Podejrzewała, zasmucona, że wzięła sobie więcej niż Uthacalthing mógł jej bez uszczerbku odstąpić.
Niemniej to i tak za mało.
Pozostały wielkie luki. W głębi serca wiedziała, że realizowany plan, obejmujący sobą światy i gatunki, nie będzie mógł wydać owoców bez obecności ojca.
Glif zwiadowczy zatrzymał się nad wiszącym skrawkiem tkaniny. Athaclena podeszła bliżej. Nie mogła dostrzec zasłony, nawet gdy dotknęła jej koniuszkami palców. Zwiadowca rozplatał się i wtopił z powrotem w falujące witki jej korony.
Odsunęła tkaninę na bok z rozmyślną powolnością i wcisnęła się do małej, bocznej komory. Glif obserwacyjny nie wyczuł wewnątrz znaków obecności nikogo świadomego. Kennowała jedynie miarowe rytmy ludzkiej drzemki.
Major Prathachulthorn, rzecz jasna, nie chrapał. Jego sen był lekki i czujny. Pogłaskała krawędzie nigdy nie znikającej osłony psi chroniącej myśli, sny i wiedzę wojskową oficera.
Ich żołnierze są dobrzy i stają się coraz lepsi — pomyślała. Przez wiele lat tymbrimscy doradcy pracowali ciężko, by nauczyć swych sojuszników, dzikusów, jak być srogimi galaktycznymi wojownikami. Szczerze mówiąc, sami często uczyli się od nich fascynujących trików, pomysłów, które nigdy nie przyszłyby do głowy członkom gatunku wychowanego w kulturze galaktycznej.
Ze wszystkich jednak formacji ziemskiej armii, tylko Terrageńska Piechota Morska nie korzystała z obcych doradców. Jej żołnierze byli anachronizmem, prawdziwymi dzikusami.
Glif z’schutan ostrożnie zbliżył się do drzemiącego człowieka. Opuścił się niżej i Athaclena dostrzegła go metaforycznie jako kulę płynnego metalu. Dotknął osłony psi Prathachulthorn i opłynął ją, tworząc złote rzeczułki i szybko pokrywając ją delikatnym blaskiem.
Athaclena odetchnęła odrobinę swobodniej. Jej ręka wśliznęła się do kieszeni i wyciągnęła z niej szklistą ampułkę. Podeszła bliżej i uklękła ostrożnie obok łóżka. Podsunęła fiolkę anestetycznego gazu pod twarz śpiącego mężczyzny. Jej palce naprężyły się.
— Nie radzę — powiedział Prathachulthorn od niechcenia. Athaclena wciągnęła powietrze. Zanim zdążyła się poruszyć, dłonie człowieka wystrzeliły naprzód, łapiąc ją za nadgarstki! W słabym świetle dostrzegała jedynie białka jego oczu. Choć nie spał, jego osłona psi pozostała niezaburzona, wciąż wypromieniowując fale drzemki. Athaclena zdała sobie sprawę, że od początku było to urojenie, starannie przygotowana pułapka!
— Wy, nieziemniacy, po prostu musicie ciągle nas nie doceniać, prawda? Nawet wam, tymbrimskim mądralom, nigdy jakoś nie dociera to do łba.
Wytrysnęły hormony gheer. Athaclena spróbowała się podźwignąć. Szarpnęła się, chcąc się wyrwać, z równym jednak skutkiem mogłaby próbować się uwolnić z metalowego imadła. Jej szponiaste paznokcie usiłowały drapać, lecz Prathachulthorn zręcznie trzymał swe pokryte stwardniałą skórą dłonie poza zasięgiem jej palców. Gdy spróbowała przetoczyć się na bok, by zadać kopniaka, zwinnie poddał jej ramiona lekkiemu naciskowi, używając ich jako dźwigni, by uniemożliwić jej wstanie z kolan. Jego siła sprawiła, że Athaclena jęknęła głośno. Kapsułka z gazem wypadła z jej odrętwiałej dłoni.
— Widzisz — ciągnął Prathachulthorn przyjaznym głosem — są wśród nas tacy, którzy uważają, że jest błędem w ogóle dążyć do kompromisu. Cóż możemy osiągnąć, starając się przekształcić w dobrych galaktycznych obywateli? — uśmiechnął się szyderczo. — Nawet gdyby to się udało, zamienilibyśmy się tylko w monstra, okropne stwory całkowicie pozbawione tego, co oznacza bycie człowiekiem. Zresztą ta opcja nie jest nawet dla nas otwarta. Nie pozwolą nam zostać obywatelami. Karty są znaczone. Kości są fałszywe. Oboje o tym wiemy, prawda?
Athaclena oddychała nierówno i z wysiłkiem. Jeszcze długo po tym, gdy stało się jasne, że jest to bezużyteczne, przypływ gheer kazał jej szarpać się i opierać niewiarygodnej sile majora. Zwinność i szybkość nie zdawały się na nic przeciwko jego odruchom i wyszkoleniu.
— Wiesz, mamy pewne tajemnice — wyznał Prathachulthorn. — Rzeczy, o których nie mówimy naszym tymbrimskim przyjaciołom ani nawet większości naszych własnych obywateli. Czy chciałabyś je poznać. Chciałabyś?
Athaclena nie mogła złapać tchu, by odpowiedzieć. W oczach Prathachulthorna lśniło coś dzikiego, niemal po zwierzęcemu gwałtownego.
— Cóż, jeśli zdradziłbym ci niektóre z nich, byłoby to dla ciebie wyrokiem śmierci — wyznał — a w tej chwili nie jestem jeszcze gotów, by podjąć taką decyzję. Powiem ci więc jedną rzecz, o której niektórzy z twoich ziomków już wiedzą.
Błyskawicznie przełożył oba jej nadgarstki do jednej ręki. Druga poszukała jej gardła i znalazła je.
— Widzisz, nas, żołnierzy piechoty morskiej, uczą, jak obezwładnić, a nawet zabić członków zaprzyjaźnionego nieziemniackiego gatunku. Czy chciałabyś się dowiedzieć, ile czasu bym potrzebował, by pozbawić cię przytomności, panienko? Wiesz, co ci powiem? Możesz zacząć liczyć.
Athaclena opierała się i próbowała podźwignąć, nie przyniosło to jednak żadnego skutku. Bolesny ucisk zamknął się wokół gardła. Zaczynało jej brakować powietrza. Z oddali usłyszała, jak Prathachulthorn mruknął do siebie.
— Ten wszechświat to cholernie paskudne miejsce.
Choć nigdy nie potrafiłaby sobie wyobrazić, że może się stać jeszcze ciemniej, otaczający ją mrok pogłębił się. Zastanowiła się, czy kiedykolwiek się obudzi.
Przykro mi, ojcze.
Spodziewała się, że będzie to jej ostatnia myśl.
Fakt, że nie straciła przytomności, stał się dla niej czymś w rodzaju niespodzianki. Ucisk wokół jej gardła, wciąż bolesny, osłabł leciutko. Wciągnęła w płuca wąską strużkę powietrza i spróbowała odgadnąć, co się dzieje. Ramiona Prathachulthorna drżały. Wyczuwała, że major wytęża się mocno, lecz z jakichś przyczyn siła go opuściła!
Przegrzana korona w niczym jej nie pomagała. Gdy uścisk Prathachulthorna rozluźnił się, nieświadoma sytuacji i zdumiona Athaclena osunęła się na podłogę.
To człowiek oddychał teraz ciężko. Dały się słyszeć chrząknięcia wywołane wysiłkiem, a potem trzask przewracanego łóżka. Stłukł się dzbanek z wodą. Rozległ się też dźwięk, jaki wydałaby rozbijana studnia danych.
Athaclena poczuła coś pod dłonią.
Ampułka — zdała sobie sprawę. Co jednak działo się z Prathachulthornem?
Walcząc z enzymatycznym wyczerpaniem, poczołgała się w wybranym na oślep kierunku, aż wreszcie jej ręka natrafiła na rozbitą studnię danych. Palce, przez przypadek, nacisnęły wyłącznik i ekran uszkodzonej maszyny rozbłysł bladą poświatą.
W tym świetle Athaclena ujrzała zastygły w bezruchu obraz… ludzki mel, który walczył — naprężając potężne, wydatne mięśnie — z dwoma długimi, brązowymi ramionami trzymającymi go od tyłu.
Prathachulthorn wierzgał i syczał. Rzucał cały swój ciężar w lewo i w prawo, lecz żadna z prób uwolnienia się nie dawała rezultatu. Athaclena ujrzała nad ramieniem mężczyzny parę brązowych oczu. Zawahała się tylko przez chwilę, po czym pognała naprzód z ampułką w ręku.
Teraz Prathachulthorn nie miał już osłony psi. Jego nienawiść mogliby wykennować wszyscy, którzy posiadali taką moc. Rozpaczliwie spróbował się podźwignąć, gdy Athaclena wyciągnęła rękę z małym cylindrem i otworzyła go pod jego nosem.
— On wstrzymuje oddech — mruknął neoszympans, gdy obłok niebieskiego oparu zawisł wokół nozdrzy mężczyzny, po czym powoli opadł w dół.