Czy ten i następne testy owych potężnych silników mogły tłumaczyć, dlaczego goryle zaczęły się zachowywać tak bardzo dziwnie?
Athaclena wiedziała na pewno tylko jedno — to, że czuła zdenerwowanie i lęk.
Wkrótce — pomyślała. — Wszystko wkrótce osiągnie punkt kulminacyjny.
Pokonała już połowę drogi do swego namiotu, gdy z lasu wypadła para zdyszanych szymów gnających ku niej w górę ścieżki.
— Miss… miss… — wydyszał jeden z nich. Drugi trzymał się za bok, sapiąc głośno.
Początkowy odczyt ich paniki wywołał u niej krótki wypływ hormonów, który zmniejszył się nieco dopiero wtedy, gdy prześledziła powody ich strachu i wykennowała, że nie wywołał go atak nieprzyjaciela. Coś innego wystraszyło je tak, że na wpół odebrało im rozum.
— Miss Ath… Athacleno — wydyszał pierwszy szym. — Musi pani szybko tam pójść!
— O co chodzi, Petri? Co się dzieje? Szym przełknął ślinę.
— To gorki. Nie możemy już nad nimi zapanować! No tak — pomyślała. Już od ponad tygodnia niska, atonalna muzyka goryli doprowadzała ich szymskich strażników do paroksyzmów.
— Co robią tym razem?
— Odchodzą! — zajęczał drugi z posłańców płaczliwym tonem. Athaclena mrugnęła.
— Co powiedziałeś?
Brązowe oczy Petriego pełne były oszołomienia.
— Odchodzą. Po prostu wstały i sobie poszły! Skierowały się w stronę Sindu i wygląda na to, że nie możemy zrobić nic, by je powstrzymać!
82. Uthacalthing
Tempo ich posuwania się w stronę gór spadło ostatnio wyraźnie. Kault zdawał się spędzać coraz więcej czasu nad wykonanymi przez siebie prowizorycznymi instrumentami… oraz na sporach ze swym tymbrimskim towarzyszem.
Jak szybko zmieniła się sytuacja — pomyślał Uthacalthing. Pracował długo i ciężko, by przywieść Kaulta do tego gorączkowego stopnia podejrzliwości i podniecenia. Teraz łapał się na tym, że miło wspominał ich dawne, spokojne koleżeństwo — długie, leniwe dni wypełnione plotkami i wspomnieniami oraz wspólnotą losu wygnańców — jakkolwiek frustrujące wydawało się ono wówczas.
Rzecz jasna, Uthacalthing był jeszcze wtedy kompletny i potrafił patrzeć na świat oczyma Tymbrimczyka, poprzez łagodzący welon kapryśnej fantazji.
A teraz? Wiedział, że inni członkowie jego gatunku już przedtem uważali go za ponurego i poważnego. Teraz jednak z pewnością uznają go za kalekę, dla którego być może najlepszym wyjściem byłaby śmierć.
Zbyt wiele mi odebrano — pomyślał, podczas gdy Kault mruczał coś do siebie w narożniku ich schronienia. Na zewnątrz mocne podmuchy wiatru poruszały trawami sawanny. Światło księżyców muskało długie grzbiety wzgórz przypominające ospałe fale oceanu, zastygłe w samym środku szalejącego sztormu.
Czy naprawdę musiała zabrać tak dużo? — zastanowił się, choć nie był właściwie w stanie czuć zbyt wiele ani wzbudzić w sobie zainteresowania.
Rzecz jasna, Athaclena niezbyt dobrze wiedziała, co robi tej nocy, gdy poczuwszy taką potrzebę zdecydowała się powołać na ślubowanie, które złożyli jej rodzice. S’ustm’thoon nie było czymś, czego można się było nauczyć. Krok tak drastyczny i tak rzadko stosowany nie mógł być odpowiednio opisany przez naukę. Ponadto z samej swej natury s’ustm’thoon było czymś, co można zrobić tylko raz w życiu.
Zresztą teraz, gdy to wspominał, Uthacalthing zwrócił uwagę na coś, czego wówczas nie zauważył.
Owego wieczoru panowało wielkie napięcie. Już wiele godzin wcześniej wyczuwał niepokojące fale energii, jak gdyby widmowe półglify o olbrzymiej mocy uderzały, pulsując, o góry. Być może tłumaczyło to, dlaczego zew jego córki miał tak wielką siłę. Czerpała ją z jakiegoś zewnętrznego źródła!
Przypomniał też sobie coś jeszcze. Podczas burzy sustmthoon wywołanej przez Athaclenę nie wszystko, co z niego wyrwano, powędrowało do niej!
Dziwne, że nie pomyślał o tym aż do tej chwili. Teraz jednak Uthacalthingowi wydawało się, że przypomina sobie niejasno, iż część jego esencji przemknęło obok Athacleny i poleciała dalej. Nie potrafił jednak nawet sobie wyobrazić, dokąd mogłyby zmierzać. Być może do źródła tych energii, które wyczuł wcześniej. A może…
Był zbyt zmęczony, by tworzyć racjonalne teorie.
Kto wie? Może ściągnęli je do siebie Garthianie.
Był to kiepski żart, niewart nawet słabego uśmiechu. Mimo to ta ironia podniosła go na duchu. Przekonała go, że nie utracił absolutnie wszystkiego.
— Jestem już o tym przekonany, Uthacalthing — głos Kaulta był cichy i brzmiał pewnie. Thennanianin odwrócił się, by spojrzeć na niego. Odłożył instrument, który skonstruował z przypadkowych elementów z rozbitej szalupy.
— Przekonany o czym, kolego?
— O tym, że podejrzenia żywione niezależnie od siebie przez nas obu skupiają się na prawdopodobnym fakcie! Popatrz. Dane, które mi pokazałeś — twoje prywatne szpule dotyczące owych „Garthian” — pozwoliły mi nastawić mój dekoder tak, że jest dla mnie teraz oczywiste, iż odnalazłem rezonans, którego szukałem.
— Naprawdę? — Uthacalthing nie wiedział, co o tym sądzić. Nigdy się nie spodziewał, że Kault rzeczywiście znajdzie potwierdzenie faktu istnienia mitycznych zwierząt.
— Wiem, co cię niepokoi, mój przyjacielu — ciągnął Kault, unosząc w górę jedną ze swych masywnych, pokrytych skórzastymi płytami rąk. — Obawiasz się, że moje eksperymenty zwrócą na nas uwagę Gubru. Nie lękaj się. Używam bardzo wąskiego pasma i odbijam moją wiązkę od bliższego księżyca. Jest nadzwyczaj nieprawdopodobne, by byli w stanie zlokalizować źródło moich słabiutkich impulsów.
— Ale… — Uthacalthing potrząsnął głową. — Czego szukasz? Kault sapnął przez szczeliny oddechowe.
— Pewnego typu rezonansu mózgowego. To dość specjalistyczna sprawa. Wiąże się to z czymś, co wyczytałem o owych Garthianach na twoich taśmach — ciągnął. — Nieliczne dane, jakie posiadałeś, zdawały się wskazywać, że te przedrozumne istoty mogą mieć mózgi nie różniące się zbytnio od posiadanych przez Ziemian czy Tymbrimczyków.
Uthacalthing zdumiewał się tym, że Kault użył jego fałszywych danych z podobną skwapliwością i entuzjazmem. Jego poprzednia osobowość byłaby zachwycona.
— I co? — zapytał.
— No więc… zobaczymy, czy potrafię to wyjaśnić za pomocą przykładu. Weźmy ludzi…
Proszę bardzo — pomyślał Uthacalthing bez większego przejęcia, raczej z przyzwyczajenia.
— …Ziemianie reprezentują jedną z wielu dróg, jakimi można podążać, by wreszcie osiągnąć inteligencję. Ich metoda polegała na użyciu dwóch mózgów, które następnie stały się jednym.
Uthacalthing mrugnął. Jego umysł pracował bardzo leniwie.
— Czy… czy mówisz o fakcie, ze ich mózgi składają się z dwóch częściowo od siebie niezależnych półkul?
— Tak jest. Ponadto, choć te połówki są do siebie podobne i w pewnych sprawach nadmiarowe, w innych dzielą pomiędzy siebie zadania. Ten podział jest jeszcze wyraźniejszy u ich podopiecznych, neodelfinów. Zanim przybyli tu Gubru, studiowałem dane dotyczące neoszympansów, które pod wieloma względami są podobne do swych opiekunów. Jedną z rzeczy, których ludzie musieli dokonać we wczesnej fazie swego programu Wspomagania, było znalezienie sposobów na połączenie funkcji dwóch połówek mózgów przedrozumnych szympansów w jedną, sprawnie funkcjonującą świadomość. Dopóki tego nie dokonano, neoszympansy cierpiały z powodu czegoś, co nazywa się „dwukomorowością”…
Kault nie przestawał mówić, pozwalając, by jego żargon stawał się stopniowo coraz bardziej specjalistyczny. Wreszcie Uthacalthing całkowicie stracił wątek. Wydawało się, że arkana funkcji mózgowych wypełniły ich schronienie niczym gęsty dym. Tymbrimczyk czuł niemal pokusę, by ukształtować glif dla dania wyrazu swej nudzie, brakowało mu jednak energii, by choćby poruszyć witkami.