Z wysokich gwiazdolotów wznosiły się maleńkie iskierki światła — niosące galaktycznych dygnitarzy, domyślił się Fiben — które popędziły na zachód, zbliżając się do siebie, gdy podążały wzdłuż łuku zatoki. Wreszcie statki powietrzne włączyły się w spiralę ruchu schodzącą w dół ponad Przylądkiem Południowym. Tam właśnie — jak najwyraźniej sądzili wszyscy w Port Helenia — działo się coś szczególnego.
Fiben nieświadomie prowadził Tycho przez tłum, aż wreszcie dotarł do krawędzi głównej przystani, gdzie kordon szymów noszących owalne odznaki powstrzymywał napierający tłum.
A więc znowu mamy Straż Miejską — zdał sobie sprawę. — Nadzorowani okazali się niegodni zaufania, więc Gubru musieli przywrócić władze porządkowe.
Szen noszący na ramieniu opaskę z insygniami kaprala straży złapał Tycho za kantar i zaczął mówić:
— Hej, facet! Nie można… — nagle zamrugał. — Ifni! Czy to ty, Fiben?
Fiben rozpoznał Barnaby’ego Fultona, jednego z szymów wchodzących w skład dawnego miejskiego podziemia Gailet. Uśmiechnął się, choć jego myśli przebywały daleko, po drugiej stronie wzburzonych wód.
— Cześć, Barnaby. Nie widziałem cię od dnia powstania w dolinie. Cieszę się, że się jeszcze drapiesz.
Teraz, gdy ściągnięto na niego uwagę, szeny i szymki zaczęły trącać się nawzajem łokciami i szeptać ściszonymi głosami. Usłyszał, że powtarzają jego imię. Szmer tłumu cichnął, gdy wokół Fibena rozprzestrzeniał się krąg milczenia. Dwa czy trzy z wpatrzonych w niego szymów wyciągnęły ręce, by dotknąć tłustych boków Tycho lub nogi jeźdźca, jak gdyby chciały się upewnić, że wzrok ich nie myli.
Barnaby czynił widoczne wysiłki, by dorównać obojętności swego rozmówcy.
— Kiedy mnie tylko swędzi, Fiben. Hmm, jednak plotka twierdziła, że miałeś być tam — wskazał ręką w kierunku monumentalnego ożywienia po drugiej stronie zatoki. — Inna, że udało ci się zwiać i gdzieś zaszyć. A trzecia…
— Co mówiła trzecia? Barnaby przełknął ślinę.
— Niektórzy gadali, że w końcu padło na ciebie.
— Hmm — wyraził cichy komentarz Fiben. — Chyba wszystkie z nich były prawdziwe.
Ujrzał, że trawlery przyholowały uszkodzoną gubryjską łódź patrolową już niemal do doku. Pewna liczba innych statków z szymską załogą odpłynęła dalej od brzegu, żaden z nich jednak nie przekroczył linii boi, która ciągnęła się przez całą zatokę.
Barnaby spojrzał w lewo i w prawo, po czym przemówił cichym głosem.
— Hmm, Fiben, w mieście jest całkiem sporo szymów, które… no, organizują się na nowo. Ja musiałem złożyć parol, gdy oddawali mi opaskę, ale mogę przekazać profesorowi Oakesowi, że jesteś w mieście. Nie wątpię, że zechciałbyś dziś w nocy zorganizować spotkanie…
Fiben potrząsnął głową.
— Nie ma czasu. Muszę dostać się tam — wskazał ręką w stronę, gdzie błyszczące statki powietrzne opadały ku odległym przylądkom.
Barnaby ściągnął wargi.
— No, nie wiem, Fiben. Te boje obserwacyjne. Nie pozwoliły nikomu się przedostać.
— Czy naprawdę kogoś przypaliły?
— No więc, nie. Nie widziałem nic takiego. Ale… Barnaby przerwał, gdy Fiben potrząsnął wodzami i trącił konia piętami.
— Dziękuję, Barnaby. To wszystko, czego musiałem się dowiedzieć — powiedział. Członkowie straży ustąpili na bok, gdy Tycho ruszył wzdłuż nabrzeża. Nieco dalej maleńka flotylla ratunkowa przybiła przed chwilą do doku i szymy cumowały właśnie elegancki, biały gubryjski okręt wojenny. Marynarze wykonywali mnóstwo pokłonów i poruszali się w niewygodnych, skulonych pozycjach pod wzrokiem poirytowanych Żołnierzy Szponu i ich straszliwych robotów bojowych.
W przeciwieństwie do nich, Fiben kierował swym wierzchowcem tak, by znajdował się on cały czas w odległości odrobinę większej niż ta, która zmusiłaby go do pokłonienia się nieziemcom. Zachowywał wyprostowaną postawę. Zignorował ich całkowicie, gdy minął łódź patrolową, po czym skierował się na koniec mola, gdzie właśnie przybiła najmniejsza z łodzi rybackich.
Przerzucił stopy nad siodłem i zeskoczył na dół.
— Czy jesteś dobry dla zwierząt? — zapytał zdumionego, przywiązującego właśnie cumę żeglarza, który podniósł ku niemu wzrok. Gdy osłupiały szym skinął głową, Fiben wręczył mu wodze Tycho.
— W takim razie zamienimy się.
Wskoczył na pokład łódki i udał się za kokpit.
— Rachunek za różnicę w cenie prześlij Suzerenowi Poprawności. Kapujesz? Gubryjskiemu Suzerenowi Poprawności.
Wydawało się, że szen — którego oczy były szeroko wybałuszone — zauważył właśnie, że jego żuchwa zwisa luźno. Zamknął usta ze słyszalnym trzaskiem.
Fiben włączył silnik i poczuł zadowolenie z jego ochrypłego ryku.
— Odwiąż łódź — powiedział, po czym uśmiechnął się. — I dziękuję. Dobrze opiekuj się Tycho!
Żeglarz mrugnął. Wydawało się, że zaraz zdecyduje się rozgniewać, lecz w tej chwili dotarły do niego niektóre z szymów podążających za Fibenem. Jeden z nich szepnął coś do ucha właściciela motorówki. Rybak uśmiechnął się, po czym pośpiesznie odwiązał cumę i rzucił ją z powrotem na pokład dziobowy. Gdy, cofając niezręcznie łódź. Fiben uderzył o molo, szym skrzywił się tylko lekko.
— Żżyczę szczęścia — zdołał wykrztusić.
— Aha. Życzę ci szczęścia, Fiben — krzyknął Barnaby. Fiben pomachał ręką i przestawił wirniki na ruch do przodu. Zatoczył łodzią szeroki łuk. przepływając niemal pod duraplastową burtą gubryjskiej łodzi patrolowej. Z bliska nie wydawała się ona już tak lśniąco biała. W gruncie rzeczy pancerny kadłub sprawiał wrażenie nadżartego i skorodowanego. Wysokie, oburzone ćwierknięcia dobiegające z drugiej strony statku wskazywały na frustrację złożonej z Żołnierzy Szponu załogi.
Fiben nie poświęcił im ani jednej myśli, gdy obrócił swą pożyczona łódź i skierował ją na południe, w kierunku linii boi, która dzieliła zatokę na dwie części i trzymała szymy z Port Helenia z dala od ważnych, odpowiednich dla klasy opiekunów wydarzeń rozgrywających się na przeciwległym brzegu.
Spieniona i wzburzona podmuchami wiatru woda była szara jak popiół od typowych odpadków, które wschodnie wiatry zawsze przynosiły ze sobą o tej porze roku — wszystkiego od liści poprzez niemal przezroczyste spadochrony bluszczu talerzowego, aż po pióra pierzących się ptaków. Fiben musiał zwolnić, by omijać kłęby śmieci, jak również poobijane łódki wszelkich rodzajów, pełne szymskich gapiów.
Zbliżył się do linii granicznej na małej prędkości i poczuł na sobie tysiące obserwujących go oczu, gdy minął ostatni statek mający na pokładzie najbardziej śmiałych i ciekawskich z Port Helenia.
Goodall, czy naprawdę wiem, co robię? — zastanowił się. Jak dotąd postępował niemal automatycznie. Teraz jednak przyszło mu do głowy, że to zadanie było dla niego naprawdę zbyt trudne. Co zamierzał uzyskać poprzez podobną szarżę? Co chciał zrobić? Przerwać ceremonię? Spojrzał na wyniosłe gwiazdoloty po drugiej strome zatoki, lśniące potęgą i splendorem.
Jak gdyby miał jakiekolwiek prawo wtykać swój na wpół wspomożony nos w sprawy istot z potężnych, starożytnych klanów! Jedyne, co mógł osiągnąć, to okryć wstydem siebie i — skoro już o tym mowa — zapewne cały swój gatunek.
— Muszę się nad tym zastanowić — mruknął. Gdy linia boi się zbliżała, zmniejszył obroty silnika motorówki, przestawiając go na bieg jałowy. Pomyślał o tym, jak wiele szymów obserwuje go w tej chwili.
To mój lud — przypomniał sobie. — Miałem… miałem go reprezentować.