— Nic nie szkodzi — odparła Athaclena. Z kieszeni wyciągnęła dziesięć dalszych ampułek.
Ujrzawszy je, Prathachulthorn westchnął słabo. Zdwoił wysiłki, by się uwolnić, lecz jedynym tego skutkiem było przyśpieszenie nadejścia chwili, w której musiał wreszcie zaczerpnąć oddechu. Był uparty. Zajęło to z pięć minut, a nawet wtedy Athaclena podejrzewała, że zemdlał z powodu anoksji, zanim w ogóle poczuł działanie narkotyku.
— Ale z niego facet — stwierdził Fiben, gdy go wreszcie wypuścił. — Goodall, ale im dają siłę w tej piechocie morskiej.
Zadrżał i osunął się na ziemię obok nieprzytomnego mężczyzny. Athaclena usiadła bezwładnie po jego drugiej stronie.
— Dziękuję ci, Fiben — powiedziała cicho. Wzruszył ramionami.
— Do diabła, cóż w tym wielkiego? Zdrada i atak na opiekuna. I to wszystko w ciągu jednego dnia.
Wskazała palcem na temblak, na którym lewa ręka szyma spoczywała od wieczoru jego ucieczki z Port Helenia.
— Och, to? — Fiben uśmiechnął się. — No więc, chyba chciałem wyłudzić odrobinę współczucia. Proszę, nie mów nikomu, dobra? — Następnie, poważniejąc, spojrzał w dół, na Prathachulthorna. — Może nie jestem w tym ekspertem, ale idę o zakład, że nie zdobyłem dzisiaj ani punkcika u naszego drogiego Urzędu Wspomagania.
Podniósł wzrok i spojrzał na Athaclenę, po czym uśmiechnął się blado. Mimo wszystkiego, przez co przeszła, Tymbrimka stwierdziła, że nie może nic poradzić na to, iż cała ta sytuacja wydała się jej nagle zabawna.
Złapała się na tym, że się śmieje — cicho, lecz głębokim tonem jej ojca. Z jakiegoś powodu wcale jej to nie zaskoczyło.
Robota nie była jeszcze skończona. Zmęczona Athaclena musiała podążyć za Fibenem, który wlókł nieprzytomnego człowieka przez ciemne tunele. Gdy przechodzili na palcach obok drzemiącego kaprala piechoty morskiej, Athaclena sięgnęła ku niemu obolałymi, niemal bezwładnymi witkami i uspokoiła sen podoficera. Ten wymamrotał coś i przetoczył się na łóżku na drugi bok. Athaclena była teraz szczególnie ostrożna i upewniła się w dwójnasób, że jego osłona psi nie jest fortelem i mężczyzna naprawdę śpi głęboko.
Fiben sapał. Jego wargi skrzywiły się w grymasie wysiłku, gdy At-haciena poprowadziła go po pochyłym, bezładnym rumowisku od pradawnego osypiska do bocznego przejścia, które niemal na pewno nie było znane żołnierzom piechoty morskiej. W każdym razie nie znajdowało się ono na mapie jaskiń, do której uzyskała wcześniej dostęp z buntowniczej bazy danych.
Aura Fibena nabierała ostrego posmaku za każdym razem, gdy uderzał się w palce u nóg podczas krętej wspinaczki w półmroku. Niewątpliwie miał ochotę przeklinać pod nosem nabity ciężar Prathachulthorna, zachowywał jednak swe komentarze dla siebie, dopóki nie wyszli wreszcie w wilgotną, cichą noc.
— Anomalie i mutacje! — westchnął, odkładając swe brzemię. — Dobrze chociaż, że Prathachulthorn nie jest jednym z tych wysokich. Nie dałbym sobie rady, gdyby jego ręce i stopy cały czas wlokły się po ziemi.
Powąchał powietrze. Księżyców nie było, lecz opar, który wylał się ponad pobliskie urwiska niczym mglisty potop, emitował z siebie łagodny blask. Obejrzał się na Athaclenę.
— No i jak? Co teraz, szefowo? Za kilka godzin zrobi się tu gorąco jak w gnieździe szerszeni, zwłaszcza kiedy wrócą Robert i ta porucznik McCue. Czy uważasz, że lepiej będzie, jeśli pójdę po Tycho i zabiorę stąd ten zły przykład dla ziemskich podopiecznych? To by oznaczało dezercję, ale co tam, u diabła, chyba nigdy nie byłem zbyt dobrym żołnierzem.
Athaclena potrząsnęła głową. Sięgnęła koroną i znalazła ślady, których szukała.
— Nie, Fibenie. Nie mogłabym tego od ciebie wymagać. Poza tym, czeka cię inne zadanie. Uciekłeś z Port Helenia, by przynieść nam wiadomość o gubryjskiej propozycji. Teraz musisz tam wrócić i stawić czoła swemu przeznaczeniu.
Fiben zmarszczył brwi.
— Czy jesteś tego pewna? Nie potrzebujesz mnie? Athaclena zakryła usta dłońmi i wydała z siebie cichy tryl — okrzyk nocnego ptaka. Z ciemności zalegającej w dole zbocza dobiegła niewyraźna odpowiedź. Tymbrimka z powrotem zwróciła się w stronę Fibena.
— Oczywiście, że potrzebuję. Wszyscy cię potrzebujemy. Najwięcej dobrego możesz jednak zrobić nad morzem. Wyczuwam też, że chcesz tam wrócić.
Fiben pociągnął się za kciuki.
— Musiałem, kurde, zwariować.
Uśmiechnęła się.
— Nie. To tylko kolejna wskazówka, że Suzeren Poprawności wiedział co robi, wybierając ciebie… choć mógłby woleć, byś okazał swoim opiekunom trochę więcej respektu.
Fiben zesztywniał, potem jednak najwyraźniej wyczuł część jej ironii. Uśmiechnął się. Na ścieżce pod nimi dał się słyszeć cichy stukot końskich kopyt.
— Dobra — powiedział, nachylając się by dźwignąć bezwładną postać majora Prathachulthorna. — No chodź, tatuśku. Tym razem będę tak delikatny, jakbym miał do czynienia z moją ciotką, starą panną.
Cmoknął wargami skryty w cieniu policzek komandosa i spojrzał na Athaclenę.
— Tak lepiej, proszę pani?
Coś, co wzięła od ojca, sprawiło, że jej zmęczone witki zamusowały.
— Tak, Fiben — roześmiała się. — Tak jest znacznie lepiej.
Lydia i Robert żywili pewne podejrzenia, gdy wrócili o świcie i stwierdzili, że ich prawowity dowódca zniknął. Pozostali żołnierze Terrageńskiej Piechoty Morskiej spoglądali spode łba na Athaclenę z jawnym brakiem zaufania. Mała grupa szymów zajęła się pokojem Prathachulthorna, usuwając wszelkie ślady walki, zanim dotarł tam ktokolwiek z ludzi, nie mogły jednak ukryć faktu, że zniknął on, nie pozostawiając notatki ani żadnego śladu.
Robert zabronił nawet — na czas gdy prowadzili śledztwo — Athaclenie opuszczania pokoju i postawił przed nim na straży jednego z żołnierzy. Ulga, jaką czuł z powodu prawdopodobnego odroczenia planowanego ataku, szybko ustąpiła pola pełnemu oburzeniu poczuciu obowiązku. W porównaniu z nim, porucznik McCue stanowiła wzór spokoju. Na pozór wydawało się, że nie przejmuje się całą sprawą, zupełnie jakby major po prostu wyszedł sobie na chwilę. Jedynie Athaclena potrafiła wyczuć niepewność i walkę wewnętrzną Ziemianki.
Tak czy inaczej, nie było nic, co mogliby w tej sprawie zrobić. Wysłano ekipy poszukiwawcze, które dopędziły grupę szymów Athacleny wracającą na koniach do schroniska goryli. W tej chwili Prathachulthorna już jednak z nimi nie było. Znajdował się wysoko wśród koron drzew, przekazywany z jednego leśnego olbrzyma na drugi, przytomny już i wściekły, lecz bezradny i związany jak mumia.
Był to przykład na to, jak ludzie musieli płacić za swój „liberalizm”. Wychowali swych podopiecznych na indywidualistów i obywateli, było więc możliwe, by szymy wytłumaczyły sobie, że należy uwięzić jednego człowieka dla dobra wszystkich. Na swój sposób sam Prathachulthorn przyczynił się do tego swym lekceważącym, pełnym dezaprobaty zachowaniem. Niemniej Athaclena czuła pewność, że oficer będzie traktowany delikatnie i ostrożnie.
Tego wieczoru Robert przewodniczył nowej naradzie wojennej. Niejasny status zamkniętej w areszcie domowym Athacleny został zmodyfikowany tak, by mogła się na nią stawić. Obecni byli Fiben oraz szymscy tytularni porucznicy, podobnie jak podoficerowie piechoty morskiej.
Ani Lydia, ani Robert nie proponowali realizacji planu Prathachulthorna. Przyjęto po cichu, że major nie chciałby, by wprowadzono go w życie pod jego nieobecność.
— Może udał się na osobistą akcję wywiadowczą albo nie zapowiedzianą inspekcję którejś z placówek. Możliwe, że wróci w nocy albo jutro — zasugerowała z kompletną niewinnością Elayne Soo.