Athaclena mogła mieć rację twierdząc, że nie było nic złego w tym, że Robert szuka towarzyszki z własnego gatunku. Logika to jednak nie wszystko. Tymbrimska dziewczyna miała też uczucia. Była młoda i samotna. Mogła poczuć się zraniona nawet tym, o czym wiedziała, że jest słuszne.
— Cholera! — mruknął Robert. Słowa i diagramy Prathachulthorna stały się zamazaną plamą. — Cholera, tęsknię za nią.
Na zewnątrz, za zasłoną z tkaniny oddzielającej ich komorę od reszty jaskiń, doszło do jakiegoś poruszenia. Robert spojrzał na zegarek. Była dopiero czwarta rano. Wstał i złapał za spodnie. Każde niezaplanowane zamieszanie o tej porze najpewniej oznaczało złe wieści. Fakt, że nieprzyjaciel zachowywał się spokojnie przez cały miesiąc, nie oznaczał, że musi tak być dalej. Może Gubru dowiedzieli się o ich planach i postanowili dokonać prewencyjnego uderzenia!
Po kamieniach rozległ się tupot nieobutych stóp.
— Kapitanie Oneagle? — dobiegł głos tuż zza zasłony. Robert podszedł do niej i odsunął materiał na bok. Stała tam zasapana szymka, oddychając ciężko.
— Co się dzieje? — zapytał Robert.
— Hmm, sir, niech pan lepiej szybko idzie.
— Dobra. Zaczekaj tylko, niech wezmę broń. Szymka potrząsnęła głową.
— Nie chodzi o walkę, sir. To… para szymów właśnie przybyła z Port Helenia.
Robert zmarszczył brwi. Nowi rekruci przez cały czas przybywali małymi grupkami z miasta. Co tym razem wywołało takie podniecenie? Usłyszał, ze Lydia poruszyła się. Rozmowa zakłóciła jej sen.
— Świetnie — powiedział szymce. — Porozmawiamy z nimi za chwilę…
Przerwała mu.
— Sir! To jest Fiben! Fiben Bolger, sir. On wrócił. Robert zamrugał powiekami.
— Co?
Coś za nim się poruszyło.
— Rob? — rozległ się kobiecy głos. — Co…
Robert krzyknął z radości. Jego okrzyk poniósł się echem po zamkniętej przestrzeni. Objął i pocałował zaskoczoną szymkę, po czym złapał Lydię i podrzucił ją lekko do góry.
— Co… — zaczęła pytać, przerwała jednak, gdy dostrzegła, że zwraca się do pustej przestrzeni, w której uprzednio znajdował się Robert.
W rzeczywistości nie było specjalnych powodów do pośpiechu. Fiben i jego eskorta nadal znajdowali się w pewnej odległości. Zanim ich konie, posuwające się z sapaniem ścieżką wiodącą z północy, stały się dostrzegalne, Lydia zdążyła się ubrać i pójść za Robertem na skarpę, gdzie szare światło jutrzenki przyćmiewało właśnie ostatnie, blade gwiazdy.
— Wszyscy wstali — zauważyła. — Obudzili nawet majora. Szymy ganiają po całej okolicy, paplając z podniecenia. Ten szen, na którego czekamy, musi być nie byle kim.
— Fiben? — Robert roześmiał się. Wysmarkał się w dłonie. — Aha. Można powiedzieć, że staruszek Fiben jest kimś niezwykłym.
— Domyśliłam się tego — osłoniła ręką oczy przed bijącym ze wschodu blaskiem i przyjrzała się grupie jeźdźców mijających serpentynę na prowadzącej w górę, wąskiej ścieżce. — Czy to ten zabandażowany?
— Hę? — Robert przymrużył oczy. Wzrok Lydii wzmocniono bioorganicznie podczas jej szkolenia w piechocie morskiej. Zazdrościł jej tego. — Nie zdziwiłoby mnie to. Fiben zawsze obrywa po łbie, w taki czy inny sposób. Twierdzi, że tego nie znosi. Mówi, że wszystkiemu winna jest jego wrodzona niezgrabność i fakt, że wszechświat zawziął się na niego, ja jednak zawsze podejrzewałem, że po prostu ma skłonność do popadania w kłopoty. Nigdy nie znałem drugiego szyma, który posunąłby się tak daleko po to tylko, by mieć co opowiadać.
Po minucie był już w stanie rozróżnić rysy twarzy przyjaciela. Krzyknął i podniósł rękę. Fiben uśmiechnął się i zamachał do niego, choć jego lewe ramię spoczywało unieruchomione na temblaku. Obok niego, na jasnej klaczy, jechała szymka, której Robert nie znał.
Z wejścia do jaskiń wyłonił się posłaniec, który zasalutował.
— Serowie, major nakazał, byście zeszli na dół z porucznikiem Bolgerem, kiedy tylko przybędzie. Robert skinął głową.
— Proszę przekazać majorowi Prathachulthornowi, że zaraz się zjawimy.
Gdy konie mijały ostatni zakręt drogi, Lydia wsunęła rękę w jego dłoń i Robert poczuł nagły przypływ zadowolenia pomieszanego z poczuciem winy. Odwzajemnił jej uścisk, starając się nie okazać ambiwalencji swych uczuć.
Fiben żyje! — pomyślał. — Muszę przekazać wiadomość Athaclenie. Jestem pewien, że będzie zachwycona.
Major Prathachulthorn miał nerwowy nawyk pociągania się za jedno lub drugie z uszu. Wysłuchując raportów podwładnych, wiercił się na krześle i od czasu do czasu pochylał się, by wymamrotać coś do swej studni danych i otrzymać szybko w odpowiedzi jakiś kęs informacji. W takich chwilach mogło się wydać, że nie słucha, jeśli jednak mówiący umilkł lub choćby zaczął przemawiać wolniej, major strzelał niecierpliwie palcami. Najwyraźniej Prathachulthorn miał bystry umysł i potrafił poradzić sobie z kilkoma zadaniami jednocześnie. Niemniej jego zachowanie sprawiało bardzo wiele trudności niektórym z szymów, często wywołując u nich nerwowość i sprawiając, że zapominały języka w gębie. To z kolei nie poprawiało opinii majora o nieregularnych żołnierzach, którzy jeszcze do niedawna znajdowali się pod dowództwem Roberta i Athacleny.
W przypadku Fibena nie stanowiło to jednak problemu. Dopóki nie brakowało mu soku pomarańczowego, kontynuował swą opowieść. Nawet Prathachulthorn, który z reguły przerywał raporty często zadawanymi pytaniami, bezlitośnie dokopując się szczegółów, siedział w milczeniu, gdy ciągnęła się opowieść o nieszczęsnym powstaniu w dolinie, schwytaniu Fibena, wywiadach i testach przeprowadzanych przez świtę Suzerena Poprawności oraz teoriach doktor Gailet Jones.
Od czasu do czasu Robert spoglądał na szymkę, którą Fiben przyprowadził ze sobą z Port Helenia. Sylvie siedziała z boku, pomiędzy szymami Benjaminem i Elsi. Trzymała się prosto i wyraz twarzy miała spokojny. Od czasu do czasu, gdy ją proszono, by coś powiedziała lub podała więcej szczegółów, odpowiadała cichym głosem. Poza tymi chwilami nie spuszczała wzroku z Fibena.
Ten starannie opisywał sytuację polityczną panującą w obozie Gubru, tak jak ją rozumiał. Gdy doszedł do wieczoru ucieczki, opowiedział o pułapce zastawionej przez Suzerena Kosztów i Rozwagi i zakończył, mówiąc po prostu:
— Tak więc zdecydowaliśmy, Sylvie i ja, że lepiej będzie, jeśli opuścimy Port Helenia inną drogą niż morska — wzruszył ramionami. — Wydostaliśmy się przez dziurę w płocie i wreszcie dotarliśmy do wysuniętej placówki buntowników. W ten sposób trafiliśmy tutaj.
No jasne! — pomyślał z ironią Robert. Oczywiście Fiben pominął okoliczności, w których doznał obrażeń, oraz to, w jaki dokładnie sposób udało mu się uciec. Z pewnością poda te szczegóły w pisemnym raporcie, jaki przedstawi majorowi, wszyscy inni jednak będą musieli wyciągać je od niego drogą przekupstwa.
Robert zauważył, że Fiben spojrzał w jego stronę i mrugnął znacząco.
Założę się, że ta opowieść jest warta przynajmniej pięć piw — pomyślał.
Prathachulthorn pochylił się do przodu.
— Mówi pan, że naprawdę widział ten bocznik hiperprzestrzenny? Wie pan dokładnie, gdzie on jest usytuowany?
— Przeszedłem szkolenie zwiadowcy, panie majorze. Wiem, gdzie on jest. Do pisemnego raportu dołączę mapę oraz szkic urządzenia.
Prathacholthorn skinął głową.
— Gdyby już nie dotarły do mnie inne raporty, nigdy bym nie uwierzył w tę opowieść. W obecnej sytuacji jednak jestem zmuszony dać panu wiarę. Twierdzi pan, że jest to drogie urządzenie, nawet jak na gubryjskie standardy?