęsąc i gruchocząc mu żebra.

Chciał powiedzieć bestii, by go wreszcie pożarła lub stratowała… żeby tylko to się wreszcie skończyło! Po chwili jednak przyzwyczaił się. Ból przeszedł w pulsujące pobolewanie, a podróż nabrała stałego rytmu…

Pierwszą rzeczą, z której zdał sobie sprawę po przebudzeniu, był fakt, że na jego twarz z jakiegoś powodu nie padał deszcz.

Leżał na plecach, na czymś, co chyba było trawą. Wszędzie wokół niego rozbrzmiewały bynajmniej nie cichsze niż przedtem odgłosy burzy. Czuł mokre strugi spływające po jego nogach i tułowiu. Mimo to żadna z kropli deszczu nie wpadała mu w nos czy usta.