Выбрать главу

Fiben otworzył oczy, by przekonać się, dlaczego tak jest… a przy okazji również, dlaczego jeszcze żyje.

Jakaś postać przesłaniała niewyraźną poświatę chmur. Błyskawica, która uderzyła w pobliżu, oświetliła na chwilę nachyloną nad nim twarz. Sylvie spoglądała na niego z zatroskaniem, trzymając jego głowę na swych kolanach.

Fiben spróbował przemówić.

— Gdzie… — wydobył jednak z siebie tylko charczenie. Wydawało się, że utracił większą część swego głosu. Przypomniał sobie niejasno epizod, podczas którego krzyczał i wył ku niebu… Na pewno dlatego tak go bolało gardło.

— Jesteśmy na zewnątrz — powiedziała, na tyle głośno, by jej głos był słyszalny poprzez deszcz. Fiben mrugnął.

Na zewnątrz?

Krzywiąc się, podniósł głowę na tyle, by się rozejrzeć.

Przez zasłonę ulewy trudno było cokolwiek zobaczyć, zdołał jednak rozróżnić niewyraźne kształty drzew oraz niskich, falistych wzgórz. Odwrócił się w lewo. Zarysów Port Helenia nie sposób było pomylić z niczym innym — zwłaszcza krętego szlaku maleńkich światełek podążających wzdłuż gubryjskiego ogrodzenia.

— Ale… ale jak się tu dostaliśmy?

— Przyniosłam cię — odparła rzeczowo. — Nie byłeś raczej w stanie iść po tym, jak rozwaliłeś ten płot.

— Rozwaliłem…

Skinęła głową. Wydawało się, że w jej oczach widać jasny błysk.

— Sądziłam, że już widziałam deszczowe tańce, Fibenie Bolgerze. Ten jednak pobił wszystkie, jakie dotąd odnotowano. Przysięgam. Jeśli nawet dożyję dziewięćdziesiątki i będę miała setkę szanujących mnie wnuków, nie wyobrażam sobie, bym kiedykolwiek potrafiła opowiedzieć to tak, by mi uwierzono.

Cała scena zaczęła niewyraźnie wracać do niego. Przypomniał sobie gniew, oburzenie wywołane faktem, że znalazł się tak blisko, a jednocześnie tak daleko od wolności. Zawstydził się na wspomnienie, że uległ w podobny sposób frustracji, ukrytemu w nim zwierzęciu.

Ładny ze mnie białokartowiec — żachnął się Fiben myśląc, jak głupi musiał być Suzeren Poprawności, by wybrać do podobnej roli takiego szyma, jak on.

— Musiałem na chwilę stracić panowanie nad sobą. Sylvie dotknęła jego lewego barku. Skrzywił się i spojrzał w tamtą stronę. Zobaczył paskudne oparzenie. Co dziwniejsze, zdawało się, że nie boli go ono tak bardzo, jak cały zestaw pomniejszych potłuczeń i siniaków.

— Urągałeś burzy, Fiben — powiedziała wyciszonym głosem. — Rzucałeś jej wyzwanie, by uderzyła w ciebie. A gdy to zrobiła… kazałeś jej spełnić swoją rolę.

Fiben zamknął oczy.

Och, Goodall. Cóż za głupi, przesądny nonsens.

Niemniej jednak pewna głęboko ukryta część jego jaźni poczuła ciepłą satysfakcję. Było to tak, jakby ten jego fragment naprawdę wierzył, że miała tu miejsce więź przyczyny i skutku, że naprawdę dokonał tego, co opisywała Sylvie!

Zadrżał.

— Pomóż mi usiąść, dobra?

Nastąpiła jedna czy dwie chwile dezorientacji, podczas których horyzont nachylił się i Fibenowi zawirowało przed oczyma. Wreszcie jednak, gdy Sylvie posadziła go tak, że świat wokół niego przestał się chwiać, nakazał jej gestem, by pomogła mu wstać.

— Powinieneś odpocząć, Fiben.

— Kiedy dotrzemy do Mulunu — odparł. — Świt już nie może być daleko. Burza nie będzie trwała wiecznie. Chodź. Wesprę się na tobie.

Zarzuciła jego zdrową rękę na swe ramię, by go dźwignąć. W jakiś sposób udało im się postawić go na nogi.

— Wiesz co — powiedział. — Jest z ciebie silna, mała szymka. Hmm. Przydźwigałaś mnie aż w to miejsce, prawda?

Skinęła głową, spoglądając na niego z tym samym błyskiem w oczach. Fiben uśmiechnął się.

— Świetnie — powiedział. — Cholernie fajnie i świetnie. Wspólnie ruszyli, utykając, w drogę w kierunku groźnie wyglądających, ciemnych pagórków na wschodzie.

CZĘŚĆ PIĄTA MŚCICIELE

W starożytnych dniach, gdy królował jeszcze Posejdon, a statki ludzi były kruche niczym huba, zły los spotkał pewien tracki frachtowiec, który zatonął i rozpadł się na kawałki we wczesnozimowym sztormie. Wszystkich pochłonęły straszliwe fale, jedynie z wyjątkiem małpy, która była maskotką statku.

Zgodnie ze zrządzeniem losu, w chwili gdy małpa wydawała już swój ostatni dech, pojawił się delfin. Wiedząc o wielkiej miłości panującej pomiędzy ludźmi a tymi stworzeniami, małpa krzyknęła:

— Uratuj mnie! Przez wzgląd na me nieszczęsne dzieci w Atenach! Szybki jak błyskawica delfin nadstawił swój szeroki grzbiet.

— Bardzo dziwny z ciebie człowiek. Mały i brzydki — stwierdził, gdy małpa złapała się go rozpaczliwie.

— Jak na człowieka mogę być całkiem przystojna — odparła małpa, która kasłała i trzymała się mocno delfina, zmierzającego w stronę lądu.

— Mówisz, że jesteś człowiekiem z Aten? — zapytało ostrożnie morskie stworzenie.

— Doprawdy, któż by się za niego podawał, gdyby nim nie był? — oznajmiła małpa.

— A jak tam Pireus? — dopytywał się dalej podejrzliwy delfin. Małpa zastanowiła się pośpiesznie.

— Świetnie! — krzyknęła — Pireus to mój bliski przyjaciel. Rozmawiałam z nim nie dalej niż w zeszłym tygodniu!

Usłyszawszy to, delfin bryknął gniewnie i zrzucił małpę do morza, by się utopiła. Morał tej historii, jak można przypuszczać, brzmi tak, że należy dokładnie poznać fakty, gdy udaje się kogoś, kim się nie jest.

M.N. PLANO

68. Galaktowie

Przedstawiona na holograficznym obrazie scena migotała. Nie było to zaskakujące, gdyż przekaz pochodził z odległości wielu parseków i uległ załamaniu w zwiniętej przestrzeni punktu transferowego Pourmin. Słaby obraz drgał i od czasu do czasu tracił ostrość.

Niemniej Suzeren Poprawności odbierał wiadomość aż nazbyt jasno.

Wyobrażenie różnorodnego zestawu istot stało tuż przy jego piedestale. Rozpoznawał z wyglądu większość gatunków. Był tam na przykład niski, pokryty futrem Pilanin o krótkich i grubych ramionach, a także wysoki, patykowaty Z’Tang stojący obok pająkokształtnej Serentinki. Bi-Gle spoglądał na niego leniwie spode łba, zwinięty obok istoty, której suzeren nie rozpoznał natychmiast. Mogła ona być podopiecznym lub dekoracyjnym zwierzęciem domowym.

Ponadto, ku przerażeniu suzerena, w skład delegacji wchodzili Synthianin i człowiek.

Człowiek!

Nie istniała możliwość, by wnieść skargę. Było stosowne, by wśród oficjalnych obserwatorów znalazł się Terranin — jeśli wykwalifikowany człowiek był pod ręką — ponieważ ten świat został oficjalnie przyznany dzikusom. Suzeren jednak sądził dotąd, że w Instytucie Wspomagania w tym sektorze nie było nikogo takiego!

Być może miał do czynienia z kolejnym znakiem świadczącym, że sytuacja polityczna w Pięciu Galaktykach pogorszyła się. Od Władców Grzędy ojczystego świata nadeszły wieści mówiące o poważnych niepowodzeniach, do których doszło pomiędzy spiralnymi ramionami. Bitwy zakończyły się niepomyślnie. Sojusznicy okazali się niegodni zaufania. Floty Tandu i Soran zdominowały przynoszące ongiś zyski szlaki handlowe i zmonopolizowały teraz oblężenie Ziemi.

Były to trudne czasy dla wielkiego i potężnego klanu Gooksyu-Gubru. Wszystko teraz zależało od pewnych ważnych, neutralnych linii opiekunów. Gdyby wydarzyło się coś, co przyciągnęłoby jedną lub dwie z nich do sojuszu, sprawiedliwi mogli jeszcze odnieść triumf.