— …tak więc ten rezonans zdaje się wskazywać, że w zasięgu mojego instrumentu faktycznie znajdują się dwukomorowe umysły!
No tak — pomyślał Uthacalthing. Jeszcze w Port Helenia, w czasie gdy wciąż był sprytnym twórcą skomplikowanych spisków, podejrzewał, że Kault może się wykazać podobną zaradnością. Był to jeden z powodów, dla których wybrał sobie na wspólnika atawistycznego szyma. Thennanianin zapewne odbierał impulsy pochodzące od biednego Jo-Jo, którego cofnięty w rozwoju mózg pod wieloma względami przypominał mózgi pozostawionych odłogiem, nie wspomożonych szympansów sprzed stuleci. Niewątpliwie Jo-Jo zachował nieco owej „dwukomorowości”, o której mówił Kault.
Wreszcie Thennanianin zakończył.
— Jestem więc niemal całkowicie przekonany, na podstawie dowodów zebranych przez ciebie i przeze mnie, że nie możemy już dłużej zwlekać. Musimy w jakiś sposób dostać się do międzygwiezdnego komunikatora i zrobić z niego użytek!
— Jak zamierzasz tego dokonać? — zapytał Uthacalthing z umiarkowaną ciekawością.
Szczeliny oddechowe Kaulta zatętniły w widocznym, rzadkim u niego podnieceniu.
— Być może uda nam się przedostać ukradkiem czy za pomocą blefu bądź też przedrzeć się siłą do Planetarnej Filii Biblioteki, poprosić o azyl, a potem odwołać się do wszystkich priorytetów pod pięćdziesięcioma słońcami Thennanu. Być może znajdzie się inny sposób. Nie dbam o to, choćby nawet trzeba było ukraść gubryjski gwiazdolot. Musimy w jakiś sposób przekazać tę wieść mojemu klanowi!
Czy była to ta sama istota, która tak gorąco pragnęła ulotnić się z Port Helenia przed przybyciem najeźdźców? Kault sprawiał zewnętrznie wrażenie równie zmienionego, jak Uthacalthing czuł się zmieniony wewnętrznie. Entuzjazm Thennanianina przypominał gorący płomień, podczas gdy jego towarzysz musiał z uwagą rozniecać swój.
— Chcesz uzyskać prawa do tych przedrozumnych istot, zanim zdołają uczynić to Gubru? — zapytał.
— Tak jest. I czemu nie? By uratować je przed tak straszliwymi opiekunami, gotów byłbym poświęcić życie! Może zachodzić potrzeba wielkiego pośpiechu. Jeśli to, co podsłuchaliśmy na naszym odbiorniku, jest prawdą, emisariusze z Instytutów mogą już być w drodze na Garth. Sądzę, że Gubru planują coś wielkiego. Być może dokonali tego samego odkrycia. Musimy działać szybko, byśmy się nie spóźnili!
Uthacalthing skinął głową.
— Jeszcze jedno pytanie, znakomity kolego — przerwał na chwilę. — Dlaczego miałbym ci pomóc?
Kault westchnął z dźwiękiem przywodzącym na myśl przedziurawiony balon. Grzebień na jego grzbiecie opadł szybko. Spojrzał na Uthacalthinga z miną tak pełną emocji, jakiej żaden Tymbrimczyk nie widział jeszcze na twarzy ponurych Thennanian.
— Byłoby to bardzo korzystne dla tych przedrozumnych istot — wysyczał. — Ich los byłby znacznie szczęśliwszy.
— Być może. To dyskusyjne. Czy to jednak wszystko? Czy liczysz wyłącznie na mój altruizm?
— Eee. Hmm — na zewnątrz Kault sprawiał wrażenie oburzonego, że prosi się go o coś więcej. Niemniej jednak, czy rzeczywiście mógł być zaskoczony? Ostatecznie był dyplomatą i rozumiał, że najlepsze i najpewniejsze układy opierają się na otwarcie wyrażonych interesach. — To by… To by bardzo pomogło mojemu stronnictwu, gdybym zdobył podobny skarb. Zapewne przejęlibyśmy władzę — zasugerował.
— Niewielka poprawa w stosunku do tego, czego nie da się znieść, nie jest wystarczającym powodem do wpadania w podniecenie — Uthacalthing potrząsnął głową. — Nadal nie wyjaśniłeś mi, dlaczego nie miałbym zgłosić pretensji w imieniu własnego klanu. Badałem te pogłoski jeszcze przed tobą. My, Tymbrimczycy, bylibyśmy znakomitymi opiekunami dla tych stworzeń.
— Wy! Wy… K’ph mimpher’rrengi?
Zwrot ten oznaczał w przybliżonym tłumaczeniu „młodociani przestępcy”. Prawie wystarczyło to, by Uthacalthing uśmiechnął się ponownie. Kault przesunął się, skrępowany. Widać było, że z wysiłkiem zachowuje dyplomatyczny spokój.
— Wam, Tymbrimczykom, brak siły, potęgi niezbędnej do wsparcia podobnych pretensji — mruknął.
Nareszcie — pomyślał Uthacalthing. — Prawda.
W czasach takich jak te, w warunkach równie niejasnych jak panujące obecnie, potrzeba będzie czegoś więcej niż zwykłe pierwszeństwo zgłoszenia, by rozstrzygnąć sprawę adopcji przedrozumnego gatunku. Instytut Wspomagania zupełnie oficjalnie weźmie pod uwagę wiele innych czynników. Ludzie znali szczególnie adekwatne powiedzenie. „Szczęśliwy, kto posiada”. Z pewnością miało ono zastosowanie do tej sytuacji.
— Tak więc wracamy do pytania numer jeden — Uthacalthing skinął głową. — Jeśli ani my Tymbrimczycy, ani Terranie nie możemy zdobyć Garthian dla siebie, dlaczego mielibyśmy pomóc ich dostać akurat wam?
Kault kołysał się z boku na bok, jak gdyby próbował zsunąć się z gorącego siedzenia. Jego cierpienie było rażąco oczywiste, podobnie jak jego desperacja. Wreszcie wygarnął:
— Mogę z niemal całkowitą pewnością zagwarantować zaprzestanie wszelkich działań wojennych prowadzonych przez mój klan przeciwko twojemu.
— To za mało — odpowiedział szybko Uthacalthing.
— Czegóż więcej mógłbyś ode mnie żądać! — wybuchnął Kault.
— Prawdziwego sojuszu. Obietnicy thennańskiej pomocy przeciwko tym, którzy oblegają w tej chwili Tymbrim.
— Ale…
— Ponadto gwarancja musi być wiążąca. Z góry. Obowiązująca bez względu na to, czy te twoje przedrozumne istoty faktycznie istnieją.
Kault zająknął się.
— Nie możesz oczekiwać…
— Och, ależ mogę. Dlaczego miałbym uwierzyć w owych „Garthian”. Dla mnie byli oni jedynie intrygującą pogłoską. Nigdy ci nie powiedziałem, że wierzę w ich istnienie. A ty chcesz, żebym ryzykował życiem, by umożliwić ci dotarcie do nadajnika! Dlaczego miałbym to uczynić bez gwarancji, że przyniesie to korzyść mojemu ludowi?
— To… to niesłychane!
— Niemniej tego właśnie żądam. Możesz się zgodzić lub nie. Przez chwilę Uthacalthing miał przyprawiające o dreszcz podejrzenie, że za chwilę stanie się świadkiem nieoczekiwanego. Wyglądało na to, że Kault może stracić panowanie nad sobą… może naprawdę dopuścić się aktu przemocy. Na widok jego masywnych pięści, zaciskających się i rozluźniających szybko, Uthacalthing poczuł, że jego krew wzburzyła się pod wpływem przekształcających enzymów. Przypływ nerwowego strachu sprawił, że poczuł się bardziej pełen życia, niż miało to miejsce od wielu dni.
— Stanie… stanie się, jak żądasz — warknął wreszcie Kault.
— Dobrze — Uthacalthing westchnął i rozluźnił się. Wyciągnął swą studnię danych. — Ustalmy wspólnie, jak mamy sformułować kontrakt.
Ponad godzinę zajęło im ubranie tego w odpowiednie słowa. Gdy już skończyli i gdy złożyli podpisy pod obiema kopiami na znak potwierdzenia, Uthacalthing wręczył Kaultowi jedną kapsułkę z nagraniem, a drugą zachował dla siebie.
To zdumiewające — pomyślał w owej chwili. Przygotowywał plany i spiski celem doprowadzenia do tego dnia. Była to druga część jego wspaniałego żartu, który wreszcie się wypełnił. Już oszukanie Gubru było czymś cudownym. To jednak wydawało się wprost niewiarygodne.
Mimo to Uthacalthing czuł wówczas raczej odrętwienie niż triumf. Nie cieszyła go myśl o oczekującej ich wspinaczce i o szaleńczym wyścigu pomiędzy wyniosłymi turniami Mulunu, po którym miała nastąpić desperacka próba, mogąca niewątpliwie doprowadzić jedynie do tego, że obaj zginą ramię przy ramieniu.