Выбрать главу

Z reguły potrafiła dać sobie radę z tymi dziwacznymi lingwistycznymi zestawieniami, to jednak zbiło ją z tropu. Nad jej falującą koroną uformował się przelotnie miniglif teev’nus, symbolizujący nieosiągalność doskonałego porozumienia.

— Słyszałam tylko krótkie opisy tamtej ery. Co się stało z samymi krwiożerczymi Bururallimi?

Robert wzruszył ramionami.

— Och, urzędnicy z Instytutów Wspomagania oraz Migracji wreszcie się tu zjawili, w jakieś stulecie po rozpoczęciu masakry. Inspektorzy byli, rzecz jasna, przerażeni. Stwierdzili, że Bururalli wypaczyli się do tego stopnia, że niemal nie sposób było ich rozpoz nać. Wałęsali się po planecie, ścigając i zabijając wszystko, co mogli złapać. W owej chwili porzucili już straszliwe, zaawansowane technicznie uzbrojenie, z którym zaczęli, i wrócili niemal do zębów i pazurów. Przypuszczam, że dlatego właśnie niektóre z mniejszych zwierząt ocalały. Ekologiczne katastrofy nie są tak rzadkie jak chciałyby to przedstawić Instytuty, a ta wywołała poważny skandal. Oburzenie ogarnęło całą galaktykę. Wiele z większych klanów wysłało floty wojenne pod wspólnym dowództwem. Wkrótce Bururalli przestali istnieć.

Athaclena skinęła głową. — Przypuszczam, że ich opiekunowie Nahalli, również zostali ukarani.

— Zgadza się. Utracili status i są teraz czyimiś podopiecznymi. Cena za niedbalstwo. Uczyli nas o tym w szkole. Kilka razy.

Robert ponownie zaproponował jej salami, Athaclena potrząsnęła głową. Straciła apetyt.

— Tak więc wy, ludzie, odziedziczyliście kolejny świat z odzysku.

Robert uprzątnął resztki po obiedzie.

Aha. Ponieważ jesteśmy opiekunami z dwójką podopiecznych, trzeba nam było zezwolić na posiadanie kolonii, lecz Instytuty przyznawały nam z reguły ruiny po katastrofach wywołanych przez innych. Musimy ciężko pracować, by pomóc ekosystemowi tego świata wrócić do normy, lecz — w gruncie rzeczy — Garth jest całkiem niezły w porównaniu z niektórymi z pozostałych. Powinnaś sobie obejrzeć Deemi i Horst w gromadzie Kanaan.

— Słyszałam o nich — Athaclena zadrżała. — Nie sądzę, bym kiedykolwiek chciała zobaczyć… — przerwała w połowie zdania. Nie… — jej powieki zatrzepotały, gdy rozejrzała się wokół, zbita nagle z tropu. — Thu’un dun! — jej kołnierz nastroszył się. Athaclena wstała szybko i podeszła, na wpół w transie, do miejsca, gdzie wyniosłe kamienne szpikulce wznosiły się ponad skrytymi we mgle wierzchołkami drzew deszczowego lasu.

Robert zbliżył się do niej od tyłu.

— Co jest?

— Wyczuwam coś — odparła cicho.

— Hm. Nie jestem zdziwiony. To przez ten twój tymbrimski system nerwowy. Trzeba też wziąć pod uwagę fakt, że zmieniłaś kształt ciała po to tylko, by mi się spodobać. Nic dziwnego, że odbierasz zakłócenia.

Athaclena potrząsnęła niecierpliwie głową.

— Nie robiłam tego po to, żeby ci się spodobać, ty arogancki ludzki samcu! Poza tym prosiłam cię już uprzejmie, żebyś ostrożniej posługiwał się swoimi okropnymi przenośniami. Tymbrimska korona to nie radio! — wykonała gest ręką. — Teraz, proszę, bądź przez chwilę cicho.

Robert umilkł. Athaclena skoncentrowała się, ponownie próbując wykennować…

Korona mogła nie odbierać zakłóceń jak radio, była jednak podatna na wpływ z zewnątrz. Athaclena próbowała schwytać niewyraźną aurę, którą wyczuła przez moment, okazało się to jednak niemożliwe. Niezdarny, pełen zapału strumień empatii Roberta zagłuszył całkowicie.

— Co to było, Clennie? — zapytał cicho.

— Nie wiem. Coś niezbyt odległego, w kierunku południowo-wschodnim. Miałam wrażenie, że to jakieś istoty — głównie ludzie i neoszympansy, ale było tam jednak także coś innego.

Robert zmarszczył brwi.

— No więc, myślę, że mogła to być jedna ze stacji nadzoru ekologicznego. W całej tej okolicy rozrzucone są też izolowane gospodarstwa, zwłaszcza wyżej, gdzie łatwiej jest otrzymać majątek ziemski.

Odwróciła się szybko.

— Robercie, czułam Potencjał! Przez króciutki moment wyraźnego odbioru dotknęłam emocji przedrozumnej istoty!

Uczucia Roberta stały się nagle mętne i burzliwe. Jego twarz utraciła wyraz.

— Co masz na myśli?

— Ojciec opowiadał mi o czymś, zanim wyruszyłam z tobą w góry. Wtedy nie zwróciłam na to szczególnej uwagi. To wydawało się niemożliwe, jak owe bajki, które tworzą wasi ludzcy autorzy, by sprowadzać na Tymbrimczyków dziwne sny.

— Kupujecie je całymi statkami — przerwał jej Robert. — Powieści, stare filmy, holofilmy, poematy… Athaclena zignorowała jego dygresję.

— Uthacalthing wspominał o opowieściach na temat stworzenia z tej planety, tubylczej istoty o wysokim Potencjale… która podobno naprawdę przeżyła Bururalską Masakrę — korona Athacleny pieniła z siebie rzadki u niej glif… syulif-tfia, radości z zagadki którą należało rozwiązać. — Zastanawiam się, czy te legendy mogą być prawdą?

Czy Robert odetchnął z ulgą? Athaclena poczuła, że jego prymitywna, lecz efektywna osłona emocjonalna stała się nieprzejrzysta.

— Hmmm. Cóż, istnieje taka legenda — przyznał. — Prosta historia opowiadana przez dzikusów. Nie przypuszczam, by mogła zainteresować wyrafinowanych Galaktów.

Athaclena przyjrzała mu się z uwagą i dotknęła jego ramienia głaszcząc je delikatnie.

— Czy każesz mi czekać, podczas gdy będziesz przeciągać tę tajemniczą opowieść za pomocą dramatycznych przerw, czy też wolisz zaoszczędzić sobie siniaków i powiesz mi natychmiast, co wiesz?

Robert roześmiał się.

— Cóż, skoro używasz tak przekonujących argumentów. Możliwe, że odebrałaś empatyczne emanacje Garthianina.

Powieki zakrywające szeroko rozstawione, usiane złotymi plamkami oczy Athacleny zamrugały.

— To właśnie nazwa, którą wymienił ojciec!

— Och. A więc Uthacalthing słuchał opowieści starych poszukiwaczy działek… wyobraź sobie, że mamy tu już takie legendy po upływie zaledwie stu ziemskich lat… Tak czy inaczej, mówią, że jedno wielkie zwierzę zdołało ocaleć przed Bururallimi dzięki chytrości, dzikości i całemu mnóstwu Potencjału. Ludzie i szymy z gór opowiadają, że coś okrada ich pułapki, kradnie bieliznę ze sznurków i wydrapuje niezwykłe znaki na powierzchni urwisk, na które nie można się wspiąć. Och, zapewne wszystko to pić na wodę — Robert uśmiechnął się — przypomniałem sobie jednak te legendy, gdy matka powiedziała mi, że mam udać się tutaj. Pomyślałem więc sobie, że — by nie było to kompletną stratą czasu — mogę równie dobrze zabrać ze sobą Tymbrimkę, by się przekonać, czy potrafi wyniuchać Garthianina swoją siecią empatyczną.

Niektóre z przenośni Athaclena rozumiała całkiem dobrze. Jej paznokcie wpiły się w ramię Roberta.

— No i? — odezwała się z pytającym zaśpiewem. — Czy to jedyny powód, dla którego znalazłam się w tej głuszy? Czy mam wywęszyć dla ciebie dym legend?

— Jasne — drażnił się z nią Robert. — W przeciwnym razie po co wyruszałbym w góry zupełnie sam, tylko w towarzystwie obcej istoty z kosmosu?

Athaclena syknęła przez zęby, w głębi duszy nie potrafiła jednak nie czuć zadowolenia. Ta ludzka sardoniczność nie różniła się zbytnio od odwrotnej mowy używanej przez jej ziomków. Ponadto, gdy Robert roześmiał się w głos, stwierdziła, że musi zrobić to samo. Na chwilę zniknęły wszelkie zmartwienia wywołane wojną i niebezpieczeństwem. Był to dla nich obojga mile widziany moment odprężenia.