Выбрать главу

Gailet poczuła dreszcz. Dopiero zaczęło do niej docierać, do czego zmierza Irongrip.

— Jesteś kłamcą!

— Przyznaję się. Mea culpa — udał, że bije się w pierś. — Nie skłamałem jednak mówiąc, że wchodzę w skład ekipy testowej, wraz z kilkoma z moich kumpli. Widzisz, zaszły pewne zmiany od chwili, gdy twój mały maminsynek i pupilek nauczycielski uciekł do dżungli z naszą Sylvie.

Gailet pragnęła splunąć.

— Fiben jest dziesięć razy lepszym szenem od ciebie, ty atawistyczna pomyłko! Suzeren Poprawności nigdy nie wybrałby ciebie na jego miejsce!

Irongrip uśmiechnął się i uniósł w górę palec.

— Aha. W tym właśnie punkcie nie rozumiemy się nawzajem. Widzisz, ty i ja mówimy o dwóch różnych ptakach.

— Różnych… — Gailet wciągnęła powietrze. Jej dłoń zakryła rozpięty kołnierzyk koszuli. — Och, Goodall!

— Zgadza się — odparł, kiwając głową. — Jest z ciebie mała, bystra, arystofreniczna małpka.

Gailet osunęła się na krześle. Tym, co zaskoczyło ją najbardziej, była głębokość jej żalu. W tej chwili czuła się tak, jak gdyby wyrwało z niej serce.

Przez cały czas byliśmy pionkami — pomyślała. — Och, biedny Fiben!

To tłumaczyło, dlaczego nie przyprowadzono go z powrotem tego wieczoru, gdy uciekł z Sylvie. Albo następnego dnia, czy jeszcze następnego. A ona czuła się taka pewna, że „ucieczka” okaże się kolejnym testem na poprawność i inteligencję.

Najwyraźniej jednak tak nie było. Musiał ją zaaranżować jeden z pozostałych gubryjskich dowódców — albo obaj razem — być może celem osłabienia Suzerena Poprawności. Jaki mógł na to istnieć lepszy sposób, niż obrabowanie go z jednego z jego starannie wyselekcjonowanych szymskich „reprezentantów gatunku”. Nic można nawet było nikogo oskarżyć o tę kradzież, gdyż nigdy nie zostanie odnalezione żadne ciało.

Rzecz jasna, Gubru będą musieli przeprowadzić ceremonię. Było już zbyt późno, by odwołać zaproszenie. Każdy z trzech suzerenów mógł jednak teraz pragnąć odmiennego jej wyniku.

Fiben…

— I co, pani profesor? Od czego zaczynamy? Możesz teraz przystąpić do nauczania mnie, jak się powinien zachowywać białokartowiec?

Zamknęła oczy i potrząsnęła głową.

— Odejdź — odparła. — Proszę cię tylko, odejdź.

Padło jeszcze więcej słów, więcej sarkastycznych komentarzy. Gailet jednak osłoniła się przed nimi otępiającą zasłoną bólu. Udało jej się przynajmniej powstrzymać łzy, dopóki nie wyczuła, że Irongrip się oddala. Potem wtuliła się w miękki worek, jak gdyby były to ramiona jej matki i rozpłakała się.

75. Galaktowie

Pozostała dwójka tańczyła wokół piedestału, sapiąc i gruchając. Śpiewali razem w doskonałej harmonii.

— Zejdź na dół, zejdź na dół, — na dół, zejdź na dół! Zejdź ze swej grzędy. Połącz się, połącz się, — się z nami! Połącz się z nami w consensusie!

Suzeren Poprawności zadrżał, opierając się zmianom. Byli teraz całkowicie zjednoczeni w opozycji do niego. Suzeren Kosztów i Rozwagi wyrzekł się nadziei na osiągnięcie czołowej pozycji i popierał teraz Suzerena Wiązki i Szponu w jego dążeniu do dominacji. Celem Rozwagi była obecnie druga lokata — status pierzeniowy samca.

A więc dwóch z trzech osiągnęło zgodę. Aby jednak zrealizować swe dążenia — zarówno seksualne, jak i odnoszące się do linii politycznej — musieli ściągnąć Suzerena Poprawności z jego grzędy. Musieli go zmusić, by postawił stopę na glebie Garthu.

Suzeren Poprawności opierał się im, skrzecząc w dobrze zsynchronizowanym kontrapunkcie, by zakłócić ich rytm, i wtrącając oświadczenia z zakresu logiki, aby zbić ich argumenty.

Prawidłowe pierzenie nie powinno odbywać się w ten sposób. To był przymus, nie prawdziwy consensus. To był gwałt.

Nie po to Władcy Grzędy zainwestowali tak wielkie nadzieje w ich triumwirat. Potrzebna im była linia polityczna. Mądrość. Wydawało się, że pozostała dwójka o tym zapomniała. Chcieli w łatwy sposób rozwiązać problem Wspomaganiowej Ceremonii. Zamierzali podjąć straszliwe ryzyko i pogwałcić Kodeksy.

Gdyby tylko poprzedni Suzeren Kosztów i Rozwagi żył jeszcze! Kapłana ogarnęła żałoba. Czasami poznawało się prawdziwą wartość drugiego dopiero wtedy, gdy go zabrakło. Zabrakło.

— Zejdź na dół, zejdź na dół, Zejdź ze swej grzędy.

Było, rzecz jasna, jedynie kwestią czasu, kiedy ulegnie ich połączonym głosom. Ich unisono przeszywało mur honoru i stanowczości, którym otoczył się kapłan, i docierało w głąb, do królestwa hormonów i instynktu. Pierzenie pozostawało w zawieszeniu, powstrzymywane przez krnąbrność jednego z członków, nie można go jednak było powstrzymać na stałe.

— Zejdź na dół i połącz się z nami. Połącz się z nami w consensusie!

Suzeren Poprawności zadrżał, lecz nie puścił grzędy. Nie miał pojęcia, jak długo jeszcze wytrzyma.

76. Jaskinie

— Clennie! — krzyknął radośnie Robert. Gdy ujrzał postacie na koniach wynurzające się zza zakrętu ścieżki, omal nie upuścił końca pocisku, który wynosił z jaskiń na spółkę z jednym z szymów.

— Hej! Uważaj no z tym, ty… panie kapitanie — jeden z kaprali piechoty morskiej Prathachulthorna poprawił się w ostatniej sekundzie. Od kilku tygodni zaczęli go traktować z większym szacunkiem — zasłużył sobie na to — lecz od czasu do czasu podoficerowie wciąż okazywali swą fundamentalną pogardę dla każdego spoza korpusu.

Do Roberta podbiegł inny szymski robotnik, który z łatwością wyjął stożek ochronny z jego rąk. Na twarzy szyma malował się niesmak wywołany myślą, że człowiek w ogóle próbuje cokolwiek dźwigać.

Robert zignorował obie obelgi. Podbiegł do miejsca, gdzie zaczyniała się ścieżka, dokładnie w tej samej chwili, gdy przybyła grupa wędrowców. Złapał kantar konia Athacleny. Jego druga ręka sięgnęła ku niej.

— Clennie, cieszę się, że… — jego głos zadrżał przez chwilę. Gdy uścisnęła jego dłoń, Robert zamrugał powiekami i spróbował zatuszować swe zmieszanie. — …hm, cieszę się, że mogłaś się zjawić.

Uśmiech Athacleny nie przypominał żadnego z tych, które — jak pamiętał — widywał u niej przedtem. Jej aura przesycona była smutkiem, jakiego nigdy dotąd nie kennował.

— Oczywiście, że się zjawiłam, Robercie — uśmiechnęła się. — Czy kiedykolwiek wątpiłeś, że tak się stanie?

Pomógł jej zsiąść z konia. Czuł, że pod powierzchowną aurą opanowania drży cała.

Kochanie, zaszło w tobie trochę zmian.

Jak gdyby wyczuła jego myśl, wyciągnęła rękę i dotknęła jego policzka.

— Istnieje kilka idei znanych zarówno w galaktycznym społeczeństwie, jak i w waszym, Robercie. W obu mędrcy mawiali, że życie jest czymś w rodzaju koła.

— Koła?

— Tak jest — jej oczy lśniły. — Obraca się. Posuwa się naprzód. A mimo to wciąż jest takie samo.

Z ulgą poczuł ją na nowo. Pod powierzchnią zmian wciąż była Athacleną.

— Tęskniłem za tobą — wyznał.

— A ja za tobą — uśmiechnęła się. — Teraz opowiedz mi o tym majorze i jego planach.

Robert chodził w kółko po maleńkim magazynie zapchanym zapasami aż po zwisające ze stropu stalaktyty.

— Mogę się z nim spierać. Mogę spróbować perswazji. Do diabła, on nawet nie ma nic przeciwko temu, kiedy na niego wrzeszczę, pod warunkiem, że odbywa się to bez świadków i gdy cała debata jest już skończona i tak podskoczę na dwa metry w górę, kiedy rozkaże: „skacz!” — Robert potrząsnął głową. — Nie mogę jednak czynnie mu się sprzeciwić, Clennie. Nie proś mnie o złamanie przysięgi.