— Rzecz jasna, zdajesz sobie sprawę, Uthacalthing, że mój lud nie wypełni tej umowy, o ile okaże się, że byłem w błędzie. Jeśli Garthianie jednak nie istnieją, Thennanianie wyprą się mnie. Zapłacą dyplomatyczną kaucję, by wykupić ten kontrakt, a ja będę skończony.
Uthacalthing nie patrzył na Kaulta. To był z pewnością kolejny powód, dla którego odczuwał pełną przygnębienia obojętność.
Wielkiemu dowcipnisiowi powinno być obce poczucie winy — powiedział sam do siebie. — Być może spędziłem zbyt wiele czasu pomiędzy ludźmi.
Cisza ciągnęła się jeszcze przez długą chwilę. Każdy z nich pogrążył się we własnych rozmyślaniach.
Rzecz jasna, rodacy wyprą się Kaulta. Thennanianie z pewnością nie dadzą wciągnąć się w sojusz czy nawet nie zawrą pokoju z porozumieniem ziemsko-tymbrimskim. Uthacalthing liczył jedynie na to, że posieje zamieszanie w szeregach nieprzyjaciela. Gdyby Kault jakimś cudem zdołał wysłać swą wiadomość i naprawdę ściągnąć thennańskie armady do tego zapadłego układu, dwóch wielkich wrogów jego rasy zostałoby wciągniętych w walkę, która zużyłaby ich siły… walkę o nic. O nie istniejący gatunek. O duchy stworzeń wymordowanych pięćdziesiąt tysięcy lat temu.
Cóż za wspaniały żart! Powinienem czuć się szczęśliwy. Podekscytowany.
Co smutniejsze, wiedział, że nie może nawet winić s’ustni’thoon za swą niezłomność czerpania przyjemności z tego, co się stało. Nie było winą Athacleny, że nie opuszczało go to uczucie… uczucie, że przed chwilą zdradził przyjaciela.
Nieważne — pocieszał się Uthacalthing. — Prawdopodobnie i tak nic z tego nie wyjdzie. Żeby Kault dostał się do takiego nadajnika, jakiego mu potrzeba, musiałoby dojść do jeszcze siedmiu cudów, z których każdy byłby większy od poprzedniego.
Wydawało się sprawiedliwe, że zapewne zginą razem bez pożytku, podejmując tę próbę.
W swym smutku Uthacalthing odnalazł energię, by unieść lekko witki. Ukształtował prosty glif żalu i uniósł głowę, by spojrzeć na Kaulta.
Miał właśnie przemówić, gdy nagle wydarzyło się coś bardzo zaskakującego. Wyczuł jestestwo przemykające obok niego poprzez noc. Poderwał się, lecz zaledwie się zjawiło, zdążyło już zniknąć.
Czy mi się wydawało? Czy tracę zmysły?
Nagle wróciło! Tymbrimczyk wciągnął powietrze z zaskoczenia. Kennował to coś, gdy okrążało namiot zacieśniającą się spiralą, aż wreszcie zaczęło się ocierać o krawędzie jego wciągniętej aury. Podniósł wzrok, próbując dostrzec coś, co wirowało tuż za granicą ich schronienia.
Co ja robię? Chcę zobaczyć glif?
Zamknął oczy i pozwolił nie-rzeczy zbliżyć się. Rozpoczął kennowanie.
— Puyr’iturumbul! — krzyknął. Kault odwrócił się nagle.
— Co to, mój przyjacielu? Co…
Uthacalthing jednak podniósł się i jak pociągnięty za sznurki wyszedł na zewnątrz, w chłodną noc.
Gdy zaczął węszyć, wiatr przyniósł do jego nozdrzy zapachy. Używał wszystkich zmysłów, by zorientować się w nieprzeniknionej ciemności.
— Gdzie jesteś? — zawołał. — Kto tam?
Dwie postacie weszły w plamę słabego światła księżyców.
A więc to prawda! — pomyślał Uthacalthing. Człowiek odnalazł go za pomocą komunikatu empatycznego nadanego tak zręcznie, że mógłby pochodzić od młodego Tymbrimczyka.
I nie był to koniec niespodzianek. Uthacalthing spojrzał pobieżnie na wysokiego, opalonego na brąz, brodatego wojownika, który wyglądał całkiem jak jeden z bohaterów owych przedkontaktowych ziemskich, barbarzyńskich epopei — i wydał z siebie kolejny okrzyk zdumienia, gdy nagle rozpoznał Roberta Oneagle’a, uważanego za playboya syna Koordynatora Planetarnego.
— Dobry wieczór panu — odezwał się Robert, który zatrzymał się w odległości kilku metrów i pokłonił mu się.
Stojący tuż za człowiekiem neoszympans, Jo-Jo, ściskał się nerwowo za ręce. To z pewnością nie było w zgodzie z pierwotnym planem. Nie spoglądał w oczy Uthacalthingowi.
— V’hooman’ph? Idatess! — zawołał Kault w szóstym galaktycznym. — Uthacalthing, co robi tu ten człowiek?
Robert pokłonił się po raz drugi. Wymawiając starannie słowa, pozdrowił formalnie obu dyplomatów, wymieniając pełne nazwy ich gatunków, po czym ciągnął dalej w siódmym galaktycznym.
— Pokonałem długą drogę, czcigodne, szlachetne istoty, celem zaproszenia was na przyjęcie.
83. Fiben
— Spokój, Tycho, spokój!
Cierpliwe z reguły zwierzę wierzgało i szarpało wodze. Fiben, który nigdy nie był zbyt dobrym jeźdźcem, musiał zsiąść pośpiesznie i złapać je za kantar.
— No już. Spokojnie — przemawiał łagodnym tonem. — To tylko kolejny transportowiec. Słyszeliśmy je przez cały dzień. Zaraz odleci.
Zgodnie z jego obietnicą przenikliwy gwizd ucichł, gdy latająca maszyna przemknęła szybko nad ich głowami i zniknęła za pobliskimi drzewami, kierując się w stronę Port Helenia.
Wiele się zmieniło od czasu, gdy Fiben po raz pierwszy wędrował tą drogą, zaledwie kilka tygodni po inwazji. Wtedy posuwał się w świetle słońca ruchliwą szosą otoczoną zielonymi kolorami wiosny. Teraz, gdy mijał dolinę, w której widać było wszystkie wczesne symptomy surowej zimy, czuł dmący mu w plecy, wyjący wiatr. Z połowy drzew opadły już liście, które gromadziły się w stertach na łąkach i dróżkach. W sadach nie było owoców, a na bocznych drogach nie obserwowało się ruchu.
To znaczy mchu naziemnego. W górze rój transportowców wydawał się krążyć nieprzerwanie. Grawitory drażniły jego nerwy obwodowe, gdy gubryjskie maszyny śmigały ponad nim. W pierwszych kilku przypadkach włosy stanęły mu dęba nie tylko z powodu emitowanych przez pojazdy pulsujących pól. Spodziewał się, że go zatrzymają, sprawdzą, a być może natychmiast zastrzelą.
W rzeczywistości jednak Galaktowie ignorowali go całkowicie. Najwyraźniej nie raczyli odróżniać jednego samotnego szyma od innych, które wysłano, by pomogły przy żniwach bądź też od specjalistów na nowo obsadzających nieliczne z ekologicznych stacji.
Fiben rozmawiał z kilkoma spośród tych ostatnich. Często byli to jego dawni znajomi. Opowiedzieli mu, że dali parol w zamian za wolność i niewielkie wsparcie przy wznowieniu ich obowiązków, Rzecz jasna nie było teraz zbyt wiele roboty, gdyż zbliżała się zima. Przynajmniej jednak wznowiono program i Gubru sprawiali wrażenie, że całkiem ich zadowala pozostawienie szymów samym sobie, by wykonywały swe zadania.
Najeźdźcy, w rzeczy samej, byli zaabsorbowani czymś innym. Wydawało się, że prawdziwe ognisko aktywności Galaktów usytuowane jest w kierunku południowo-zachodnim, bliżej kosmoportu.
I obiektu ceremonialnego — powtórzył w myśli Fiben. Nie wiedział, co właściwie zamierza zrobić w nieprawdopodobnym przypadku, jeśli naprawdę udałoby mu się dotrzeć do miasta. Co by się stało, gdyby po prostu pomaszerował do odrapanego budynku, który uprzednio był jego więzieniem? Czy Suzeren Poprawności przyjąłby go z powrotem?
A Gailet?
Czy w ogóle by tam była?
Minął kilka zakutanych w płaszcze szymów, które niesystematycznie grzebały w ściernisku świeżo skoszonego pola. Nie pozdrowiły go. Fiben zresztą spodziewał się tego po nich. Zbiór pokłosia był robotą z reguły przydzielaną najnędzniejszemu rodzajowi nadzorowanych. Niemniej czuł na sobie ich wzrok, gdy prowadził Tycho stępa w kierunku Port Helenia. Kiedy zwierzę uspokoiło się już nieco, Fiben wdrapał się z powrotem na siodło.