Выбрать главу

— To możliwe. Lepiej jednak załóżmy najgorsze — odparł Robert, który unikał spoglądania na Athaclenę. — Na wszelki wypadek lepiej wyślijmy wiadomość do kryjówki. Przypuszczam, że upłynie jakieś dziesięć dni, zanim otrzymamy od Rady nowe rozkazy i przyślą nam zmiennika.

Najwyraźniej przyjął założenie, że Megan Oneagle w żadnym wypadku nie pozostawi dowództwa w jego rękach.

— No więc, ja chcę wrócić do Port Helenia — oznajmił po prostu Fiben. — Tam będę się mógł znaleźć blisko centrum wydarzeń. Ponadto Gailet mnie potrzebuje.

— Dlaczego uważasz, że Gubru przyjmą cię z powrotem po twojej ucieczce? — zapytała Lydia McCue. — Czemu nie mieliby cię po prostu zastrzelić?

Fiben wzruszył ramionami.

— Jeżeli trafię na niewłaściwych Gubru, to właśnie zapewne zrobią.

Zapadła długa cisza. Gdy Robert zwrócił się do nich o inne sugestie, ludzie i pozostałe szymy zachowali milczenie. Kiedy Prathachulthorn był z nimi, dominując nad dyskusją i nastrojem, mieli przynajmniej jego arogancką pewność siebie, która przezwyciężała ich wątpliwości. Teraz ponownie zdali sobie sprawę ze swej sytuacji. Byli maleńką armią, posiadającą jedynie ograniczoną liczbę opcji. Ponadto nieprzyjaciel miał zamiar wprawić w ruch serię wydarzeń, których nie mogli nawet zrozumieć, a co dopiero im zapobiec.

Athaclena odczekała, aż atmosfera zrobiła się gęsta od przygnębienia, po czym wypowiedziała cztery słowa:

— Potrzebny nam mój ojciec.

Ku jej zaskoczeniu zarówno Robert, jak i Lydia skinęli głowami. Nawet gdy wreszcie nadejdą rozkazy od Rady na wygnaniu, jej instrukcje będą zapewne równie sprzeczne i niejasne jak zawsze. Było oczywiste, że przyda im się doradztwo, zwłaszcza że w grę wchodziły sprawy galaktycznej dyplomacji.

Przynajmniej ta McCue nie podziela ksenofobii Prathachulthorna — pomyślała Athaclena. Musiała przyznać, że podoba jej się to, co kennowała w aurze ziemskiej kobiety.

— Robert mówił mi, że jesteś pewna, iż twój ojciec żyje — odezwała się Lydia. — To świetnie. Ale gdzie on się znajduje? Jak możemy go odnaleźć?

Athaclena pochyliła się do przodu, utrzymując koronę w bezruchu.

— Wiem, gdzie on jest.

— Wiesz? — Robert zamrugał powiekami. — Ale… — jego głos umilkł, gdy człowiek sięgnął na zewnątrz, by dotknąć jej swym wewnętrznym zmysłem, po raz pierwszy od wczoraj. Athaclena przypomniała sobie, jak poczuła się wtedy, gdy ujrzała, że trzyma on Lydię za rękę. Przez chwilę opierała się jego wysiłkom, po czym, czując się głupio, ustąpiła.

Robert usiadł ciężko na krześle i wypuścił powietrze. Zamrugał kilka razy z rzędu.

— Och.

To było wszystko, co powiedział.

Teraz to Lydia przenosiła raz za razem wzrok z Roberta na Athaclenę i z powrotem. Przez chwilę zalśniła czymś przypominającym lekko zazdrość.

Ja również mam go na sposób niedostępny dla ciebie — pomyślała Athaclena. Przede wszystkim jednak dzieliła się tą chwilą z Robertem.

— …N’tah’hoo, Uthacalthing — powiedział ten w siódmym galaktycznym. — Lepiej coś zróbmy i to szybko.

77. Fiben i Sylvie

Czekała na niego, gdy prowadził Tycho w górę ścieżką wychodzącą z Doliny Jaskiń. Siedziała cierpliwie tuż za zakrętem, obok sosny fipowej, której gałęzie zwisały ponad nią. Odezwała się dopiero w chwili, gdy ją mijał.

— Myślałeś, że się tak wymkniesz, nie mówiąc nawet „do widzenia”, prawda? — zapytała. Miała na sobie długą spódniczkę. Ramiona trzymała splecione wokół kolan.

Fiben przywiązał konia do gałęzi drzewa i usiadł obok niej.

— Nie — odparł. — Wiedziałem, że ta sztuka się nie uda. Spojrzała na niego z ukosa i zauważyła, że się uśmiecha. Pociągnęła nosem i popatrzyła znowu w głąb kanionu, gdzie poranne mgły rozwiewały się powoli. Zanosiło się na to, że poranek będzie bezchmurny i piękny.

— Pomyślałam sobie, że będziesz wracał.

— Muszę, Sylvie. To… Przerwała mu.

— Wiem. Odpowiedzialność. Musisz wrócić do Gailet. Ona cię potrzebuje, Fiben.

Skinął głową. Nie trzeba mu było przypominać, że ma obowiązki również w stosunku do Sylvie.

— Hm. Kiedy się pakowałem, zjawiła się doktor Soo i…

— Napełniłeś butelkę, którą ci dała. Wiem o tym — Sylvie pochyliła głowę. — Dziękuję. Uważam, że otrzymałam należytą zapłatę.

Fiben opuścił wzrok. Czuł się niezręcznie, mówiąc bez ogródek na podobny temat.

— Kiedy…

— Pewnie dziś w nocy. Jestem gotowa. Czy tego nie czujesz? Parka i długa spódnica Sylvie z pewnością zakrywały wszelkie zewnętrzne oznaki. Niemniej miała rację. Jej zapach nie był niczym zamaskowany.

— Mam szczerą nadzieję, że dostaniesz to, czego pragniesz, Sylvie.

Ponownie skinęła głową. Siedzieli obok siebie, czując się niezręcznie. Fiben próbował wymyślić coś, co mógłby powiedzieć. W głowie miał jednak pustkę. Czuł się jak głupi. Wiedział, że czegokolwiek spróbuje, na pewno wyjdzie mu nie tak.

Nagle rozległ się cichy szelest. Coś poruszyło się na dole, tam gdzie serpentyny traktu rozchodziły się, tworząc ścieżki prowadzące w kilku różnych kierunkach. Zza skalistego rumowiska wychynęła wysoka, ludzka postać niestrudzenie poruszająca się truchtem. Robert Oneagle biegł w kierunku rozwidlenia wąskich ścieżek, niosąc ze sobą jedynie łuk i lekki plecak.

Spojrzał w górę i ujrzawszy parę szymów, zwolnił. Uśmiechnął się w odpowiedzi, gdy Fiben zamachał do niego ręką, lecz osiągnąwszy rozwidlenie skierował się na południe, rzadko używaną ścieżką. Wkrótce zniknął w leśnym gąszczu.

— Co on robi? — zapytała Sylvie.

— Wygląda na to, że biegnie. Uderzyła go w ramię.

— To zauważyłam. Ale dokąd?

— Spróbuje przedostać się przez przełęcze, zanim spadnie śnieg.

— Przez przełęcze? Ale…

— Ponieważ major Prathachulthorn zniknął, a czasu jest tak mało, porucznik McCue i pozostali żołnierze piechoty morskiej zgodzili się na wprowadzenie w życie alternatywnego planu, który wykombinowali Robert i Athaclena.

— Ale on biegnie na południe — odparła Sylvie. Robert skręcił w rzadko wykorzystywaną ścieżkę, która prowadziła w głąb łańcucha górskiego Mulunu. Fiben skinął głową.

— Musi kogoś odszukać. Jest jedynym, który może wykonać to zadanie.

Ton jego głosu przekonał Sylvie w sposób niedwuznaczny, że było to wszystko, co Fiben zamierzał powiedzieć na ten temat.

Siedzieli jeszcze przez chwilę w milczeniu. Przelotne pojawienie się Roberta przyniosło im przynajmniej mile widzianą chwilę ulgi od towarzyszącego im napięcia.

To głupota — pomyślał Fiben. Bardzo lubił Sylvie. Nigdy nie mieli zbyt wielu okazji, by ze sobą porozmawiać, a to mogła być ich ostatnia szansa.

— Nigdy… nigdy nie opowiadałaś mi o swym pierwszym dziecku — odezwał się nagle. Gdy już wydobył z siebie te słowa, zastanowił się, czy ma prawo o to pytać.

Rzecz jasna, było wyraźnie widoczne, że Sylvie rodziła już przedtem, a także karmiła dziecko. Rozstępy były czymś atrakcyjnym w gatunku, w którym jedna czwarta samic w ogóle nie wydawała potomstwa.

Tkwi w tym też jednak ból — pomyślał Fiben.

— To stało się pięć lat temu. Byłam bardzo młoda — mówiła głosem spokojnym i opanowanym. — Miał na imię… nazwaliśmy go Sichi. Urząd przetestował go, jak zwykle, stwierdzono jednak, że jest… nieprawidłowy.

— Nieprawidłowy?

— Tak, takiego właśnie słowa użyli. Zakwalifikowano go jako pierwszorzędnego pod pewnymi względami… a „dziwacznego” pod innymi. Nie znaleźli oczywistych defektów, ale — jak powiedzieli — pewne „osobliwe” cechy. Paru urzędników było zaniepokojonych. Urząd Wspomagania postanowił, że trzeba go wysłać na Ziemię celem dalszej oceny. Zachowali się bardzo uprzejmie — pociągnęła nosem. — Oświadczyli mi, że mogę polecieć z nim.