Poranna mgła rozproszyła się. Nie uderzały żadne pioruny. Nieskłonny do współpracy wszechświat nie dostarczył mu choćby jednej chmurki na niebie. Mimo to Fiben doszedł do wniosku, że tym razem zapewne będzie mógł sobie poradzić bez błyskawic.
78. Galaktowie
W Szesnastym Gubryjskim Obozie Wojskowym chaos panujący na szczycie zaczął wpływać na tych, którzy zajmowali niższe miejsce w hierarchii. Dochodziło do sprzeczek o przydziały i zapasy, a także kłótni wywołanych przez zachowanie szeregowych żołnierzy, których pogarda w stosunku do służb pomocniczych osiągnęła nowy, niebezpieczny poziom.
Podczas popołudniowej modlitwy wielu Żołnierzy Szponu założyło tradycyjne wstążki żałoby po Utraconych Przodkach i połączyło się z kapelanem z kasty kapłańskiej, by nucić w niskim unisono. Mniej pobożna większość, która z reguły zachowywała podczas takich nabożeństw pełne szacunku milczenie, teraz najwyraźniej uznała, że jest to najlepszy moment do uprawiania hazardu i wywoływania głośnego zgiełku. Wartownicy muskali sobie pióra i celowo pozwalali, by te, które wyrwali, unosiły się na silnym wietrze i przelatywały pomiędzy wiernymi, przeszkadzając im.
Świadczące o niezgodzie hałasy dawały się słyszeć podczas pracy, porządków oraz ćwiczeń.
Tak się złożyło, że pułkownik-jastrząb dowodzący wschodnimi obozami odbywał właśnie inspekcję i osobiście stał się świadkiem tej dysharmonii. Nie tracił czasu na wahania. Natychmiast rozkazał się zebrać całemu personelowi Szesnastego Obozu. Następnie polecił, by główny administrator oraz kapłan obozu stanęli u jego boku na pomoście i zwrócili się do zebranych na dole:
— Nie pozwólmy, by mówiono, rozpowiadano, plotkowano, Że gubryjscy żołnierze utracili wizję! Czy jesteśmy sierotami? Opuszczonymi? Porzuconymi? Czy też członkami wielkiego klanu? Kim byliśmy, jesteśmy, będziemy? Wojownikami, budowniczymi, lecz nade wszystko — Należytymi dziedzicami tradycji!Przez pewien czas pułkownik-jastrząb przemawiał do nich w tym duchu. Towarzyszyła mu przekonująca pieśń w wykonaniu administratora oraz duchowego doradcy obozu. Wreszcie zawstydzeni; żołnierze oraz personel zaczęli gruchać razem w coraz głośniejszym, harmonijnym chórze.
Podjęli próbę, poświęcili czas — jeden mały zastęp żołnierzy, biurokratów oraz kapłanów — i walczyli jak jeden, by przezwyciężyć l swe wątpliwości. Na krótką chwilę rzeczywiście ukształtował się wtedy consensus.
79. Gailet
…Nawet wśród tych rzadkich, tragicznych przypadków — gatunków dzikusów — istniały proste wersje owych metod. Choć byty one prymitywne, w ich skład również wchodziły rytuały „honorowej walki”. W ten sposób narzucały one agresywności i wojnie pewne ograniczenia.
Weźmy, na przykład, najnowszy klan dzikusów — „ludzi” z Soi III. Zanim zostali odkryci przez galaktyczną kulturę, ich prymitywne „plemiona” często używały rytuału celem utrzymania w ryzach cyklów nieustannie narastającej przemocy, których normalnie można oczekiwać po takim pozbawionym przewodnictwa gatunku. (Niewątpliwie te tradycje wywodziły się ze zniekształconych wspomnień o dawno utraconych opiekunach).
Wśród prostych, lecz skutecznych metod używanych przez przedkontaktowych ludzi (zob. cytaty) byty: honorowy symboliczny cios stosowany przez „Indian amerykańskich”, pojedynek reprezentantów wśród „średniowiecznych europejczyków” oraz odstraszanie przez wzajemne zniszczenie wśród „kontynentalnych państw plemiennych”.
Rzecz jasna, tym metodom brak było subtelności, delikatnej równowagi i homeostazy współczesnych zasad postępowania ustalanych przez Instytut Sztuki Wojennej…
— Dobra. Czas na przerwę. Koniec i kropka. Wystarczy. Gailet mrugnęła. Jej spojrzenie utraciło ostrość, gdy grubiański głos wyrwał ją z transu nauki. Moduł biblioteczny wyczuł to i zamroził tekst na ekranie.
Spojrzała w lewą stronę. Rozciągnięty na worku z fasolą, jej nowy „partner” odrzucił na bok swą studnię danych i ziewnął, przeciągając potężne, żylaste ciało.
— Czas się napić — powiedział leniwie.
— Nie przeszedłeś nawet przez pierwsze streszczenie — zauważyła Gailet.
Uśmiechnął się.
— Ech, nie wiem, po co musimy się uczyć tego gówna. Nieziemniacy zdziwią się, jeśli będziemy pamiętać, by się pokłonić, i wyrecytujemy nazwę własnego gatunku. No wiesz, nie oczekują, by neoszympansy były geniuszami.
— Najwyraźniej nie. A twoje wyniki w testach rozumienia z pewnością pogłębią to wrażenie.
To sprawiło, że na moment zmarszczył brwi. Ponownie zmusił się do uśmiechu.
— Ty, z drugiej strony, starasz się wręcz wyjątkowo. Jestem pewien, że nieziemniakom wydasz się okropnie zmyślna.
Tu mnie masz — pomyślała Gailet. Nie zajęło im obojgu zbyt wiele czasu, by nauczyć się, gdzie zadawać bolesne ciosy.
Może to jest kolejny test. Sprawdzają, ile może znieść moja cierpliwość, zanim się nie załamie.
Było to możliwe… ale niezbyt prawdopodobne. Nie widziała Suzerena Poprawności już od ponad tygodnia. Miała jedynie do czynienia z komitetem złożonym z trzech Gubru o pastelowych odcieniach — po jednym z każdej frakcji. Ponadto zabarwiony na niebiesko Żołnierz Szponu kroczył dumnie przed pozostałymi podczas tych spotkań.
Wczoraj wszyscy udali się na obiekt ceremonialny celem odbycia „próby”. Choć Gailet wciąż nie była zdecydowana, czy zgodzi się z nimi współpracować podczas samej imprezy, zdała sobie sprawę, że może już być za późno, by zmienić zdanie.
Nadmorskie wzgórze wyrzeźbiono i ukształtowano tak, że olbrzymie elektrownie nie były już widoczne. Tarasy pokrywające zbocza wiodły elegancko pod górę, jeden poziom za drugim, skalane jedynie drobnymi odpadkami nawiewanymi przez silne jesienne wiatry. Już teraz na wschodniej bryzie powiewały jaskrawe sztandary oznaczające stanowiska, na których reprezentantów neoszympansów będzie się prosiło o recytację, odpowiedzi na pytania lub poddanie się intensywnym badaniom.
Tam, na terenie obiektu, gdy Gubru znajdował się tuż obok, Irongrip sprawiał wrażenie pod każdym względem przykładnego ucznia. Być może coś więcej niż pragnienie przypodobania się im czyniło go tak nietypowo pilnym. Ostatecznie chodziło o fakty, które miały bezpośredni wpływ na jego ambicje. Tego popołudnia jego bystra inteligencja błyszczała.
Teraz jednak, gdy byli sami pod olbrzymim sklepieniem Nowej Biblioteki, na pierwszy plan wybijały się inne aspekty jego natury.
— I co ty na to? — zapytał, gdy nachylił się nad jej krzesłem i obdarzył ją lubieżnym uśmiechem. — Chcesz wyjść na zewnątrz i odetchnąć świeżym powietrzem? Moglibyśmy wymknąć się do eukaliptusowego gaju i…
— Są na to dwie szansę — odburknęła. — Marna i kiepska. Roześmiał się.
— A więc zaczekamy do chwili ceremonii, jeśli wolisz robić to publicznie. Będziemy tam tylko we dwoje, malutka, a przyglądać się będzie Pięć Galaktyk.
Uśmiechnął się i zgiął swe potężne dłonie. Ich kostki trzasnęły.
Gailet odwróciła się i zamknęła oczy. Musiała się skupić, aby nie pozwolić, by jej dolna warga zaczęła drżeć.
Uratuj mnie — pomyślała, choć rozsądek mówił jej, że nie ma na to nadziei.
Logika czyniła jej wymówki za to, że w ogóle przyszła jej do głowy podobna myśl. Ostatecznie jej biały rycerz był tylko małpą i niemal na pewno już nie żył.
Mimo to nie mogła nie krzyknąć w głębi duszy: Fiben, potrzebuję cię. Fiben, wróć!