Tym razem następny szym dołączył do Sylvie. Athaclenie od śmiechu oczy zaszły mgłą. Dziewczyna potrząsnęła głową. Spiker ciągnął:
— Wydaje się, że gubryjskie psiroboty w ogóle nie wpływają na nie. Najwyraźniej nie są one nastawione na częstotliwość ich mózgu…
W rzeczywistości Athaclena i górscy bojownicy już od ponad dwóch dni wiedzieli, dokąd udają się goryle. Po pierwszych, gorączkowych próbach powstrzymania potężnych istot przedrozumnych, zrezygnowali z tych wysiłków jako bezcelowych. Goryle uprzejmie odsuwały na bok lub przechodziły nad każdym, kto stanął im na drodze. Po prostu nic nie mogło ich zatrzymać.
Nawet Aprii Wu. Mała, jasnowłosa dziewczynka najwyraźniej postanowiła, że uda się na poszukiwanie swych rodziców i nie było sposobu, by — nie narażając jej na obrażenia — ktokolwiek mógł ją ściągnąć z pleców jednego z olbrzymich samców o srebrnym grzbiecie.
Zresztą — powiedziała Aprii szymom całkowicie rzeczowym tonem — ktoś musiał udać się z górkami, by ich doglądać, gdyż w przeciwnym razie mogłyby popaść w kłopoty!
Athaclena przypomniała sobie słowa małej Aprii, gdy spoglądała na szczątki, w jakie przedrozumne istoty zamieniły gubryjskie ogrodzenie.
Nie chciałabym zobaczyć kłopotów, których by narobiły, gdyby nikt ich nie doglądał!
Zresztą, skoro tajemnica się wydała, nie było powodu, dla którego ludzkie dziecko nie miałoby się połączyć ze swą rodziną. Nic, co dziewczynka mogłaby powiedzieć, nie było już w stanie nikomu zaszkodzić.
Tyle zostało z sekretów otaczających projekt prowadzony w Centrum Howlettsa. Teraz Athaclena mogła spokojnie wyrzucić wszystkie dowody, które tak sumiennie zebrała tego pierwszego, fatalnego wieczoru tak wiele miesięcy temu. Wkrótce całe Pięć Galaktyk dowie się o tych stworzeniach. Pod pewnymi względami była to istotnie tragedia. Mimo to…
Przypominała sobie ów wczesnowiosenny dzień, gdy była tak wstrząśnięta i oburzona, natrafiwszy na nielegalny wspomaganiowy eksperyment ukryty w lesie. Teraz nie mogła niemal uwierzyć, że rzeczywiście tak się zachowała.
Czy naprawdę byłam taką poważną, gorliwą, małą kołtunką?
Dziś syulfkuonn było jedynie najprostszym, najbardziej poważnym z glifów, które wykrzesywała z siebie od niechcenia, niestrudzenie, pod wpływem radości wywołanej cudownym wprost żartem. Nawet szymy nie mogły nie poczuć wpływu jej rozrzutnej aury. Kolejne dwa z nich roześmiały się, gdy na jednym z kanałów pokazano nieziemski wóz dowodzenia z załogą złożoną ze skrzeczących, rozgniewanych Kwackoo, z którego właśnie zrywały obudowę goryle sprawiające wrażenie namiętnie zainteresowanych tym, jak też będzie smakowała. Następny szym zachichotał nagle. Śmiech rozprzestrzeniał się.
Tak — pomyślała. — To cudowny dowcip.
Dla Tymbrimczyków najlepszymi żartami były te, które uderzały w samego żartownisia na równi ze wszystkimi innymi. Ten, który obserwowała, doskonale spełniał owo wymaganie. Było to w gruncie rzeczy doświadczenie o charakterze religijnym, gdyż jej rasa wierzyła, że wszechświatem rządzi coś więcej niż zwykła fizyka zegarowego chodu, więcej nawet niż potok przypadku i szczęścia Ifni.
Właśnie gdy zdarzyło się coś takiego — mawiali tymbrimscy mędrcy — można się było przekonać, że sam Bóg nadal kieruje sprawami.
Czy więc byłam przedtem także agnostyczką? Cóż ta głupota. Dzięki ci więc. Panie, i tobie również, ojcze, za ten cud.
Obraz przeniósł się w rejon doków, gdzie kręcące się szymy tańczyły na ulicach i głaskały futro swych olbrzymich, cierpliwych kuzynów. Mimo prawdopodobieństwa, że wszystko to będzie miało tragiczne konsekwencje, Athaclena i jej wojownicy nie mogli nie uśmiechnąć się na widok zachwytu, jaki ci krewniacy o brązowym futrze najwyraźniej wzbudzali w sobie nawzajem. W tej przynajmniej chwili ich dumę podzielały wszystkie szymy w Port Helenia.
Nawet porucznik Lydia McCue i jej ostrożny kapral nie mogli nie wybuchnąć śmiechem, gdy goryle dziecko zatańczyło przed kamerami z naszyjnikiem rozbitych gubryjskich kuł psionicznych na szyi. Ujrzeli przelotnie małą Aprii jadącą triumfalnie przez ulice. Wydawało się, że widok ludzkiego dziecka elektryzuje tłum.
Polana była już przesycona jej glifami. Athaclena odwróciła się i odeszła, pozostawiając pozostałych ich pełnemu gorzkiej radości rezonansowi. Wędrowała leśną ścieżką, aż wreszcie dotarła do miejsca, skąd rozciągał się wyraźny widok na góry na zachodzie. Tam stanęła, by sięgnąć na zewnątrz i kennować swymi witkami.
W tym właśnie miejscu odnalazł ją szymski posłaniec. Podbiegł do niej i zasalutował, zanim wręczył jej złożoną kartkę papieru. Athaclena podziękowała mu i rozłożyła ją, choć sądziła, że wie już, co może tam znaleźć.
— With’tanna, Uthacalthing — powiedziała cicho. Jej ojciec ponownie nawiązał łączność ze światem. Bez względu na wszystkie wypadki ostatnich kilku miesięcy wciąż istniała w niej trzeźwa, praktyczna część, która poczuła ulgę, gdy otrzymała od niego wiadomość przez radio.
Rzecz jasna wierzyła, że Robertowi się uda. Dlatego właśnie nie wyruszyła do Port Helenia z Fibenem ani później z gorylami. Cóż takiego mogłaby tam osiągnąć, ze swą niewielką wiedzą, czego jej ojciec nie potrafiłby zrobić tysiąc razy lepiej? Jeśli ktoś mógł pomóc obrócić jej wątłe nadzieje w nowe, jeszcze większe cuda, tym kimś był Uthacalthing.
Nie, jej zadaniem było pozostać tutaj, gdyż nawet gdy dochodziło do cudów. Nieskończony oczekiwał od śmiertelników, by zabezpieczyli się sami.
Osłoniła dłonią oczy. Choć nie miała nadziei, że zdoła osobiście dostrzec mały statek powietrzny na tle jasnych obłoków, wciąż wypatrywała drobniutkiego punktu, który niósł w sobie wszystkie jej nadzieje i wszystkie modlitwy.
86. Galaktowie
Pstre namioty pokrywały wypielęgnowany stok, od czasu do czasu wzdymając się i powiewając na porywistym wietrze. Szybkie roboty śmigały, by zebrać wszelkie odpadki przyniesione przez wicher. Inne roznosiły poczęstunki zebranym dygnitarzom.
Galaktowie o różnych kształtach i kolorach kręcili się po zboczu w małych grupkach, które łączyły się i dzieliły w eleganckiej pawanie dyplomacji. Uprzejme pokłony, spłaszczenia i machania mackami wyrażały skomplikowane niuanse statusu i protokołu. Doświadczony obserwator mógł wiele się dowiedzieć z takich subtelności, a tego dnia obecnych tu było wielu doświadczonych obserwatorów.
Nieformalnych rozmów również nie brakowało. Tu przysadkowaty, niedźwiedziokształtny Pilanin konwersował w urywanych, ultradźwiękowych tonach z patykowatym linteńskim ogrodnikiem. Nieco wyżej na zboczu trzech jophurańskich pierścieniowych kapłanów lamentowało w harmonijnej skardze przed urzędnikiem z Instytutu Wojny, użalając się na jakieś domniemane wykroczenie gdzieś na gwiezdnych szlakach.
Często mawiano, że znacznie więcej praktycznej dyplomacji dokonuje się na owych Ceremoniach Wspomaganiowych niż na formalnych konferencjach negocjacyjnych. Być może więcej niż jeden sojusz zostanie dziś nawiązany i więcej niż jeden zerwany.
Jedynie nieliczni spośród galaktycznych gości zwrócili przelotną uwagę na tych, którym oddawano dzisiaj honor — karawanę małych, brązowych postaci, które poświęciły cały poranek, by dotrzeć do połowy wysokości kopca, okrążając go po drodze cztery razy. W tej już niemal jedna trzecia neoszympansich kandydatów oblała ten czy ów test. Odrzuceni schodzili w dół po pochyłej ścieżce, pojedynczo lub parami. Około czterdziestu pozostałych kontynuowało wspinaczkę, powtarzając w sposób symboliczny proces Wspomagania, który przywiódł ich gatunek do tego stadium rozwoju. Pstre tłumy zebrane na zboczach z reguły ich jednak ignorowały.