— …subtelne manewry polityczne na tak wielu poziomach — pomiędzy miejscowymi dowódcami sił inwazyjnych, stronnictwami na ojczystym świecie Gubru, samymi Gubru i ich wrogami oraz ewentualnymi sojusznikami, a także Ziemią i wreszcie między różnymi Instytutami Galaktycznymi…
Athaclena pogłaskała medalionik. Czasami obecność drugiej osoby nie jest potrzebna, by określić jej esencję.
Było w tym zbyt wiele komplikacji. Co Robert zamierzał osiągnąć, wysyłając jej to nagranie? Czy miała zagłębić się w jakimś potężnym składzie nieomylnej galaktycznej mądrości — albo odprawić jakieś czary — i w ten sposób stworzyć linię polityczną, która byłaby dla nich przewodnictwem w tej sytuacji? W tej sytuacji?
Westchnęła.
Och, ojcze, jak wielkim rozczarowaniem muszę być dla ciebie!
Odniosła wrażenie, że medalionik zawibrował pod jej drżącymi palcami. Przez jakiś czas wydawało jej się, że nadciąga następny trans, który ściągnie ją w dół, ku rozpaczy.
— …Na Darwina, Goodall i Greenpeace! To głos majora Prathachulthorna wyrwał ją z tego nastroju. Wsłuchiwała się jeszcze przez chwilę.
— …cel!…
Athaclena zadrżała. No tak. Sytuacja była rzeczywiście bardzo poważna. Wszystko zostało teraz wyjaśnione. Zwłaszcza nagłe, brzemienne naleganie niecierpliwego glifu. Gdy nagranie na kapsułce dobiegło końca, Tymbrimka zwróciła się ku swym pomocnikom — Elayne Soo, Sammy’emu i doktor de Shriver. Szymy przyglądały się jej niecierpliwie.
— Udam się teraz na wyżej położony teren — oznajmiła.
— Ale… ale burza, proszę pani. Nie jesteśmy pewni, czy już się skończyła. Jest też wulkan. Rozmawialiśmy o ewakuacji. Athaclena wstała.
— Nie spodziewam się, by trwało to długo. Nie wysyłajcie, proszę, nikogo, by mnie pilnował, czy odszukał. To by mi tylko przeszkadzało i utrudniało wykonanie zadania.
Zatrzymała się przy klapie namiotu, czując wiatr napierający na tkaninę, jak gdyby szukał jakiejś szczeliny, przez którą mógłby się wcisnąć do środka.
Bądź cierpliwy. Nadchodzę.
Gdy ponownie odezwała się do szymów, mówiła cichym głosem.
— Proszę, przygotujcie konie na chwilę mojego powrotu. Klapa opadła za nią. Szymy spojrzały na siebie, po czym w milczeniu zabrały się do przygotowań do następnego dnia.
Z Mount Fossey biła gdzieniegdzie para, której nie można było w pełni przypisać unoszącym się w górę oparom rosy. Kropelki wilgoci wciąż opadały z liści kołyszących się na wietrze. Wiatr słabł teraz, lecz od czasu do czasu wciąż powracał w nagłych, gwałtownych porywach.
Athaclena wspinała się uparcie w górę wąską, wydeptaną przez zwierzynę ścieżką. Była w stanie stwierdzić, że uszanowano jej życzenia. Szymy pozostały w obozie, nie zakłócając spokoju.
Zaczął się dzień. Nisko wiszące chmury przesłaniały szczyty niczym straż przednia jakiejś powietrznej inwazji. Pomiędzy nimi Athaclena dostrzegła fragmenty ciemnoniebieskiego nieba. Ludzkie oko mogłoby tam zapewne nawet rozróżnić kilka nieustępliwych gwiazd.
Pragnęła dotrzeć jak najwyżej, przede wszystkim jednak szukała samotności. Na leżących w górze obszarach zwierzęta leśne występowały jeszcze rzadziej. Potrzebna jej była pustka.
W pewnym miejscu ścieżkę tarasowały szczątki zgromadzone tu przez burzę — płachty jakiegoś przypominającego tkaninę materiału, które wkrótce rozpoznała.
Spadochrony bluszczu talerzowego.
To jej o czymś przypomniało. Na dole, w obozie, szymscy technicy pracowali ciężko, by zmieścić się w ściśle wyznaczonym rozkładzie — stworzyć nowe warianty bakterii jelitowych goryli przed terminem określonym przez naturę. Teraz jednak wyglądało na to, że plan majora Prathachulthorna nie pozwoli na wykorzystanie pomysłu Roberta.
Cóż za głupota — pomyślała Athaclena. — Zastanawiam się, w jaki sposób ludzie zdołali przetrwać tak długo?
Być może było to po prostu szczęście. Czytała o ich dwudziestym wieku, gdy wydawało się, że coś więcej niż zbieg okoliczności Ifni pomogło im wykaraskać się z niemal pewnej zagłady… zagłady nie tylko dla nich, lecz również dla wszystkich przyszłych rozumnych gatunków, które mogły się zrodzić z ich bogatego, płodnego świata. Opowieść o tym szczęśliwym ocaleniu była, być może, jednym z powodów, dla których tak wiele gatunków bało się lub nienawidziło k’chu’non, dzikusów. Była to sprawa niesamowita i po dziś dzień nie wyjaśniona.
Ziemianie mieli przysłowie mówiące: „Tam bym się znalazł, gdyby nie miłość Boga”. Chore, zgwałcone ubóstwo Garthu było drobiazgiem w porównaniu z tym, co mogli z łatwością uczynić z Terrą.
Jak wielu spośród nas sprawiłoby się lepiej w podobnej sytuacji?
To było pytanie, które kryło się za wszystkimi zarozumiałymi, pełnymi poczucia wyższości pozami oraz pogardą wyrażaną przez wielkie klany. Ich nigdy nie poddano testowi wieków ciemnoty, przez jakie musiała przejść ludzkość. Jak by to było, gdyby nie miało się opiekunów, Biblioteki, ani starożytnej mądrości, a jedynie jasny płomień umysłu, któremu nie wytyczano torów i nie udzielano wskazówek, mogący swobodnie rzucić wyzwanie wszechświatowi bądź pochłonąć własny świat? Jedynie nieliczne klany odważały się zadać sobie to pytanie.
Athaclena odsunęła na bok małe spadochrony. Prześliznęła się obok splątanej kiści wczesnych nośników zarodników i kontynuowała marsz w górę, rozmyślając nad kaprysami przeznaczenia.
Wreszcie dotarła do kamienistego zbocza, z którego w kierunku południowym rozciągał się widok na następne szeregi gór, a w oddali można było dostrzec najbledszy z możliwych, barwny ślad pochyłego stepu. Zaczerpnęła głęboko tchu i wyciągnęła medalionik, który dał jej ojciec.
Coraz jaśniejsze światło dnia nie odegnało tego, co zaczęło się formować pośród jej falujących witek. Tym razem Athaclena nie próbowała nawet powstrzymać glifu. Po prostu zignorowała go — co zawsze jest najlepszym wyjściem, gdy obserwator nie chce jeszcze, by prawdopodobieństwo zapadło się do rzeczywistości.
Jej palce dotknęły zameczka. Medalionik otworzył się. Athaclena zatrzasnęła pokrywkę z powrotem.
Wasze małżeństwo było autentyczne — pomyślała o swych rodzicach, gdyż tam, gdzie przedtem leżały dwie witki, teraz znajdowała się tylko jedna, większa, która lśniła na aksamitnym materiale.
Koniec witki owinął się wokół jednego z jej palców. Medalionik upadł na kamienisty grunt i leżał tam zapomniany, podczas gdy Athaclena złapała w powietrzu drugi koniec. Rozciągnięta witka zabrzęczała, z początku cicho. Dziewczyna jednak trzymała ją naprężoną przed sobą, pozwalając, by głaskał ją wiatr, aż wreszcie zaczęła słyszeć tony harmoniczne.
Być może powinna była coś zjeść, aby nabrać sił przed próbą, którą miała zamiar podjąć. Było to coś, co tylko nieliczni członkowie jej gatunku robili choćby raz w życiu. Zdarzało się nawet, że Tymbrimczycy podczas tego umierali…
— A t’ith’tuanoo, Uthacalthing — wydyszała. Dodała też imię matki. — A t’ith’tuanine, Mathicluanna!
Pulsowanie nabrało mocy. Wydawało się, że przebiega w górę po jej ramionach, wpadając w rezonans z rytmem uderzeń jej serca. Jej własne witki zareagowały na te nuty i Athaclena zaczęła się kołysać. — A t’ith’tuanoo, Uthacalthing…