Przyboczny pokłonił się, a pozostali Kwackoo zanucili:
— Zuuum!
69. Rząd na wygnaniu
Obraz w holozbiorniku zniknął, gdy międzygwiezdny przekaz dobiegł końca. Światła zapaliły się i członkowie Rady popatrzyli na siebie zakłopotani.
— Co… co to oznacza? — zapytał pułkownik Maiven.
— Nie jestem pewien — odparł komandor Kylie. — Jest jednak jasne, że Gubru coś knują.
Administrator kryjówki Mu Chen zabębniła palcami po stole.
— To najwyraźniej byli urzędnicy Instytutu Wspomagania. Wygląda na to, że najeźdźcy planują jakiś rodzaj wspomaganiowej ceremonii i zaprosili świadków.
Tyle przynajmniej jest oczywiste — pomyślała Megan.
— Czy sądzicie, że ma to coś wspólnego z tą tajemniczą konstrukcją na południe od Port Helenia? — zapytała. Obiekt ten był ostatnio przedmiotem wielu dyskusji.
Pułkownik Maiven skinął głową.
— Przedtem nie byłem skłonny przyznać, że to możliwe, teraz jednak muszę powiedzieć „tak”. Odezwał się szymski członek Rady.
— Dlaczego mieliby urządzać ceremonię wspomaganiową dla Kwackoo tutaj, na Garthu? To nie ma sensu. Czy wzmocniłoby to uzasadnienie ich pretensji do naszej dzierżawy?
— Wątpię w to — odparła Megan. — Może… może ta ceremonia wcale nie jest dla Kwackoo.
— W takim razie dla kogo? Megan wzruszyła ramionami.
— Wygląda na to, że przedstawiciele Instytutu Wspomagania również nic nie wiedzą — zauważył Kylie. Zapadła długa cisza. Ponownie przerwał ją Kylie.
— Jak sądzicie, jakie znaczenie ma fakt, że rzecznikiem był człowiek? Megan uśmiechnęła się.
— Najwyraźniej miało to być prztyczkiem dla Gubru. Mógł on być jedynie uczniem szkolącym się na młodszego urzędnika w lokalnej filii Instytutu Wspomagania, lecz fakt, że wysunięto go przed Pilanina, Z’Tanga i Serentinkę oznacza, że z Ziemią jeszcze nie koniec i że pewne siły pragną przypomnieć o tym Gubru.
— Hm. Pilanin. To twardzi goście. Członkowie sorańskiego klanu. Fakt, że człowiek jest rzecznikiem, może być obelgą dla Gubru, nie stanowi jednak gwarancji, że z Ziemią wszystko w porządku.
Megan zrozumiała, co miał na myśli Kylie. Jeśli Soranie zdobyli teraz dominację nad ziemskim obszarem przestrzeni, nadciągały ciężkie czasy.
Ponownie zapadła przeciągająca się cisza. Wreszcie odezwał się pułkownik Maiven.
— Wspominali o boczniku hiperprzestrzennym. To kosztowne urządzenie. Gubru muszą przywiązywać do tej ceremonii wielką wagę.
To fakt — pomyślała Megan, zdając sobie sprawę, że Radzie przedstawiono wniosek. Tym razem — zrozumiała — trudno będzie usprawiedliwić trzymanie się zdania Uthacalthinga.
— Czy proponuje pan cel, pułkowniku?
— Z pewnością tak, pani koordynator — Maiven wyprostował się i spojrzał jej w oczy. — Uważam, że to jest okazja, na którą czekaliśmy.
Wszyscy za stołem skinęli głową na znak zgody.
Głosują pod wpływem nudy, frustracji i czystej klaustrofobii — zdała sobie sprawę Megan. — Mimo to, czy faktycznie nie jest to cudowna okazja, którą należy wykorzystać, by jej nie utracić na zawsze?
— Nie będziemy mogli zaatakować, gdy przybędą już emisariusze z Instytutu Wspomagania — podkreśliła. Dostrzegła, że wszyscy rozumieją, jak bardzo jest to ważne. — Niemniej zgadzam się, że może istnieć okres szansy, podczas którego można będzie dokonać uderzenia.
Consensus nie podlegał dyskusji. W jakimś zakamarku umysłu Megan czuła, że powinno dojść do bardziej ożywionej debaty. Sama jednak również była po dziurki w nosie wypełniona niecierpliwością.
— W takim razie przygotujemy nowe rozkazy dla majora Prathachulthorna. Otrzyma on carte blanche, z tym tylko zastrzeżeniem, że ewentualnego ataku należy dokonać przed pierwszym listopada. Czy wszyscy są za?
Zebrani podnieśli po prostu ręce. Komandor Kylie zawahał się, po czym przyłączył do pozostałych, by głosowanie było jednomyślne.
Klamka zapadła — pomyślała Megan. Zadała sobie pytanie, czy w piekle jest zarezerwowane specjalne miejsce dla matek, które wysyłają swych synów do walki.
70. Robert
Nie musiała odchodzić, prawda? Sama przecież powiedziała, że wszystko w porządku.
Robert potarł swą porośniętą kilkudniowym zarostem brodę. Zastanawiał się, czy by nie wziąć prysznicu i nie ogolić się. W jakiejś chwili, kiedy już zrobi się zupełnie jasno, major Prathachulthorn zarządzi zebranie, a dowódca lubił, żeby jego oficerowie dbali o wygląd zewnętrzny.
Tak naprawdę, to potrzebny mi sen — pomyślał Robert. Dopiero niedawno zakończyli całą serię nocnych ćwiczeń i mądrze by było trochę to odespać.
Mimo to po paru godzinach przerywanej drzemki Robert stwierdził, że jest zbyt podenerwowany i pełen roznoszącej go energii, by móc dłużej pozostawać w łóżku. Wstał i podszedł do swego małego biurka. Ustawił studnię danych tak, by jej światło nie przeszkadzało drugiemu lokatorowi komory. Przez pewien czas czytał z uwagą przygotowany przez majora Prathachulthorna plan bitwy.
Był on pomysłowy i miał charakter profesjonalny. Różne opcje zdawały się oferować rozmaite, efektywne sposoby na wykorzystanie ich ograniczonych sił celem zadania nieprzyjacielowi ciosu i to mocnego. Jedyne, co pozostało, to wybór odpowiedniego celu. Było tu kilka możliwości, z których każda powinna spełniać zadanie.
Niemniej coś w całej tej konstrukcji wydawało się Robertowi nie w porządku. Dokument nie zwiększył jego pewności co do słuszności planu, na co Robert liczył. Wyobraził sobie niemal, że w przestrzeni nad jego głową coś nabiera kształtu — coś odległe spokrew niemego z mrocznymi chmurami, które spowiły góry podczas tak niedawnych burz — symboliczna manifestacja jego niepokoju.
Postać leżąca pod kocami po drugiej stronie małej komory poruszyła się. Jedno szczupłe ramię leżało odsłonięte, podobnie jak gładki odcinek łydki i uda.
Robert skoncentrował się i wymazał nie-rzecz, którą uformował mocą swej prostej aury. Zaczynała ona wpływać na sny Lydii. Nie byłoby w porządku, gdyby zarażał ją swym niepokojem. Bez względu na nawiązaną niedawno intymną więź fizyczną, pod wieloma względami nadal byli nieznajomymi.
Robert wspomniał, że kilka ostatnich dni miało też pewne pozytywne aspekty. Na przykład, plan bitwy wskazywał, że Prathachulthorn wreszcie zaczął traktować niektóre z jego pomysłów poważnie. Ponadto czas spędzony z Lydią przyniósł mu coś więcej niż tylko fizyczną przyjemność. Robert nie zdawał sobie dotąd sprawy, jak bardzo było mu brak prostego dotyku współplemieńców. Ludzie mogli być w stanie znosić izolację lepiej niż szymy — które potrafiły popaść w głęboką depresję, jeśli przez bardzo długi czas były pozbawione partnera do iskania — lecz ludzcy mele i fem również mieli swe małpie potrzeby.
Mimo to myśli Roberta wciąż znosiło w bok. Nawet podczas najbardziej namiętnych chwil z Lydią nie przestawał myśleć o kimś innym.
Czy naprawdę musiała stąd odejść? Logicznie rzecz biorąc nie było powodu, by udawała się do Mount Fossey. Goryle i tak miały już dobrą opiekę.
Rzecz jasna, goryle mogły być jedynie pretekstem. Pretekstem do ucieczki przed aurą dezaprobaty roztaczaną przez majora Prathachulthorna. Pretekstem pozwalającym na uniknięcie iskrzących się wyładowań ludzkiej namiętności.