— Jeśli takie stworzenie istnieje, musimy je znaleźć, ty i ja — powiedziała wreszcie.
— Jasne, Clennie. Znajdziemy je razem.
8. Fiben
A jednak statek wywiadowczy TAASF Proconsul nie przeżył swego pilota. Była to jego ostatnia misja. Starożytna łódź gnała przez kosmos martwa, lecz pod kroplową osłoną kabiny pilota kryło się jeszcze życie.
A przynajmniej wystarczająca jego doza, by wciągać w płuca ostrą woń nie mytej od sześciu dni małpy i wypuszczać z siebie nie mający — jak się zdawało — końca strumień pełnych fantazji przekleństw.
Fiben umilkł wreszcie, gdy stwierdził, że się powtarza. Dawno już wyczerpał wszystkie permutacje, kombinacje i zestawienia cielesnych, duchowych i dziedziczonych atrybutów — realnych i wyimaginowanych — jakie nieprzyjaciel mógłby ewentualnie posiadać. Ta zabawa pozwoliła mu przetrwać krótki okres, gdy brał udział w bitwie kosmicznej, waląc ze swych mizernych pukawek i unikając kontruderzeń niczym komar uchylający się przed młotem kowalskim, przeżyć wstrząsy wywołane bliskimi chybieniami i pisk udręczonego metalu, aż wreszcie dotrwać do późniejszych chwil gdy oszołomiony, zbity z tropu i ogłupiały doszedł do wniosku, że najwyraźniej jednak nie jest martwy. Przynajmniej jeszcze nie w tym momencie.
Gdy upewnił się, że kapsuła ratunkowa ciągle działa i nie rozpryśnie się wraz z resztą łodzi, wygramolił się wreszcie ze skafandra. Westchnął radośnie. Po raz pierwszy od wielu dni miał okazję podrapać się. Zabrał się do tego z zapałem, używając nie tylko dłoni, lecz również nogopalców i kciucha lewej stopy. Wreszcie opadł ciężko, cały obolały od wstrząsów, przez jakie przebrnął.
Jego główne zadanie polegało na tym, by przelecieć na tyle blisko nieprzyjaciela, aby zebrać wartościowe dane dla reszty sil obronnych. Fiben sądził, że przemknięcie przez sam środek floty inwazyjnej powinno wystarczyć. Nękanie wroga dorzucił za darmo.
Wyglądało na to, że intruzi nie docenili komentarza, jaki wygłaszał w chwili, gdy Proconsul przelatywał przez środek ich zgrupowania. Stracił już rachubę, ile razy minimalnie niecelne strzały omal go nie ugotowały. W chwili gdy Proconsul przemknął już pośród statków atakującej armady i znalazł się poza nią, cała jego rufa zamieniła się w pokryty szkliwem kawał żużlu.
Główny system napędowy, rzecz jasna, nie działał. Fiben w żaden sposób nie mógł wrócić, by pomóc swym towarzyszom w rozpaczliwej, beznadziejnej walce, która rozpoczęła się wkrótce potem. Mógł jedynie nasłuchiwać bezradnie, dryfując coraz dalej i dalej od pola bitwy.
Wynik nie ulegał wątpliwości. Walka trwała niewiele dłużej niż dzień.
Przypomniał sobie ostatnią szarżę korwety Darwin, której towarzyszyły dwa przebudowane frachtowce oraz niewielki rój ocalałych łodzi wywiadowczych. Pognały one naprzód, torując sobie ogniem drogę do flanki atakujących zastępów, i sprawiły, że te zawróciły, a jedno złożone z krążowników skrzydło opanował chaos pośród chmur dymu i odstręczających fal prawdopodobieństwa.
Ani jeden terrański statek nie ocalał z tego wiru. Fiben zrozumiał wtedy, że nie ma już TAASF Bonobo ani jego przyjaciela Simona.
W tej chwili wydawało się, że nieprzyjaciel ściga nieliczne ocalałe statki, które uciekały Ifni kto wie dokąd. Wróg się nie śpieszył. Dokładnie oczyszczał przestrzeń z przeciwników przed zabraniem się do powalonego na łopatki Garthu.
Fiben miotał przekleństwa. Kierował je teraz jednak pod nowym adresem. Pozostając, rzecz jasna, w duchu konstruktywnej krytyki, dokonał analizy wad charakteru gatunku, który jego własny miał pecha mieć za opiekunów.
Dlaczego? — skierował pytanie pod adresem wszechświata. — Dlaczego ludzie — te nieforemne, bezwłose, nieszczęsne dzikusy — wykazali się tak niewiarygodnie złym smakiem, że wspomogli neoszympansy i wprowadzili je do galaktyki w tak oczywisty sposób rządzonej przez idiotów?
Na koniec zasnął.
Męczyły go niespokojne sny. Wciąż wyobrażał sobie, że próbuje przemówić, lecz jego głos nie jest w stanie ukształtować zdań — koszmarna możliwość dla kogoś, kogo pradziadek potrafił mówić jedynie w prymitywny sposób, za pomocą urządzeń, a nieco bardziej odlegli przodkowie stawiali czoła światu bez pomocy jakichkolwiek słów.
Fiben oblał się potem. Nie mogło być większej hańby. W swym śnie szukał mowy, jak gdyby była ona przedmiotem, rzeczą, którą można w jakiś sposób zgubić.
Spojrzawszy w dół, dostrzegł leżący na ziemi połyskujący klejnot. Być może to jest dar słów — pomyślał. Schylił się, by go podnieść, lecz był zbyt niezgrabny! Jego kciuk odmawiał współpracy z palcem wskazującym. Nie był w stanie unieść błyskotki z ziemi. W gruncie rzeczy zdawało się, że jego wysiłki zakopują ją tylko głębiej.
Wreszcie, zdesperowany, musiał przykucnąć i podnieść ją wargami.
Oparzyła go! Krzyknął we śnie, gdy straszliwe gorąco wlało się do jego gardła niczym płynny ogień.
Niemniej jednak zrozumiał, że przeżywa jeden z tych niezwykłych koszmarów, w których można było zachować obiektywizm, a mimo to czuć przerażenie. Gdy gęstość jego śniącej jaźni wiła się w agonii, drugi fragment osobowości Fibena obserwował to z pełną zainteresowania bezstronnością.
Nagle scena uległa zmianie. Fiben stał w samym środku zgromadzenia brodatych mężczyzn w czarnych płaszczach i oklapniętych kapeluszach. Większość z nich była stara. Przerzucali zakurzone księgi i spierali się ze sobą.
To staromodne zgromadzenie talmudyczne — zdał sobie nagle sprawę Fiben, takie jak te, o których czytał na kursie religioznawstwa porównawczego, gdy był na uniwersytecie. Rabini siedzieli w kręgu i dyskutowali nad symboliczną interpretacją Biblii. Jeden z nich uniósł pomarszczoną dłoń i wskazał na Fibena.
— Tego, który skacze jak zwierzę, Gideonie, nie będziecie przyjmować…
— Czy takie właśnie jest tego znaczenie? — zapytał Fiben. Ból zniknął. Czuł raczej oszołomienie niż strach. Jego przyjaciel, Simon, był Żydem. To niewątpliwie tłumaczyło część tej szalom symboliki. Było oczywiste, co się tu dzieje. Ci wykształceni mężczyźni, ci mądrzy, ludzcy uczeni, starali się wyjaśnić mu pierwszą, przerażającą część jego snu.
— Nie, nie — sprzeciwił się drugi mędrzec. — Te symbole odnoszą się do próby, której poddano Mojżesza, gdy był niemowlęciem. Jak pamiętacie, anioł pokierował jego rękę do rozżarzonych węgli, nie lśniących klejnotów, i jego usta uległy poparzeniu…
— Ale ja nie rozumiem, co to oznacza! — zaprotestował Fiben.
Najstarszy z rabinów uniósł dłoń i wszyscy pozostali ucichli.
— Sen nie symbolizuje żadnej z tych rzeczy. Jego znaczenie powinno być oczywiste — powiedział. — Pochodzi z najstarszej z ksiąg…
Zatroskany mędrzec zmarszczył krzaczaste brwi.
— … i Adam też zjadł owoc z Drzewa Wiadomości…
— Och — jęknął na głos Fiben, budząc się zlany potem. Ponownie otaczała go wypełniona pyłem, cuchnąca kapsuła. Mimo to nie opuściło go żywe wrażenie wywołane snem. Sprawiło to, że przez chwilę zastanawiał się, co w końcu jest prawdą. Wreszcie wzruszył ramionami.
— Staruszek Proconsul musiał, kiedy spałem, przejść przez ślad torowy jakiejś nieziemniackiej miny prawdopodobieństwa. Aha. To na pewno to. Nigdy już nie będę powątpiewał w historie, które opowiadają w barze dla astronautów.
Sprawdziwszy zmaltretowane instrumenty, Fiben zorientował się, że bitwa wokół słońca trwała nadal. Tymczasem trajektoria jego wraka prowadziła niemal prosto ku jakiejś planecie.